Znaleziono 0 artykułów
03.09.2020

Marek Niedźwiecki: Muszę robić coś radiowego

(Fot. Marcin Kempski)

Kiedyś zarzekał się, że nie wierzy w życie pozaradiowe, dziś mówi, że „nic już nie musi”, nawet gadać o muzyce do mikrofonu, co było jego napędem przez kilkadziesiąt lat. Przy okazji wydania pełnej wspomnień i anegdot książki „DyrdyMarki” Marek Niedźwiecki opowiada o swoich „prywatnych listach przebojów”, o tym, dlaczego woli raczej niedosyt niż przesyt, oraz o tym, co przynosi mu codzienność bez radia. Niedźwiecki jest też jednym z bohaterów wrześniowego wydania „Vogue Polska” poświęconemu nadziei.

Trudno w to uwierzyć, ale Niedźwiedzia w Trójce nie ma już od ponad trzech miesięcy. Piątki bez kultowej (w tym kontekście to słowo nie jest bynajmniej przesadą) radiowej listy przebojów dla wielu są jak osierocone. Kiedy ich twórca i wieloletni prowadzący złożył w sensacyjnej atmosferze  wymówienie z rozgłośni, skończyła się pewna epoka. Kilkadziesiąt lat w ciemnym pokoiku z muzyką i słuchaczami, setki wywiadów z muzykami z całego świata, kilka pokoleń odbiorców wychowanych na jego muzycznych wyborach i pogadankach. Można nie lubić muzyki, którą gra, ale nie można podważyć jego roli w budowaniu unikalnego radiowego świata. 

(Fot. Aleksandra Szmigiel-Wisniewska/REPORTER)

Spotykamy się w jego okolicy, w kawiarni ukrytej w zakamarkach pobliskiej galerii handlowej, żeby nad kawą porozmawiać i o dyrdymarkach i o imponderabiliach. Smutno-śmiesznie, słodko-gorzko. Po markowemu. W tle przygrywa nam istne „Radio California”, niczym z prowadzonych przez niego radiowych poranków. Oraz „Never Ending Story” Limahla. Startujemy.

Mam to już za sobą 

Nie będzie dla pana zaskoczeniem, jeśli powiem, że od dzieciństwa żyłam z Listą Przebojów Programu Trzeciego. Potem się od niej oderwałam, ale zawsze miałam poczucie, że w tej pana radiowej bańce panował świat ciepły, dobrotliwie dowcipny, bezpieczny. Lepszy niż to, co dookoła. W „DyrdyMarkach”, ukończonych już po odejściu z radia, uderzyła mnie nostalgia. Jak wygląda to życie pozaradiowe Niedźwiedzia, jakie ono dziś jest?

Marek Niedźwiecki: Pomyślałem, że powinienem napisać drugą część książki sprzed paru lat i zatytułować ją „Jednak wierzę w życie pozaradiowe”, ale… minęły trzy miesiące i znów pojawiłem się w radiu. Tym razem jako gość Janka Niebudka w Radiu Nowy Świat i w Halo Radio u Beaty Kawki. Poczułem, że to jest jednak uzależnienie: ja po prostu muszę robić coś radiowego! Po części to także wina masy listów, które dostaję, a których chyba nigdy w życiu nie chciałem otrzymać. Ludzie piszą: „Dobrze, niech pan sobie będzie takim samotnikiem i odludkiem, ale stworzył pan rodzinę słuchaczy i nie może nas pan teraz zostawić”. Dostaję też inne listy, przychodzą od pięciu lat, kiedy sytuacja w Trójce tak się pogorszyła: „Błagam pana, niech pan nie odchodzi, to jest pana miejsce, nasze miejsce, musi pan trwać”. Trzeba jednak wiedzieć, kiedy odejść i o tym są kolejne listy oznajmiające mi: „To jest moment, kiedy powinien pan to zrobić. Nie może tak być, że pracuje pan w tak spotworniałej instytucji, bo w ten sposób podpisuje się pan pod tym, co oni robią”. Presja z każdej strony ogromna, a ja przecież nigdy nie chciałem, żeby inni decydowali o moim życiu! Oczywiście, mogę powiedzieć: odchodzę, dziękuję bardzo, i jeszcze przez moment to będzie news dnia. Ale potem zostaję z moim życiem sam, a ludzie idą dalej, przestają myśleć o tym, że mnie już nie ma. W całym tym zamęcie mam szczęście, że jestem na emeryturze. Wszędzie to powtarzam: ja już naprawdę nic nie muszę.

(Fot. M. Lasyk/REPORTER)

Takie jest pierwsze zdanie tej książki i przyznaję, że mnie ono zdenerwowało. Bo to takie opuszczenie gardy. Ale z drugiej strony, wywołało we mnie pewną zazdrość. 

Gdyby to się zdarzyło pięć lat temu, to płakałbym tak, jak płakałem w 2007 r., kiedy odchodziłem pierwszy raz z Trójki do radia Złote Przeboje. Wtedy wiedziałem, że robię to wbrew sobie. Teraz tak nie jest. Nagle, po 40 latach pracy, a nawet po 50, bo zaczynałem w studenckim radiu Żak w 1973 r., no więc po tylu latach powiedziano mi: NIE. I to oskarżając mnie o nieuczciwość. Wciąż cierpię, ale – jak śpiewał Mieczysław Fogg – „Ja mam to już za sobą”.

Taki etap, że czuje się pan już nasycony, tak?

Tak, taki etap. 16 maja, kiedy się to wszystko stało, byłem pewien, że do radia nie wrócę już nigdy. To było, jakby ktoś mnie zbił i wyrzucił z samochodu. Ale teraz nie wykluczam, że może za kolejne dwa, trzy miesiące, w październiku czy listopadzie, znów zacznę nadawać. Nie wiem. Ludzie, którzy nigdy się do mnie nie odzywali, nagle piszą do mnie listy „po stracie”. Powiedziałem, że czuję się, jakbym umarł i teraz dowiaduję się, co inni o mnie myślą. Zawodowo jest rzeczywiście tak, jakbym umarł. Nie ma już powrotu do „mojej” Trójki, do mojego życia tam. Ale też trzeba iść dalej, nie oglądać się za siebie. Wiem, nie umiem tego robić, ale trzeba. Nie będę robić podcastów, bo chcę mieć tę adrenalinę, że wchodzę na antenę i mówię: „Dzień dobry państwu, jestem”. A oni wiedzą, że ja naprawdę jestem. Nie nagrany, nie z taśmy, ale ciałem i głosem – na żywo. Fajnie, że „DyrdyMarki” to książka, którą mogę sam przeczytać i pewnie część ludzi sięgnie po audiobooka, bo tam jest mój radiowy głos. Dlatego, że ja jestem dla nich właśnie głosem i lubią mieć ten mój głos w domu. Bywa, że mówią: „Wie pan co? Rozminęliśmy się już w naszych gustach muzycznych, ale nadal lubię słuchać pana głosu, lubię tę atmosferę, którą pan kreuje. Jest pan częścią naszej rodziny”.

Wciągnął pan w tę rodzinę przez lata różne osoby: Alina Dragan, Basia Trzetrzelewska, odwieczna asystentka Halinka i wiele innych osób. Taki mały teatr osobowości.

Tak, w tym teatrze są też artyści, muzycy. Wspomniała pani Basię, a ja bym dodał też na przykład Annę Marię Jopek. Znamy się bliżej i te nasze rozmowy są dla nas obojga małym świętem. 

Ja sobie tu na karteczce wypisałam różne określenia dla opisu postaci „pana Marka od Listy”. I teraz mam wielką prośbę o krótki komentarz do każdego z nich. Startujemy?

Dobrze.

(Fot. Gerard/REPORTER)

Po pierwsze: powściągliwy gaduła  

Tak pan o sobie powiedział, a ja się zastanawiam, jak takie połączenie jest w ogóle możliwe?

To jest tak, że ja rzeczywiście jestem powściągliwy. Jakby pani zajrzała na mojego bloga, to tam nie ma wielu słów. Jestem skrótowy, czasami wystarczają mi dwa zdania. Bywam też gadułą, ale to przyszło z wiekiem. Na spotkaniach autorskich nie gram muzyki, tylko mówię. Kiedyś miałem plan, żeby pobić rekord Guinnessa w prowadzeniu radia „gadanego” na żywo.  Ile bym wytrzymał? To też jest sztuka, której trzeba się nauczyć. W radiu bywało, że coś się zacięło, coś spadło i nagle realizatorka woła: „Mów, nawijaj, nie mamy nic”. I ja potrafię wtedy snuć: – Urodziłem się 24 marca…

W Małkini! A nie, przepraszam, w Szadku! 

Pamiętam Listę, którą wyjątkowo realizowałem z Łodzi. Rozpętała się burza wiosenna i pół miasta straciło prąd. W łódzkiej rozgłośni, w kompletnej ciemności, został tylko jeden działający mikrofon do Warszawy, przez który mogłem mówić. Po drugiej stronie czuwał Wojtek Gąssowski – nie ten piosenkarz, ale spiker – i razem musieliśmy bezprądowy czas zagadać, bo przez ileś minut nie było, jak puścić żadnej piosenki. Trzeba było tę ciszę wypełnić sobą. Czasami widzę, jak młody kolega ma 20 sekund i nie umie ich zagadać. Tak więc to też się nabywa z wiekiem. Używam często sformułowania, że radio jest teatrem wyobraźni. Ja w sobie ten teatr uruchamiam i zaczynam mówić. Jestem więc powściągliwy, ale też mogę być gadułą. Kiedyś jeden z kolegów napisał mi może najwspanialszą recenzję, przepraszam z góry za niecenzuralne słówko: „Niedźwiedź, k…a, jak ty to robisz, że mówisz tyle, ile trzeba, ani jednego słowa mniej, ani więcej?”. Ja wolę, żeby ludzie mieli niedosyt mnie aniżeli przesyt.

Myślę, że ta powściągliwość to jest szersza osobowościowa sprawa, choćby pana niechęć do tak częstego dzisiaj publicznego pokazywania prywatności. Moment, w którym wypchnięto pana sprzed mikrofonu na scenę i do telewizji wspomina pan jako swego rodzaju traumę.

Oj tak, to bolało. Proszę więc sobie wyobrazić, jak teraz cierpiałem, kiedy przez dwa czy trzy tygodnie zrobili mnie jedynką na wszystkich portalach newsowych. Byłem z tego powodu wręcz chory, bo ja uciekam od takich rzeczy. Nigdy nie chodzę na ścianki, nie jestem duszą towarzystwa. A tu mnie analizują, niektórzy wylewają na mnie pomyje. To mnie najbardziej dotykało, bo nie mogłem się bronić. Każde tłumaczenie, typu „Nieprawda, nigdy nie brałem za promowanie piosenek pieniędzy”, pociągnęłoby kolejną lawinę komentarzy, hejtu itp. Postanowiłem wtedy razem z panem mecenasem, który mnie reprezentuje, że nie będę zabierał głosu nigdzie i w żadnej sprawie. I przez te trzy miesiące udało mi się nie dać w to wciągnąć.

Jeśli robię jakieś przekręty, to tylko językowe. Bardzo lubię bawić się językiem. Tytuły moich książek: „Radiota”, „DyrdyMarki”, „Nie wierzę w życie pozaradiowe” biorą się właśnie z tych zabaw, a wydawnictwo odgrzebuje potem powiedzonka z mojego bloga i audycji. Te moje „sezamki obojętne zębów” czy „9 milionów do godziny dwudziestej” pojawiały się spontanicznie. Może mnie zainspirował holenderski partner Aliny Dragan, Cesco zwany Czesiem, który po pierwszym razie w Polsce powiedział: „Nigdy więcej tu nie przyjadę”, a teraz nie dość, że mieszka tutaj, to jeszcze uwielbia badać sekrety polszczyzny. Kiedy przeczytał na znaku drogowym „Uwaga, piesi!”, myślał, że tu chodzi o psy. No bo skoro jest jeden „pies”, to w liczbie mnogiej będą przecież „piesi”. Albo jego wspaniałe rozkminki, jak się mają do siebie „ręcznik” i „podręcznik”. Dla nas to jest oczywiste, nie zastanawiamy się, a warto czasem spojrzeć na swój język jak cudzoziemiec albo małe dziecko – na świeżo.

Po drugie: skromny sybaryta

Czytam na pana blogu, ze „żółte pomidory smakują teraz jak mango” i od razu leci pan skojarzeniami, niczym przy proustowskiej magdalence: a z to australijskim Mango Beer, a to z rajską plażą w Australii itp.  Rozumiem, że pan lubi wysysać smaki z każdej chwili codzienności, jest więc szansa na udane życie pozaradiowe. Do tego przepisy kulinarne w książce, smaki dzieciństwa. Skąd takie rozsmakowanie?

Ze starości. Kiedyś mnie nie interesowało, co jem. Nie garnąłem się za młodu do gotowania, bo mama świetnie gotowała, a tata rzeźnik robił najlepsze na świecie kotlety. Ale jak poszedłem na swoje, coś musiałem jeść. Tak więc ryż z prażonym jabłkiem albo ze śliwkami, cynamonem i jogurtem potrafiłem jeść przez kilka tygodni, potem przechodziłem na inny smak i znów parę tygodni. A skromność… Pochodzę z czasów, kiedy przysmakiem był chleb z cukrem maczany w wodzie. Wciąż tęsknię za takim prawdziwym chlebem. Wczoraj pisałem na blogu, że jak oglądam film z Louisem de Funèsem, to właściwie chciałbym, żeby było, jak kiedyś. Nie dlatego, że tęsknię do komuny. Dlatego, że to było takie beztroskie życie, a myśmy o tym nie wiedzieli. Aż dowaliło nam COVID-em.

Stąd nostalgia, którą uważam za dominujące uczucie naszych czasów.

Niech pani uważa z tą nostalgią. Jeden mój kolega zaczął być nostalgiczny, następnie słuchał tylko starej muzyki, a niedługo potem odszedł z tego świata. Ja, niestety, też ciągle słucham starej muzyki, czy to coś znaczy, panie doktorze? Na szczęście czasem odbijam się od tego i słucham również nowych rzeczy.

Dzięki Bogu!

Na przykład nowa Alanis Morissette, Benjamin Biolay. Teraz wychodzi nowa Diana Krall – to będzie chyba jedna z najpiękniejszych, melancholijnych płyt, jakie się w tym roku pojawią. Tak więc słucham nowości, dozuję je sobie, ale nie ukrywam, że sięgam chętnie po lata 70., bo to najpiękniejsze lata w muzyce, ale też w moim życiu. Wtedy byłem studentem, nic mnie nie obchodziło, jechałem sobie na weekend do mojego Szadku, potem brałem wałówkę w słoikach i wracałem do Łodzi. Do dzisiaj to mam. Kiedy w niedzielę byłem u siostry i kuzynki, przywiozłem od nich jedzenie na cały tydzień. Kuzynka mówi, że kiedyś się zatruję, jak szybko tego nie zjem, ale przecież nie mogę wszystkiego zjeść w dwa dni!!! Chociaż… Koleżanka ostatnio powiedziała: „Skoro przestałeś się pokazywać w telewizji, to teraz się możesz wreszcie zaniedbać”. Tak więc teraz się właśnie z przyjemnością zaniedbuję.

Myślę, że dla wielu to też jest nauka wyciągnięta z pandemii. Lockdown zmusił nas do bycia tu i teraz. Do skupienia na tym, że smakujemy, że patrzymy na chmury, słuchamy Diany Krall.

Uwielbiam zwyczajność, to, że codziennie idę na bazarek, zawsze kupuję u tych samych sprzedawców. Mam nadzieję, że jak jutro tam pójdę, pan Krzysio będzie miał jabłka celesta, takie ciut gruszkowe, niezwykłe. Odkryłem je właśnie dzięki panu Krzysiowi, który mówi: „Lobo? Lobo to nie jest jabłko, pan spróbuje TEGO!”.

Po trzecie: wieczny prowincjusz 

Wiele osób ucieka przed tą prowincją w sobie, w pochodzeniu, pan – wręcz przeciwnie, z lubością ten fakt wyciąga, wraca też chętnie do korzeni i rodzinnej miejscowości.

No niestety, znów powtórzę – to też jest upływ czasu, czyli starość. Kiedy byłem młody, to oczywiście uciekałem z tej prowincji, choćby dlatego, że w liceum ja jeden byłem z małego Szadku, a koledzy ze Zduńskiej Woli. Oni z miasta, ja z wiochy. Zazdrościłem im swetrów szetlandzkich, bo ja chodziłem w swetrach robionych na drutach przez mamę. Nie wiem dokładnie kiedy, ale w pewnym momencie wróciłem do Szadku i wciąż lubię tam wracać. Jestem stamtąd. Nie udaję nikogo innego. Jak jest środa, to idę na miejscowy targ, robimy z kuzynką zakupy, rozmawiamy z sąsiadami. Nie ma już mojego domu, został zburzony, ale kuzynka szczęśliwie wybudowała swój własny, gdzie mam swój kącik, gdzie są moje płyty itp. Tak to jest, że na początku się od tego ucieka, a potem do tego wraca. To pewnie ta nostalgia. Tata się łatwo wzruszał, a ja jestem coraz bardziej do taty podobny. On był taki wrażliwy rzeźnik.

Co prowincja daje?   

Myślę, że ludzie z prowincji mają bardziej pod górkę, żeby dojść do pewnych rzeczy, i to jest dobre, bo trzeba sobie wyznaczać cele, pokonywać przeszkody.  Bo jak inaczej mogłem sobie wymyślić w 1968 r., mieszkając w maleńkim Szadku, że jak dorosnę, to będę takim panem Markiem od radiowych przebojów? Nikomu o tym nie mówiłem, bo by mnie wyśmiali: „Chory jesteś? A może w kosmos polecisz?”.
Najpierw wymyśliłem sobie, że będę studiował w Łodzi i studiowałem.

Budownictwo

Tak. Mniejsze zło. Dlatego, że wszystkie inne wydziały, które wchodziły w grę, były trudniejsze. Elektronika, mechanika czy włókiennictwo, które studiowała moja siostra na tej samej uczelni. Jeszcze będąc w szkole, woziłem jej wałówki do akademika. U niej z głośnika leciało studenckie radio Żak i nagle wpadło mi do głowy, że to będzie moje pierwsze radio.

No i było.

Na pierwszym roku uczyłem się pilnie, bo bałem się, że wylecę i pójdę do wojska. Potem radio było najważniejsze. Nie byłem może przez to najlepszym studentem, ale studia skończyłem i jestem magistrem inżynierem.

Okazuje się, że ten pragmatyk ma duszę poety i czytał regularnie w nocnej audycji wiersze Haliny Poświatowskiej pod muzykę. Szczerze mówiąc, tego wątku z pana życiorysu radiowego dotąd nie znałam.

Budowlaniec poeta. Wydawało mi się, że jeśli mam kiedyś pracować w radiu, to muszę poprawnie mówić po polsku, a pochodziłem z małego miasteczka, gdzie były naleciałości lokalne. Uznałem, że jak się zapiszę do kółka recytatorskiego w szkole albo na zajęcia z moją ciocią, która prowadziła teatr w Zduńskiej Woli, to przynajmniej będą mnie poprawiać. Że się mówi „tę” zamiast „tą”, „wziąć”, a nie „wziąść” itd. W kółku recytatorskim nasza pani od polskiego powiedziała, że zrobimy „Opowieść dla przyjaciela” – opowiadanie Haliny Poświatowskiej podzielone na role. Wystawiliśmy to i wpadłem w tę Poświatowską. Uwiodła mnie tęsknota, nostalgia, bo to była osoba, która całe życie chorowała, funkcjonowała z wyrokiem śmierci nad głową. A jednocześnie miała w sobie głód życia, pasję. Uważam, że napisała najpiękniejsze erotyki w polskiej poezji, nie Pawlikowska-Jasnorzewska, tylko ona!  Wciąż sięgam po jej tomiki, jak mam zły dzień i potrzebuję się wyłączyć. Jej wiersze są nadal mocne i prawdziwe. To nie są żadne archiwalia czy poezja z myszką. Dlatego zacząłem je kiedyś czytać w radiu. To była zresztą karkołomna sprawa, wybierałem tylko takie, które czułem, że mogę jako mężczyzna przeczytać. Miałem tomik, w którym zaznaczałem daty, co i kiedy przeczytałem, do tego odpowiednio dobrana muzyka, zegarek wiszący nad głową. Taki monodram. Kiedy byłem teraz w radiu Nowy Świat i powiedziałem, że nie ma już miejsca na takie radio, odezwał się Wojtek Malajkat: „Słyszałem, co pan mówił, panie Marku, to nieprawda! Właśnie będziemy tutaj czytali wiersze!”. 
I przeczytał wiersz „Nienawiść” naszej noblistki, który zresztą tak pięknie zaśpiewała Hanna Banaszak na nowej płycie. 

Szukajmy smaków

Wyczerpałam listę określeń, ale chcę jeszcze o coś pana zapytać. Pisze pan: „Nazywam się starszakiem od jakichś 20 lat, a świat trwa, jednak pewne objawy zgłupienia naszej planety zaczynają przekraczać granice wytrzymałości”. Jak starszak patrzy na otaczający nas świat?

Pisałem na blogu już kilka lat temu, że Ziemia ma nas tak dosyć, że niedługo nam podziękuje. Cały czas robimy sobie kuku, stoimy nad przepaścią, wystarczy krok i nas nie będzie. To jest nieuleczalne. Szkoda. Jeszcze rok temu nie wiedzieliśmy, że mamy się cieszyć swoim zwyczajnym, normalnym życiem, a trzeba to było robić na zapas, bo teraz już nie można. Dopadła nas pandemia. Jedni to przeżywają lekko, śmieją się, że to ściema, ale inni, jak moja znajoma z australijskiego Hobart, boi się, że już nigdy nie przyjedzie do Europy. Mieszka w najpiękniejszym miejscu na świecie, a cierpi.

W tej sytuacji zawsze można jeszcze podróżować do wewnątrz, uciekać w muzykę. Czego słuchać w czasach chaosu?

Wracam do swoich lat 70. i to mi daje dużą radość, bo to przypominanie sobie tamtych czasów, smaków i zapachów. Ukazuje się też sporo fajnych nowych rzeczy. Burt Bacharach jest po dziewięćdziesiątce i nadal wydaje nowe piosenki. Niesamowite, że jeszcze mu się chce! Sięgam po Australię, tam jest Pete Murray, jego świetna nowa piosenka to teraz „number one” na mojej liście. Stacey Kent nagrała kawałek z młodym Thomasem Dutronc [syn Françoise Hardy – przyp. A.S.]. Cóż to za świetna babka! Bezpretensjonalna, normalna, otwarta. Uwielbiam z nią gadać, tak pięknie mówi po angielsku, że aż żal mi tłumaczyć. Podrzuciłbym do słuchania jeszcze Melody Gardot, która nagrała najsmutniejszą płytę na świecie „The One and Only Thrill”. Jak mi źle, sięgam po to piękno i od razu wiem, że inni mają gorzej. Są to małe radości, ale są. Trzeba więc słuchać muzyki. No i jeść pomidory! Bo jeszcze miesiąc i nie będą już jak mango, tylko jak karton. „Adios Pomidory”, jak śpiewał kiedyś Wiesław Michnikowski. Szukajmy w życiu dobrych smaków.

* Marek Niedźwiecki „DyrdyMarki”, wyd. Wielka Litera 2020

 

Marek Niedźwiecki jest jednym z bohaterów sesji poświęconej nadziei, która jest przewodnim tematem najnowszego wydania „Vogue Polska”. Do kupienia w salonach prasowych i na Vogue.pl 

(Fot. Marcin Kempski)

 

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę