Znaleziono 0 artykułów
30.03.2018

Koń a sztuka współczesna

Aleksander Celusta (Fot. Grzegorz Mart)

Nie tylko galeria, ale i szkoła rysunku i malarstwa. Nie tylko historyczne miejsce na Kazimierzu, ale i pusta skrzynka, która co i rusz zapełnia się zupełnie różnymi treściami. Tak namieszała młoda, niepokorna i elektryzująca ponadlokalną publiczność galeria Henryk. Jej kurator, Aleksander Celusta opowiedział nam, co to jest „krakowska szkoła wieszania obrazów na ścianie” i o nowej siedzibie galerii.

Rozmowę zaczynamy od tego, czym jest miodosytnia.

- To miejsce, w którym „syci się” miód, czyli przetwarza miód pszczeli na miód pitny. Miodosytnia, o której będziemy rozmawiać, mieściła się w jednej z pierwszych murowanych kamienic na Kazimierzu. Wyobraźmy sobie średniowieczny Kraków, Wisła ma wtedy zupełnie inny bieg, kamienica stoi nieopodal rzeki...

Dzisiaj kamienica, o której opowiada Aleksander, znajduje się tuż przy linii tramwajowej prowadzącej na Podgórze. To jeden z nowych, głównych traktów turystycznych Krakowa. Od trzech miesięcy to właśnie w tym budynku gości Henryk. Nowa siedziba powstałej dwa i pół roku wcześniej galerii to 100 metrów kwadratowych. Na pierwszym piętrze, po drewnianych schodach, wejście przez podcienie.

– Od XIV wieku do II Wojny Światowej nieprzerwanie była tu wytwórnia miodu pitnego. Co ciekawe, źródła historyczne mówią, że kiedyś w niemal każdej uliczce Krakowa znajdowało się takie miejsce. „Moja” miodosytnia nazywała się „Pod krzyżykiem”. W części, gdzie pokazuję teraz obrazy, ten miód się konsumowało – uzupełnia Aleksander.

Aleksander Celusta i rzeźba autorstwa Bartłomieja Węgrzyna (Fot. Grzegorz Mart)

Jak wchodzi się z działalnością galeryjną w taką gęstą od znaczeń przestrzeń, gdzie każda cegła pamięta Jagiellonów (a także powojennych lokatorów: podejrzliwego bankiera – który, chcąc uniknąć kradzieży, w łazienkowe okno wprawia drzwi do sejfu – oraz malarza specjalizującego się w aktach kobiecych i pejzażach Podhala)? 

– Zupełnie na miękko. Przeprowadzka z wcześniejszego miejsca – lokalu przy ulicy Wrzesińskiej, na styku Starego Miasta i Kazimierza, wymuszona była brakiem miejsca i przestrzeni oraz naturalną ewolucją Henryka. W ogóle o Henryku myślę, że jest jak wirus. Mutuje się, organicznie rozwija, zajmuje jakiś temat i rośnie na nim. Zmiany naszego profilu są jak modyfikacja genetyczna. Czemuż by więc nie „urosnąć” na miodosytni – przestrzeni, która od samego początku była zaplanowana dla dużej liczby osób, dla ruchu, miejskiej cyrkulacji? Podglebie, które daje nam miodosytnia to więcej miejsca na rozwinięcie komercyjnej działalności, której nie mogliśmy pomieścić wcześniej.

W pierwszym roku działania galeria Henryk była tak zwanym project-spacem, czyli przestrzenią na spontaniczne działania kuratorskie „od projektu, do projektu”. W Henryku pokazano wtedy m.in. wystawę „Zespół Pieśni i Tańca Henryk” dokumentującą listową wymianę pomiędzy artystami skupionymi przy galerii czy flirtujący z neoliberalnym przymusem produktywności pokaz prac Michała Soi zatytułowany „24/7”. Później do Henryka zaczęli ściągać inni – chcący pobrać naukę rysunku, malarstwa lub szukający wiedzy o tym, jak mówić i analizować sztukę.

Rzeźba autorstwa Bartłomieja Węgrzyna (Fot. Grzegorz Mart)

- Powołaliśmy do życia cykl warsztatów „Przedmiot-Projekt-Miasto”, w ramach którego socjologowie, architekci, artyści, historycy sztuki prowadzą kursy praktyczne i praktyczno-teoretyczne. Pracowaliśmy z dziećmi, młodzieżą oraz dorosłymi, stawialiśmy na międzypokoleniowy model współpracy. Jesienią i zimą udało nam się zrealizować 20 tematów praktycznie dla każdej grupy wiekowej! Pracowaliśmy z dziećmi, młodzieżą oraz dorosłymi, stawialiśmy na międzypokoleniowy model współpracy. Trafili do nas na kursy również pracownicy lokalnego oddziału jednego ze światowych banków – uzupełnia Aleksander.

Aleksander Celusta i rzeźba autorstwa Bartłomieja Węgrzyna (Fot. Grzegorz Mart)

W drugim roku pojawił się pomysł galerii komercyjnej. Dziś szkoła rysunku i malarstwa oraz komercyjna galeria to dwie równoległe działalności Henryka, pod jednym dachem.

– Kto u was kupuje? – pytam. Aleksander odpowiada, że większość klientów to warszawiacy i osoby z zagranicy

– Bo co, krakowskie ściany są już zajęte? – drążę.

– Wydaje mi się, że krakowski klient jest zdecydowanie bardziej konserwatywny i choćby liczba salonów antykwarycznych w Krakowie może być tego miernikiem. I to, że galerie reprezentujące sztukę współczesną, niekoniecznie są w tym obiegu, w którym my jesteśmy, czy do którego pretendujemy… I mimo tego, że są współczesne z nazwy, mają w swojej ofercie sztukę dawną. Co pokazuje, że lokalny klient jest inny niż w Warszawie. Myślę, że krakusy wolą powiesić sobie Kossaka.

Aleksander Celusta i rzeźba autorstwa Bartłomieja Węgrzynaa (Fot. Grzegorz Mart)

– A ci, których edukujesz, też wolą Kossaka?

– Nie. Ale prawie każdy z nich przychodzi z wizją siebie jako…

– …człowieka, który umie namalować konia?

– Tak.

– I co, uczycie taką osobę jak narysować tego konia?

– Staramy się uczyć myślenia o sztuce czy wyobraźni związanej ze sztuką. To jest nasza rola i nasza robota. Nigdy nie mówimy, że jest jedna jedyna właściwa wykładania – „ten koń” albo „ta sztuka współczesna”. I że coś z tego jest „lepszą sztuką”, a coś „gorszą sztuką”. Dróg jest wiele, tak samo jak i miejsca dla wszystkich.

Aleksander Celusta (Fot. Grzegorz Mart)

Celusta, mówiąc o galerii Henryk, ciągle wraca do liczby mnogiej. W praktyce Henryka prowadzi z Mateuszem Piegzą, który jest architektem.

– Dzięki temu, że posiadamy doświadczeniem podchodzące z innych dziedzin, możemy wypracować porozumienie i tworzyć zgrany zespół, w którym się uzupełniamy. W Henryku Mateusz koordynuje projekty edukacyjne.

Henryk działa tak mocno w kontrze do przyjętych reguł, że zastanawiam się, jak głęboko sięga ten wyłom. Rozmawiamy o cenach. Pytam, jak Aleksander wycenia prace – do czego je odnosi, z czym porównuje. Bo w końcu wycena zawsze powstaje w relacji do czegoś.

–  Prace wyceniam w odniesieniu do kapitału symbolicznego, który biegnie za artystą. Czyli, w praktyce, oznacza to branie pod uwagę jak bogate ma cv, gdzie realizował wystawy, kto o tych wystawach i jak pisał… Czynnikiem jest również czas, jaki artysta spędził tworząc pracę. Weźmy takiego Adriana Kolerskiego, który z dokładnością chirurga konstruuje swoje malarskie obiekty, wylicza kąty, działania sił. Trzecim czynnikiem, który można też połączyć z czasem, jest materiał. Czasami prace artystów bywają wykonane z materiałów, które są niezwykle drogie i niezwykle cenne.

– Jakoś nie kojarzę zbyt wielu rzeźb z diamentów, wykonywanych przez współczesnych polskich artystów. A znam sporo drogich rzeźb – mówię.

– A to posłuchaj takiej historii – mamy dwóch aktorów, trzech właściwie, jednego nieżyjącego. Aktor pierwszy: Przemek Branas, wschodząca gwiazda sztuki. Aktor drugi – Ewa Łączyńska-Widz, dyrektorka BWA w Tarnowie. Aktor trzeci: nieżyjąca Alina Szapocznikow. Przemek jedzie na wystawę, montaż wystawy „Wykrój. Miasto. Tarnów.”, którą kuratoruje Marcin Różyc. Przemek jedzie pociągiem z Jarosławia, z miejsca, w którym pracuje, do Tarnowa. Jedzie z małym przedmiotem w kieszeni. Jest to kilkukaratowy diament. Więc z jednej strony do Parku Strzeleckiego, gdzie mieści się BWA podjeżdża Przemek Branas, a z drugiej podjeżdża auto, z auta wychodzą panowie w kamizelkach kuloodpornych, z karabinami i wynoszą właściwie malutki pakunek, pancernie zapakowany. Odlew piersi Aliny Szapocznikow. Wartość tej piersi, tego obiektu z żywicy, jest równa jednemu milionowi złotych, a wartość Przemka diamentu jest również niezwykle wysoka, no ale kapitał symboliczny zaczyna wygrywać kapitałem związanym z drogim materiałem. Wygrywać w złotówkach, rzecz jasna – Aleksander się uśmiecha.

Na koniec pytam, czy dobrze rozumiem, że dla Henryka działalność komercyjna to kolejna forma dialogowania z rzeczywistością.

– Ania, przecież mówiłem, że dróg i formuł na wpuszczanie sztuki w życie jest wiele. Gdybyśmy ominęli działalność komercyjną, umknąłby nam spory kawałek tego, co może sztuka.

Aktualna wystawa w Henryku: You are not in Kansas Anymore – Bartłomiej Węgrzyn

Anna Theiss
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę