Znaleziono 0 artykułów
30.11.2018

Lady Gaga: Ponowne narodziny gwiazdy

Lady Gaga z Bradleyem Cooperem (Fot. Getty Images)

Za główną rolę w „Narodzinach gwiazdy” ma szansę dostać Oscara. Ale Lady Gaga jedną z najbardziej wyrazistych osobowości show-biznesu była na długo zanim zainteresowało się nią Hollywood. 

Gdy tylko padł ostatni klaps na planie „Narodzin gwiazdy”, Lady Gaga przefarbowała znów włosy na blond. Jakby czym prędzej chciała zmyć z siebie ślady roli. Jakby nie mogła się doczekać, żeby wyrzucić Ally ze swojego życia. Jakby niczym wąż zrzucający skórę miała narodzić się na nowo. Zarzeka się, że bohaterka, którą gra w debiucie reżyserskim Bradleya Coopera, nie ma z nią wiele wspólnego. A im częściej to powtarza, tym bardziej wydaje się to podejrzane.

Tak jak Ally Gaga zaczynała śpiewać w klubach. Tak jak Ally Gaga słyszała, że jest niewystarczająco piękna, żeby zaistnieć w show-biznesie. I tak jak Ally Gaga zostając gwiazdą, zmieniła kolor na włosów. Tyle że Ally z dziewczyny z mysim ogonkiem, wydatnym nosem i dorysowanymi brwiami przeobraziła się w diwę o rudych lokach, a Gaga pasemka, pyzate policzki i „zajęcze zęby”, z których śmiali się w szkole, porzuciła dla platynowego blondu, białych brwi i sukni haute couture.

Lady Gaga na premierze „Narodzin gwiazdy” w Wenecji (Fot. Getty Images)
Reklama

Patrząc na nagą twarz Gagi w „Narodzinach gwiazdy”, czujemy się nieswojo. Jakby nagle pokazała się nie bez makijażu, a bez ubrania. Przyzwyczaiła nas bowiem do tego, że w każdym teledysku, na każdym koncercie i każdej gali wchodzi w nową rolę. Bywa sobowtórem Donatelli Versace z białymi włosami do pasa, zdarza jej się igrać z wizerunkiem Madonny, bywa też seksowną jak Marilyn Monroe. Na miejsce w tym szeregu ikon zasłużyła sobie już z nawiązką.

W bezbronności jest siła – mówi Gaga w najnowszym wywiadzie dla „The Hollywood Reporter”, tłumacząc tę potrzebę labilności, obnażenia, słabości. Zza maski popkulturowego fenomenu wyłania się kobieta po trzydziestce, która wciąż „czuje się jak płód”, jak ostatnio wyznała. I jak kapryśne dziecko zachowuje się w dokumencie „Gaga: Five Foot Two”, który można teraz oglądać na Netfliksie. Egocentryczna, narcystyczna, neurotyczna – piszą o niej fani w komentarzach do filmu. Są nią wyraźnie zawiedzeni. Spodziewali się zobaczyć opiekunkę, orędowniczkę i obrończynię wszelkich odmieńców, a muszą skonfrontować się z dziewczyną, która sama nigdy nie przestała być outsiderką. Jej naturalny stan to płacz i taniec. Nawet nie na przemian, tylko naraz.

Lady Gaga przed koncertem (Fot. Getty Images)

Na netfliksowym ekranie jest rzeczywiście niepiękna, rozchełstana, niedbała. Walczy z fibromalgią, czyli dolegliwościami natury reumatycznej wiążącymi się z chronicznym bólem. W wyniku tej choroby zawodzi pamięć, ciało jest zesztywniałe, a sen nie pozwala odpocząć. Ale Gagę boli też złamane serce. Chociaż teraz jest w nowym szczęśliwym związku z 48-letnim agentem gwiazd, Christianem Carino (Gaga twierdzi, że do siebie pasują, bo kupił jej plakat z jej ukochaną Judy Garland z pierwszej wersji „Narodzin gwiazdy”. Obok wisi list od Davida Bowiego: „Droga pani, niestety nie będzie mnie w Nowym Jorku jeszcze długo, ale dziękuję za tort”), na planie opłakiwała jeszcze poprzedniego narzeczonego, narzekając, że mężczyźni odchodzili od niej, gdy osiągała kolejne sukcesy. Tu znów życie splata się z filmem. Jack, którego w „Narodzinach gwiazdy” gra sam reżyser, Bradley Cooper, to podstarzały rockman alkoholik, który czerpie energię twórczą z talentu Ally, póki ta go nie przerośnie. Mężczyzna nie dźwiga kobiecej sławy. Miłość przegrywa z muzyką. – Sukces to test dla związków – przyznaje Gaga. – I dla rodzin, i dla przyjaciół. To cena sławy – dodaje.

Gaga jak Bowie (Fot. Getty Images)

I tak, jest w swoich wypowiadanych z arogancką abnegacją mądrościach irytująca. Ale prawdziwa diwa musi wkurzać. Nikt nie wydałby przecież setek dolarów, żeby zobaczyć na scenie gwiazdę budzącą letnie emocje. A bilety na jej 74 występy, które od 28 grudnia przez dwa następne lata dawać będzie w MGM w Las Vegas pod hasłem „Lady Gaga Enigma”, tanie nie będą. Kontrakt opiewa na sto milionów dolarów. Kostiumy sceniczne znów zaprojektuje jej ukochany stylista, Nicola Formichetti. Haus of Gaga znów wypełni się ludźmi. A Gaga odrodzi się jak feniks z popiołów. A może raczej przejdzie metamorfozę niczym kameleon.

Zarozumiałością Gaga się odgrywa. Bo, jak większość gwiazd, była w szkole znienawidzona. Amerykańskie liceum (nota bene Gaga kończyła nowojorskie Sacred Heart, do którego uczęszczały także Hiltonówny, a mogliśmy je oglądać na ekranie w „Plotkarze”, serialu z gościnnym występem Gagi) nie lubi tych, którzy nie pasują. A ona nie pasowała nie tylko z powodu zajęczych zębów. Była za głośna. Za bardzo chciała zaistnieć. I zbyt często podkreślała, że jest wyjątkowa. Jak kucyki My Little Pony, na których punkcie miała obsesję jako dziecko. – Podobały mi się istoty, które narodziły się z tym czymś magicznym, co wyróżniało je na tle innych – mówiła w wywiadach.

Gaga jak Marilyn Monroe (Fot. Getty Images)

Aktorką Gaga chciała być, zanim jeszcze została wokalistką. W szkole artystycznej Tisch, a potem w instytucie Lee Strasberga ćwiczyła metodę Stanisławskiego. Ale fatalnie szły jej castingi. – Nie mogłam grać, więc wymyślałam sobie rolę, które pomagały mi śpiewać. Joanne to kobieta z dzieckiem w jednym ręku i kieliszkiem wina w drugim. Ubrana w dżinsy z dziurami – mówi. Chociaż na ekranie pojawiła się już wcześniej w serialu „American Horror Story” oraz u Roberta Rodrigueza, Bradley Cooper odkrył ją dla kina tak jak grany przez niego bohater odkrył Ally dla muzyki. Podobno zaprzyjaźnili się natychmiast. Nad talerzem ze spaghetti z klopsikami, które Gaga, podkreślająca zawsze swoje włoskie korzenie, przygotowała w przerwach pierwszych prób.

Działo się to w jej domu w Malibu, który nazywa swoim „sanktuarium”. Przeprowadziła się tu z rodzinnego Nowego Jorku, który ją zmęczył. Tam wydarzyło się dla niej już wszystko. Gwiazda potrafiła grać na pianinie w wieku czterech lat, jako jedenastolatka pisała piosenki, trzy lata później zaczęła występować w klubach na Lower East Side. Pracowała na trzy etaty, także jako tancerka go-go. Zdarzało jej się dzwonić do barów z prośbą o występ. Na scenę taszczyła swoje własne pianino. Pewnego razu nie mogąc ze sceny uciszyć rozwrzeszczanych studentów, rozebrała się, żeby zwrócili na nią uwagę. Wtedy nauczyła się sterować publicznością.   

„Just Dance”, jej pierwszy singiel sprzed dekady, chociaż trafił na pierwsze miejsca list przebojów w dziewięciu krajach, nie zapowiadał aż tak oszałamiającego sukcesu. Był lekki, popowy, taneczny. Zaraz potem przyszedł kryzys finansowy, który jeśli przyniósł amerykańskiej popkulturze coś dobrego, to otwarcie na mniej normatywną estetykę. Pięć albumów, osiemnaście singli i sześć nagród Grammy później Gaga nie jest już królową dyskoteki, a dobrze prosperującym przedsiębiorstwem, instytucją, postacią. Wspiera środowiska LGBTQ, angażuje się w walkę z wirusem HIV, zabiega o akceptację dla osób cierpiących na depresję. Sama ma zespół stresu pourazowego. To wynik traumatycznego doświadczenia z młodości. – Gdy zaczynałam karierę jako 19-latka molestowanie seksualne było na porządku dziennym. Wchodząc do studia nagraniowego, mogłam się go właściwie spodziewać – mówi Lady GaGa w ostatnim wywiadzie. Ale już w piosence „Til it Happens to You” z filmu dokumentalnego „Pole walki”, za którą była nominowana do Oscara w 2016 roku, wyznała, że gdy nie miała jeszcze 20 lat i nie była jeszcze Lady Gagą, tylko Stefani Joanne Angelina Germanottą, zgwałcił ją producent muzyczny. Nikomu o tym wtedy nie powiedziała. Dziś gdy jej gwiazda świeci jaśniej niż kiedykolwiek wcześniej, dba o to, żeby słyszalny był głos tych, którzy nie mają odwagi mówić tak donośnie jak ona. To dla nich śpiewa, dla nich gra.

W jednej ze scen z „Narodzin gwiazdy”, gdy Ally po raz pierwszy wykonuje swoją piosenkę przed ogromną koncertową publicznością, na telebimie widzimy zbliżenie na jej twarz. Maluje się na niej błogość. Bo ona – Ally i Gaga, Ally, czyli Gaga – naprawdę kocha występować. Jej miejscem zawsze będzie scena – czy to lekko podłych klubów, czy stadionu podczas Super Bowl, czy kasyna w Las Vegas.

Anna Konieczyńska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę