Znaleziono 0 artykułów
08.02.2020

Młode matki: Wieczne poczucie winy

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

– Odkąd mniej wsłuchuję się w zgiełk oczekiwań, a coraz uważniej w potrzeby moje, partnera i naszego syna, uwalniam się od poczucia winy – mówi mama dwulatka. – Wcześniej dopadało mnie za każdym razem, gdy oddaliłam się od wydumanego ideału. W nowym cyklu kobiety opowiedzą nam o wyzwaniach macierzyństwa. Nie tylko tych związanych z wychowaniem dziecka, lecz także ze społeczną oceną ich roli.

Gdy we wrześniu 2012 r. prof. Zbigniew Mikołejko udzielił wywiadu w „Wysokich Obcasach Extra”, w którym w pogardliwy sposób nazwał młode matki „wózkowymi”, podkreślając, że nie ma zamiaru ulegać ich dyktatowi, na forach parentingowych rozpętało się piekło. Filozofa odsądzono od czci i wiary, zarzucając mu nie tylko mizoginię, lecz także niezrozumienie realiów społecznych. Od tego czasu trwa nieustanna walka między matkami a tymi, którzy widzą w nich „madki”, zapatrzone bezkrytycznie w swoje „bombelki”.

Kobietom, które urodziły dziecko, zarzuca się, że wywyższają się nad bezdzietne rówieśniczki, należą do ruchu antyszczepionkowców albo kupują miłość swoich pociech coraz to nowymi zabawkami. Chociaż coraz więcej mówi się o obciążeniach emocjonalnych związanych z macierzyństwem (do depresji poporodowej przyznało się wiele gwiazd, w tym Chrissy Teigen, Cardi B i Drew Barrymore), wciąż dzieli się kobiety na wrogie plemiona – matek i nie-matek. Matki spotykają się w zamkniętych grupach na Facebooku i pod pozorem wymiany informacji o sklepach i przedszkolach, przemycają pasywno-agresywne komentarze. Bo przecież żadna matka nie jest dość doskonała.

Matki w opinii własnej, innych kobiet i całego społeczeństwa nigdy nie są wystarczająco dobre. Dlatego my pozwalamy im opowiedzieć historie bez cenzury, bez filtra i bez oceny.

W pierwszym odcinku cyklu oddajemy głos 35-latce z Warszawy. Pracuje w wydawnictwie, od pięciu lat ma męża, od dwóch i pół – syna.

(Ilustracja: Magdalena Pankiewicz)

Do niedawna niespecjalnie przejmowałam się opinią innych. Nie zastanawiałam się, czy mój brzuch jest wystarczająco płaski, moja praca wystarczająco prestiżowa, a dom wystarczająco designerski. Nie obawiałam tego, że nie jestem dość dobra – w pracy, z partnerem, dla przyjaciół. Mam szczęście, bo zostałam wychowana na pewną siebie dziewczynkę, nastolatkę, a potem kobietę. Rodzice nigdy nie podważali moich wyborów, ufając, że wiem, co robię. Dali mi siłę, więc nie ulegałam presji.

Do czasu. Wszystko się zmieniło, gdy zaszłam w ciążę. Okazało się, że wolność, która do tej pory była dla mnie najważniejsza, została drastycznie ograniczona. Każdy bowiem etap starania się o dziecko (od początku tego określenia nie znosiłam), bycia w ciąży (koniecznie mówi się o tym w pierwszej osobie liczby mnogiej), porodu, połogu, a potem wychowania jest obwarowany zasadami. Nie znając ich, gubimy się. Bo nasze doświadczenie wcale nie jest intymne, osobiste, własne. Z chwilą, gdy wchodzimy w rolę matki, zaczynamy należeć do innych. Każdemu wydaje się, że jest uprawniony do komentarza. „Chyba przytyłaś. Czyżby to już…?”, „Nie powinnaś tyle pracować, przecież rośnie w tobie nowe życie”, „Poród prywatnie? Przecież jesteś lewaczką”, „Cesarka pozbawi cię cudownego doświadczenia”, „Trzy miesiące urlopu macierzyńskiego to chyba za mało. Kto zajmie się twoim dzieckiem?”.

Każde z tych pytań sugeruje, że już zrobiłaś coś źle. Dotąd odporna na tego typu przytyki, nagle uznałam, że oni na pewno wiedzą lepiej. Cóż z tego, że zazwyczaj podejmowałam właściwe decyzje odnośnie mojego życia. Tym razem na pewno jest jakiś zasób wiedzy tajemnej, do której nie mam dostępu, więc muszę słuchać tych bardziej doświadczonych. Zaczęłam czuć się ze sobą źle, bo przestałam spełniać oczekiwania. Już nie moje własne, a – jak mi się wydawało – wszystkich dookoła. A popełnić błąd można przecież na każdym kroku. W ciąży nie bierzesz kwasu foliowego? Twoje dziecko na pewno urodzi się chore. Wypiłaś łyk wina? Patologia. Wyjechałaś na wakacje? A czy w okolicy na pewno jest szpital? Kwestionowałam więc wszystkie swoje wybory. Poczucie winy dopadało mnie za każdym razem, gdy oddaliłam się od wydumanego ideału.

Najmocniejsze momenty? Badanie w kierunku zespołu Downa, gdy wydawało mi się, że moje wyniki oznaczają, że na pewno urodzę dziecko z niepełnosprawnością. Wpadłam w histerię, za którą natychmiast zaczęłam się obwiniać. A potem w piątym miesiącu totalne zaskoczenie: to będzie chłopiec, chociaż całe życie marzyłam, że będę ubierać córkę w spódniczki baletnicy. I znowu poczucie winy. Że przecież powinnam kochać to dziecko, a płaczę, że już w życiu płodowym nie spełniło moich oczekiwań.

Ja tymczasem, mimo poczucia winy, nie spełniałam oczekiwań innych. Przed porodem nie przeczytałam ani jednej książki, pokoik dziecięcy urządzałam naprędce, wyprawkę robiłam na kilka dni przed pójściem do szpitala. Pracowałam, podróżowałam, spotykałam się z przyjaciółmi. Fizycznie czułam się świetnie. I za to też się jakimś cudem obwiniałam, porównując się do koleżanek, które cierpiały w ciąży katusze.

Potem stanęłam przed wyborem – szpital publiczny czy prywatny – i jeszcze trudniejszym – poród naturalny czy cesarskie cięcie. Mój mąż nie miał wątpliwości. Wiedział, że boję się lekarzy, fizjologia mnie brzydzi, a mój próg bólu jest żenująco niski. Od początku namawiał mnie na pakiet w prywatnej klinice. Z opcją cesarki na żądanie. I znów, mówiąc o tym, czułam się winna. Bo stać mnie na prywatną opiekę medyczną, a inne kobiety nie. Bo idę na łatwiznę. Bo poród powinien być próbą siły.

Żeby nie było – spróbowałam urodzić naturalnie. Dziś wiem, że gdyby nie to, że w każdej chwili mogłam powiedzieć „stop”, zdrowie moje albo mojego syna mogłoby być zagrożone.

Nasłuchałam się potem wystarczająco dużo historii o rodzeniu nie po ludzku, żeby wiedzieć, że w publicznych szpitalach kobiety często traktowane są jak mięso, uprzedmiotawiane, niszczone psychicznie. Ja wspominam przejmujący ból, najsilniejszy, jaki czułam, jako traumę, taką na całe życie. Trudno mi wyobrazić sobie, że poza tym miałabym traumę wynikającą z tego, że zostałam odczłowieczona.

Do porodu przygotowują nas mrożącymi krew w żyłach historiami matki, siostry i przyjaciółki. Osobnym rozdziałem okazał się połóg, który jakoś umknął w tych opowieściach. Nie byłam przygotowana na tę ilość krwi, na brzuch, który nie chce się zmniejszyć, choć nie ma już w nim dziecka, na trudności z poruszaniem się. To oczywiście w jakimś sensie bez znaczenia. W pierwszych dniach po narodzinach dziecka zmienia się wszystko. Nagle kosmos kurczy się do maleńkiej istoty – obcej, metafizycznej, tajemniczej. W niej zamyka się cały świat. Oczekiwanie na pierwszy krzyk zdaje się trwać wieki, a gdy wreszcie zabrzmi, rozpoczyna zupełnie nową erę.

Te najbardziej intymne chwile wciąż ktoś jednak młodym rodzicom przerywa. Dziadkowie spieszą z pomocą. Położne dzielą się wiedzą na temat karmienia, przewijania i kąpania, często prezentując metody zupełnie ze sobą sprzeczne. Lekarze przestrzegają, namawiają, straszą. Nie da się tego stereo wyłączyć. Tak będzie już zawsze. Każdy etap, a przecież wszystko robi się po raz pierwszy, jest poddany ocenie. Tak jak w ciąży obowiązują standardy. Niespełniane, prowokują innych do komentarzy. Nie karmisz piersią? Dziecko nie będzie miało odporności. Karmisz za dużo, to przytyje. Sadzasz je, zanim samo zacznie siedzieć? Wada kręgosłupa gwarantowana. Jeszcze nie chodzi? Pewnie potrzebna jest rehabilitacja.

Przetrwaliśmy już szczęśliwie dwa i pół roku. Z czasem mniej wsłuchujemy się w zgiełk, który ciągle brzmi wokół nas, a coraz uważniej w nasze własne potrzeby – nas jako partnerów i naszego syna. Przestaliśmy zastanawiać się nad tym, czy nasz syn jest wystarczająco rozwinięty, stymulowany i wypielęgnowany (zdarza mu się mieć brudne paznokcie, bo lubi grzebać w ziemi, nieumyte włosy, bo nie znosi moczyć głowy, albo poplamioną bluzkę, bo z radością obrzucał się makaronem). Chcemy tylko, żeby był szczęśliwy.

I chyba jest. Bo tak, jak my uwolniliśmy się od pouczeń, które odbierały nam przyjemność z rodzicielstwa, tak jemu dajemy dużo wolności. Może się potknąć, przewrócić, pomylić. I my też. Wreszcie zamiast poczucia winy czuję ulgę.

Wysłuchała Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę