Znaleziono 0 artykułów
11.06.2018

Martyna Majok: Dziewczyna z Pulitzerem

Martyna Majok (Fot. Archiwum prywatne)

Miała 5 lat, kiedy wyjechała z Polski do Ameryki, 17 lat – kiedy po raz pierwszy poszła do teatru. Dziś jest rozrywaną amerykańską dramatopisarską i niedawno dostała nagrodę Pulitzera za sztukę teatralną „Cost of Living”. Nam opowiedziała o swojej życiowej drodze z rodzinnego Bytomia na nowojorskie sceny teatralne.

Uważa się za Polkę i Amerykankę jednocześnie. – Cała moja rodzina nadal żyje w Polsce, jedynie mama i przyrodnia siostra mieszkają ze mną w Stanach Zjednoczonych – mówi Martyna Majok. – Poszłam do szkoły już w Ameryce, dlatego wyrażam się najswobodniej po angielsku, nigdy jednak nie porzuciłam polszczyzny. Jeżdżę do Polski, kiedy tylko mogę i za każdym razem staram się zajrzeć do Bytomia. Dom, w którym się urodziłam i w którym przyszła na świat moja mama, wciąż stoi tam, przy ulicy Wyspiańskiego.

Dorastała w imigranckiej robotniczej dzielnicy w New Jersey, której mieszkańcy pochodzili z różnych krajów i nie było nic dziwnego w tym, że ktoś jest zanurzony jednocześnie w kilku kulturach. W większości domów jej przyjaciół używano dwóch lub więcej języków. – W moich sztukach teatralnych zwykle piszę właśnie o ludziach, których tam poznałam: o imigrantach, robotnikach, samotnych matkach – wyjaśnia. – W większości opowieści scenicznych to postacie uznane za drugorzędne, u mnie zajmują centralne miejsce. Zawsze czułam się „po środku”. Technicznie rzecz biorąc jestem imigrantką, choć przybyłam tu jako dziecko i nie była to moja decyzja, ale wybór mojej mamy. 

Martyna była świadkiem niełatwych przeżyć matki, imigrantki pracującej w fabryce, dorabiającej sprzątaniem mieszkań i opieką nad starszymi osobami, ale miała też swoje doświadczenie „dziecka na obczyźnie”. Pozwoliło jej to stworzyć więź z ludźmi pochodzącymi z wielu odległych miejsc i krajów: – Nie ma jednego „wzoru na imigranta”, jest za to wiele doświadczeń emigracji i różne powody, które wpłynęły na wyjazd do obcego kraju. Ale jest też wiele podobieństw. To, że pochodzę z Polski i wyemigrowałam do Ameryki, stanowi być może jedno z najważniejszych doświadczeń definiujących mnie i moje pisanie. Najsilniej działają na mnie historie i doświadczenia mojej matki. Widzę piękno w tym, co inni uważali za „zepsuty: język. Angielski był drugim językiem dla wielu rodzin wrastających w amerykańską tkankę, a większość z nich uczyła się języka bardziej przez codzienne życie i pracę, niż kursy językowe w szkole dla przyjezdnych. Ich szczególny sposób postrzegania świata i wyrażania go w nowym języku wydawał mi się często bardziej zgodny z prawdą, niż czyjaś poprawna wymowa i doskonały akcent. To wpłynęło na mój sceniczny styl.

Martyna Majok (Fot. Archiwum prywatne)

Najpierw scenki, potem scena

Do teatru po raz pierwszy poszła w wieku 17 lat. Za pieniądze wygrane podczas gry w bilard kupiła bilet na musical „Kabaret” z Johnem Stamosem, pokazywany w legendarnym nowojorskim klubie Studio 54. Zachwyciła się. Ale tak naprawdę, to był tylko element procesu dojrzewania. – Zawsze lubiłam czytać i wymyślać historie, tworzyłam rysując, pisząc – wspomina. – Publiczna szkoła, do której chodziłam, nie miała nawet zajęć teatralnych, dopiero w college’u mogłam tego spróbować. A ponieważ dorastałam w skromnych warunkach materialnych, miałam mnóstwo wątpliwości, bo kariera artystyczna to ryzykowna ścieżka. Wiem, że moja mama także martwiła się moimi teatralnymi planami, ale nigdy nie próbowała mnie od tej decyzji odwieść.

Sztuka "Cost of living" (Fot. Materiały prasowe)

W liceum pisała scenki z życia (wizyta w banku, kawiarni, sklepie itp.) dla programu nauki angielskiego dla imigrantów i ich dzieci. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie zajmuje się… dramatopisarstwem. Na uniwersytecie w Chicago brała już udział w zajęciach z teatru i grywała w spektaklach. – W tamtym czasie mój dom nie był oazą spokoju. Ojczym okazał się brutalnym mężczyzną i czasem widziałam sytuacje, których w idealnym świecie być nie powinno – opowiada. – Nie mogłam pojąć, czemu ktoś robi coś takiego drugiemu człowiekowi? Zaczęłam „kolekcjonować” dialogi z mojego życia. To pozwalało mi nabrać dystansu do przeszłości, zastanowić się nad mechanizmami zdarzeń, w których z mamą uczestniczyłyśmy. Wykorzystałam niektóre z nich, by stworzyć dramat sceniczny. Okazało się to niezwykle trudne, ale stało się obsesją, której nie potrafiłam już porzucić. 

W rezultacie podjęła decyzję o studiowaniu w Yale School of Drama. – W scenach opartych na moich własnych doświadczeniach dostrzegłam, jak te wydarzenia odnoszą się do „większych” narracji przejawiających się w społeczeństwie i kulturze. Dlatego większość moich sztuk ma charakter osobisty i polityczny, ale to, co polityczne wyłania się z tego, co osobiste.

Czarna komedia, jasny cel

Dramaty Martyny Majok wystawiane były w różnych teatrach w Nowym Jorku oraz na wielu scenach w całym kraju, w tym w Los Angeles i Chicago. Ich znakiem rozpoznawczym jest silne społeczne zaangażowanie, zrozumienie dla ludzi wykluczonych ekonomicznie i społecznie, którzy na swój los nie zasłużyli. Jej nagradzana wcześniejsza sztuka „Ironbound” ma np. w centrum imigrantkę z Europy Wschodniej i opiera się na amerykańskich doświadczeniach matki autorki. Dramat „Queens”, który napisała dla Lincoln Center w Nowym Jorku, także opowiada o imigrantkach z różnych krajów (wśród nich jest Polka), które mieszkają razem w Queens i próbują się wzajemnie wpierać w zmaganiach z codziennością. 

Sztuka "Queens" (Fot. Materiały prasowe)

Nagrodę Pulitzera Majok otrzymała w tym roku, za dramat „Cost of Living”. Pokazuje w nim dwie pary: bezrobotnego kierowcę ciężarówki i jego sparaliżowaną po wypadku żonę oraz zamożnego studenta z dziecięcym porażeniem mózgowym i jego opiekuna. 

– Sukces tej właśnie sztuki jest dla mnie szczególnie ważny. Teatry bały się tej inscenizacji, rzadko zdarza się, że dramat sceniczny wymaga od producentów, by obsadzili nie jednego, ale dwóch niepełnosprawnych aktorów. Jestem więc podekscytowana, bo mam nadzieję, że Pulitzer pozwoli przebić się tematowi do szerszej publiczności i stworzy więcej szans dla niepełnosprawnych wykonawców.
 
Martyna zwykle pisze o kwestiach związanych z klasą społeczną i pochodzeniem, ale odkryła, że amerykańska publiczność (w której dominują ludzie z tzw. klas wyższych) jest często oporna wobec tych historii. – W powszechnej świadomości istnieje idea „american dream”, co oznacza, że jeśli ciężko pracujesz, możesz osiągnąć wszystko – mówi. – Ale ja spędziłam całe życie obserwując, jak ciężko ludzie pracują – bardzo, bardzo ciężko, a mimo tego, czasami to nie działa. Jednak mówienie o tym wprost nie jest dobrze widziane w Ameryce, niektórzy widzowie odbierają to jako oskarżenie ich stylu życia. Nauczyłam się więc, że muszę użyć humoru w tych opowieściach, bo inaczej nikt nie będzie chciał ich słuchać. Często piszę o ciemnych stronach życia, ale moi bohaterowie nie rozczulają się nad sobą, mają pozbawiony złudzeń ogląd swojej sytuacji i potrafią z niej żartować. To czarna komedia. Może mam ją w moim polskim DNA.

Sztuka "Inbound" (Fot. Materiały prasowe)
Martyna Majok (Fot. Archiwum prywatne)

Głowacki w spódnicy

Martyna daje sobie sprawę, że porównuje się jej prace do sztuk innego polskiego „imigranta” w amerykańskim teatrze, a mianowicie Janusza Głowackiego: – Byłam podekscytowana faktem, że „Cost of Living” został wyprodukowany w tym samym teatrze, który w 1987 roku, dokładnie 30 lat wcześniej, wystawił „Polowanie na karaluchy” Głowackiego. Uwielbiam te niewidzialne połączenia – kraje, sztuka, wspólne miejsca, doświadczenia, które łączą nieznajomych w cudowny, nieoczekiwany sposób ponad czasem. 

W 2016 roku Martyna odwiedziła Festiwal Boska Komedia w Krakowie: – To moje pierwsze doświadczenie z oglądaniem polskich spektakli w Polsce! Widziałam wcześniej kilka produkcji w Nowym Jorku i Chicago, np. „Piołun” Teatru Ósmego Dnia, „Samotność pól bawełnianych” Radka Rychcika czy polskie adaptacje dramatów Sarah Kane. Ale najczęściej po prostu czytam polskie sztuki – klasyczne i nowe. Kantor i Grotowski są wielkimi postaciami w Ameryce, widziałam wiele ich prac w formie archiwalnej. 

Z Szymonem Wróblewskim z Instytutu Adama Mickiewicza rozmawia o stworzeniu nowej sztuki inspirowanej klasycznym polskim dramatem, być może Wyspiańskiego lub Gombrowicza, a w przyszłym roku po raz pierwszy na polskich scenach mają się pojawić jej sztuki, m.in. „Ironbound” w Teatrze Narodowym w Warszawie.

Sztuka "Inbound" (Fot. Materiały prasowe)

– Ciekawe, jak odmienna jest scena teatralna w Ameryce w porównaniu z Polską i Wielką Brytanią – zauważa Martyna. – Po pierwsze, wysoka cena biletów, zwłaszcza w dużych teatrach, zraziła i wykluczyła tzw. klasę pracującą, co oznacza, że ​​zazwyczaj amerykańską widownię tworzy klasa wyższa. A to może zniekształcić recepcję i perspektywę spektaklu, właśnie przez tę specyficznie sprofilowaną publiczność i krytykę. W Stanach nawet artyści teatralni nie zawsze mogą sobie pozwolić na bilety do teatru!

Życie po Pulitzerze

– Kiedy zadzwonił mój agent z informacją o nagrodzie, myślałam, że żartuje. To zawsze było moje marzenie, więc brzmiało nierealnie – opowiada Martyna. – Był wtedy ze mną mąż (Josiah Bania, aktor – przyp. red.). Zabieraliśmy się właśnie do rozliczania naszych podatków, ale rzuciliśmy wszystko, żeby świętować z przyjaciółmi. To był jeden z najlepszych dni w moim życiu. Podobnie, jak ceremonia wręczenia, która odbyła się 30 maja, a moja mama i mąż towarzyszyli mi wtedy.  
 
Pytam więc: co się w jej życiu zmieniło po Pulitzerze? – Wszystko i nic – odpowiada Martyna. – Dostałam mnóstwo e-maili, SMS-ów i telefonów od znajomych i kolegów. Najlepsze, że mogłam porozmawiać z ludźmi, z którymi od dawna nie miałam kontaktu. Zainteresowanie opinii publicznej było dla mnie nieco przytłaczające, otrzymałam więcej próśb o wywiad niż byłam w stanie ich udzielić. Ale to, o czym piszę i jak piszę – nie zmieniło się. A po świętowaniu, po prostu wróciłam do pracy.

Sztuka "Cost of living" (Fot. Materiały prasowe)

Niedawno ukończyła nową sztukę „Sanctuary City”, która w maju 2019 będzie miała premierę w Nowym Jorku. Pisze libretta do dwóch musicali: jeden z nich, o Czarnobylu, powstaje dla The Public Theatre w Nowym Jorku. Ma też nadzieję, że nakręci film na oparty na „Cost of Living”.  

– Mam teraz tyle zobowiązań, które muszę wypełnić, że nie jestem pewna, kiedy to wszystko zrobię. Ostatnio nie śpię dużo – mówi i dodaje, że jej rola jako autorki nie ogranicza się tylko do pisania przy biurku. – Jestem bardzo zaangażowana w premierowe produkcje moich sztuk, jestem wtedy na każdej próbie korygując tekst, ucząc się od aktorów, wprowadzając zmiany. Dramaturdzy tworzą w samotności, a moim ulubionym etapem są właśnie próby, bycie we wspólnocie. Kocham to! 

 
Martyna Majok (ur. 1985) – polsko-amerykańska dramatopisarka, laureatka nagrody Pulitzera w dziedzinie dramatu w 2018 roku. Urodziła się w Bytomiu, a w 1990 roku wraz z rodziną wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Ukończyła University of Chicago i Yale School of Drama, uczyła się też w Juilliard School. Laureatka nagród: Charles MacArthur Award, The Lanford Wilson Award, David Calicchio Emerging American Playwright Prize i Greenfield Award, którą otrzymała jako pierwsza kobieta w historii tego wyróżnienia. W 2018 roku dostała nagrodę Pulitzera w dziedzinie dramatu, za sztukę „Cost of Living”. Mieszka w Nowym Jorku, jej mężem jest aktor Josiah Bania.

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę