Znaleziono 0 artykułów
17.11.2020

Latający Cyrk RuPaula

(Fot. Getty Images)

Najbardziej rozpoznawalna, najlepiej zarabiająca i najbardziej wpływowa drag queen w historii. Program „RuPaul’s Drag Race” wprowadził drag queens do mainstreamu, nauczył tolerancji, zachęcił do poszukiwania tożsamości. RuPaul, ikona amerykańskiej popkultury, kończy dziś 60 lat.

W 1960 roku jasnowidz przepowiedział Ernestine Charles, że chłopiec, którego urodzi, stanie się sławny. Nie uwierzyła, bo jej rodzina biedowała, zawsze brakowało do pierwszego, a mąż ciągle się awanturował. Pragmatycznie uznała, że na wszelki wypadek nie zaszkodzi wybrać dziecku wyjątkowego imienia. „Ripoll” – przeczytała w gazecie. „Ri” zamieniła na „Ru”, żeby nawiązać do tradycji amerykańskiego Południa, z którego pochodziła („roux”, czyli zasmażka, to podstawowy składnik kreolskiej zupy gumbo). Jakby wybierała imię nie dla małego chłopca, ale dla drag queen, którą miał zostać. Dorosły RuPaul będzie wielkim miłośnikiem astrologii.

Przegięty konwenans

O dzieciństwie Ru mówi w wywiadach z humorem, ale wymijająco: – Dorastałem w rodzinie szalonych wieśniaków. Rodzice rozstali się, kiedy miał siedem lat. Dzieci zostały z matką, która zaczęła chorować na depresję. RuPaul podkreśla zawsze, że choć bywało trudno, w domu zawsze czuł się akceptowany. Mama nigdy nie zabroniła mu przymierzać jej szpilek czy sukienek, nie usłyszał, że zamiast czytać tyle książek, powinien z innymi chłopakami gonić za piłką.

(Fot. Getty Images)

Dorastający Ru pokochał Latający Cyrk Monty Pythona. Wziął z tego kabaretu zamiłowanie do ironii, inteligentnej satyry i świadomość, że codzienne życie to konwenans, który można przegiąć i przerysować. Z Ministerstwa Dziwnych Kroków nie tak daleko do Rupaulowego hitu „Sissy that Walk”. Brytyjczycy nauczyli go dystansu do siebie i pokazali, jaki pożytek płynie z bycia dziwakiem. Może nie był taki jak inni, ale zdecydował, że zamiast gapić się na niego z pogardą, będą na niego patrzeć z podziwem. Sprawi, że udławią się z zachwytu („he will make them gag”), jakby powiedziały drag queens.

Jako piętnastolatek RuPaul wyprowadził się do starszej siostry i jej męża do Atlanty. Tam chodził do artystycznego liceum, specjalizującego się w sztukach scenicznych. To jednak samo miasto, z pierwszym w historii czarnym burmistrzem i buzującą od funku sceną undergroundową, było dla niego najlepszą szkołą. Pierwszy raz zobaczył wtedy występ drag queen – Crystal LaBeija śpiewała numer Donny Summer w kabaretkach i staniku. Zainspirowany, usiadł do maszyny siostry i uszył pierwszą wersję swojej kobiecości – mieszankę stylu Bow Wow Wow i gotyckiego komizmu rodem z „Rocky Horror Picture Show” – poduszki rugbisty, bielizna typu jockstrap, sportowe buty, do tego kabaretki, dramatyczny makijaż oczu i bujna ruda czupryna. Jako frontman założonej przez siebie punkrockowej kapeli chciał przekraczać granice dobrego smaku. – To było moje pierwsze fuck you wymierzone płci kulturowej – podsumowuje po latach.

Królowa Manhattanu

Kiedy podziemna scena Atlanty stała się dla niego zbyt ciasna, pojechał tam, gdzie wszyscy szukający sławy, a szczególnie ci, którzy nie mieszczą się w ramach społecznych norm, czyli do Nowego Jorku. Tam stał się częścią subkultury klubowej i budującego własną kulturę środowiska osób LGBTQIA, sportretowango choćby w dokumencie „Paris is Burning”. Tańczył, śpiewał, tworzył konceptualne performansy, nawiązywał przyjaźnie, coraz częściej słysząc o swojej personie scenicznej, że jest już „legendarna”. To jednak nie przekładało się na finanse. Występował na kampowych balach, ale bywały dni, kiedy nie stać go było na jedzenie. – Och, to był mój powrót Saturna, nic wtedy nie działało – śmieje się dziś.

Na nowojorskiej paradzie równości (Fot. Getty Images)

Wtedy zdecydował, że musi zupełnie zmienić to, jak rozumie i uprawia drag. Ogolił nogi i z punkrokowca zmienił się w glamazonkę, czyli amazonkę w stylu glamour jak ze zdjęć Helmuta Newtona. Makijaż stał się wyrazisty i zmysłowy, peruki uczesane, glany zmienił na szpilki i podkreślił figurę. Został wybrany na najlepszą drag queen w mieście, obwołany Królową Manhatanu i wystąpił w popularnym teledysku zespołu B’52 do piosenki „Love Shack”. Chwyciło.

Ikona popkultury

Wytwórnia Tommy Boy Records zobaczyła w nim talent, choć do tej pory zajmowała się z reguły promowaniem debiutów młodych raperów. W 1993 roku wydał pierwszy album z singlem „Supermodel (You Better Work)”. Utwór okazał się hitem puszczanym w kółko na parkietach w Stanach i Europie, teledysk zaś na stałe zagościł w MTV, stal się kultowy. To satyra na „Vogue” Madonny i „Freedom” George’a Michela, hołd i jednocześnie parodia wizerunków supermodelek i konsumpcjonizmu popkultury. Ru był jak ikona z Fabryki Andy’ego Warhola na nowe czasy.

Był jednocześnie w roli modelki tak przekonujący, że podpisał realny i lukratywny kontrakt z firmą MAC Cosmetics. Mainstream otworzył przed nim podwoje już na dobre. Zaczął nagrywać kolejne płyty, dostał własny program w porannym paśmie radiowym oraz w telewizji – „RuPaul Show”, gdzie wraz z Michelle Visage prowadził pogłębione rozmowy z gwiazdami. Z Cher, Dianą Ross, Lizą Minelli dyskutowali o emancypacji, feminizmie, mizoginii, co w amerykańskiej telewizji lat 90. było nie do pomyślenia.

W 1994 roku poznał partnera George’a LeBara, z którym są razem do dziś, choć ich związek nie jest sztampowy. Widują się nie częściej niż co kilka tygodni, bo Ru woli mieszkać w Los Angeles, a George na ranczu w Wyoming. Dają sobie też przyzwolenie na romanse. Zdaniem Ru najważniejsze to się sobą nie znudzić.

Lata 90. XX wieku i pierwsza dekada XXI wieku upłynęły Ru na nagrywaniu kolejnych płyt (dziś ma ich na koncie 14), powolnym budowaniu marki i borykaniu się z wizerunkiem maskotki normalsów. Można było zrecenzować jego album, ale bardziej żartobliwie, w dziale z modą, nie w muzycznym. Można było napisać o jego dragu, ale przecież nie w tonie publicystycznym. Bywał rozgoryczony, ale też wydawało mu się, że w patriarchalnej, przywiązanej do dominacji białych cis mężczyzn Ameryce wyżej nie może już zajść.

W latach 90. (Fot. Getty Images)
Z uczestniczkami programu (Fot. Getty Images)

Drag w mainstreamie

Wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Wszyscy oglądali wtedy „America’s Next Top Model”. Postanowił, że zrobi konkurs na podobnej zasadzie, tylko dla drag queen, i sam go poprowadzi. Pomysł nie wzbudził entuzjazmu. Zaledwie jedna niszowa stacja telewizyjna zdecydowała się w niego zainwestować. I to też niewiele – po pierwszych odcinkach produkcji widać oszczędności na strojach, scenografii, zdjęciach. Ma się wrażenie podglądania dawnych podziemnych bali przez ukrytą kamerę, i to mocno pobrudzoną. Z sezonu na sezon program stawał się jednak coraz bardziej popularny – najpierw w środowisku, a potem także poza nim. Z Logo przeniósł się do popularnego VH1. Popłynęły pieniądze i pochwały od branży, która kilka lat pod rząd nagradzała potem RuPaula statuetką Emmy dla najlepszego prowadzącego i producenta.

Wraz zaś z rozwojem programu rosła też społeczna świadomość tego, że drag nie jest jedynie praktyką zarezerwowaną dla gejowskich klubów czy Parad Równości, ale artystyczną ekspresją, która mówi wiele o teatrze tożsamości, w jakim wszyscy żyjemy. Branża zaczęła czerpać pełnymi garściami z talentów uczestniczek programu i zapraszać je do sesji okładkowych, na pokazy, zatrudniać je jako muzy projektantów czy twarze kampanii.

Sam RuPaul trafił dwukrotnie na okładkę „Vogue’a”, potem „Interview”, „Vanity Fair” i „Cosmopolitan”. Jego konto na Instagramie ma 4 miliony obserwatorów, milionowe są też konta jego „uczennic” – uczestniczek programu.

Dziś „Drag Race” to 12 sezonów oraz rozmaite dodatkowe serie: „Drag Race All Stars”, „Secret Celebrity Drag Race”, „Drag Race Untucked,” a także show w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Tajlandii oraz „DragCons”, doroczne konwenty dragu, gdzie można kupić perukę, spotkać ulubioną królową i dowiedzieć się, jakie są prawa człowieka.

Praktyka empatii

„RuPaul DragRace” urósł do rangi ruchu społecznego. W ostatnich sezonach uprawiano satyrę na Amerykę Donalda Trumpa, zachęcano do głosowania, promowano postawy obywatelskie. Wolność słowa, równość, prawa mniejszości to tematy przewodnie. Drag jako praktyka empatii uwydatniał się szczególnie w wyzwaniu pod tytułem Makeover, w którym uczestniczki przeistaczały się w osoby, które na co dzień z kulturą queer czy dragiem mają niewiele wspólnego, a kulturowo są ikonami męskości – żołnierzy, futbolistów, heteroojców.

Oglądający kolejne sezony widzowie mogli stać się ekspertami od każdej literki w skrócie LGBTQIA. Była płynna płciowo Courtney Act, indetyfikująca się jako gender queer Sasha Velour, transpłciowa Peppermint, niebinarna Valentina. Każdy uczestnik pokazywał dumę ze swojej osoby i pochodzenia.

Królowe, opowiadając o swoim życiu – aktywizmie, byciu prześladowanym w szkole, kłopotach z prawem, depresjach, uzależnieniach – pokazywały lepiej, na czym polegają konsekwencje bycie „tym innym” we wspólnocie, niż wytłumaczyłby to akademicki wykładowca. A RuPaul podsumowywał: – Jedynymi kryteriami, które powinny nas obowiązywać, są charyzma, odwaga i talent.

(Fot. Getty Images)

Drag to też nie tylko warstwa perfomatywna czy wizualna, to także nowy słownik dzisiejszej kultury. Dzięki RuPaulowi stał się on pełen wyrażeń, które jeszcze za czasów „Paris is Burning” były żargonem wykluczonych. Teraz throwing shade (krytykowanie) czy sickening (obłędny) są cool.

Program RuPaula został nazwany przez „The New York Times” najbardziej radykalnym show w telewizji. I rzeczywiście, choć nikt tego nie powie wprost, to rozrywka wymierzona w samo sedno patriarchalnej normalności. Subwersja w najczystszym wydaniu. Choć z polorem glamu, to czysty punk rock.

RuPaul nie zapomniał o kontrkulturowych korzeniach, choć mieszka nad kalifornijskim oceanem, nie pali i nie pije od 1999 roku, a każdy dzień zaczyna medytacją o 4 rano.

Zmiennokształtny

W dragu nie chodzi o to, a przynajmniej nie tylko o to, żeby się przebierać, ale żeby pojąć, że całe życie to przebieranka. – We are born naked and the rest is drag – to jedno z ulubionych zdań Ru. – Jeśli nie pokochasz siebie samego, jak możesz pokochać kogoś innego – mówi też.

RuPaul śmieje się, że już taka z niego Pollyanna, ale to nie znaczy, że jest głupi czy naiwny. Poczucie humoru to dla ubogiego, czarnego geja najlepsza broń. Błazna wszyscy lubią i błazen wszystkich przechytrzy.

Błazen, a może raczej trickster, to zaś osoba, która pokazuje, że rzeczy są umowne, swobodnie podróżuje między kulturą wysoką a niską, nie daje się skategoryzować.

RuPaul nazywa drag queen zmiennokształtnymi. W wywiadach zaś rzuca swobodnie: – Możecie mówić do mnie per on, możecie mówić per ona. Tak długo, jak do mnie mówicie. Jakby powiedzieli w Cyrku Monty Pythona: „Wink, wink. Nudge, nudge”.

Karolina Sulej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę