Znaleziono 0 artykułów
14.11.2021

Emily Ratajkowski: Moje ciało, moja sprawa

14.11.2021
(Fot. Getty Images)

W zbiorze esejów „My Body” modelka, bizneswoman i influencerka pokazuje, jak popkultura wykorzystuje kobiece ciało. Emily Ratajkowski pisze: „To także moja historia”.

Emily Ratajkowski szybko zrozumiała, że urodę można wykorzystać. Do perfekcji opanowała jej spieniężanie. Przez lata grała w grę, której zasady ustalali mężczyźni. Jednak przestało jej się to podobać. W szczerych esejach o męskiej dominacji i seksualizacji kobiet zastanawia się, na ile jej ciało wciąż należy do niej. Przez lata było przedmiotem dyskusji, teraz to ona zabiera głos na jego temat.

Polka z pochodzenia

Emily O’Hara Ratajkowski (czytane z niemym „j”) urodziła się 7 czerwca 1991 roku w Londynie. Dla rodziny i znajomych – „Emski” lub „Ems”. W jej żyłach płynie polska, żydowska i niemiecka krew, a czuje się przede wszystkim Amerykanką. Do Stanów Zjednoczonych wyjechała w wieku pięciu lat, wraz z rodziną zamieszkała w Encinitas pod San Diego. Jej rodzicami są John Ratajkowski i Kathleen Balgley. On – artysta specjalizujący się w abstrakcji, uczył malarstwa w liceum, do którego uczęszczała Emily. Ona wykładała literaturę angielską na California Polytechnic State University.

(Fot. Getty Images)

Dziadkowie Emily ze strony ojca byli Polakami, on sam wychował się już w Kalifornii. Modelka ma polskie pochodzenie także ze strony matki. Jej drugi dziadek (ojciec mamy) urodził się w żydowskim miasteczku, które wówczas znajdowało się na terenie Polski, a dziś leży w Białorusi.

Emily jest jedynaczką, wychowała się w artystycznym domu, w duchu niepohamowanej wolności. Jej ojciec miał luźne podejście do nauczania – sprawdzał obecność dopiero pod koniec lekcji, żeby spóźnialscy mieli szansę dotrzeć, chodził do pracy w japonkach i kazał uczniom mówić do siebie „Rata”. Z rodzicami łączy Emily niezwykła więź, o której opowiedziała w „My Body”. Zajęła się w szczególności relacji z matką.

Uroda to błogosławieństwo i przekleństwo

Urodę odziedziczyła po mamie, która zachęcała córkę, by nie wstydziła się własnej fizyczności. „Nigdy nie chciała, bym czuła, że z moim ciałem jest coś nie tak – pisze Emily. – A jeżeli ktoś tak myślał, to jego problem”. Jednak jeśli chodzi o karierę i sukces Ratajkowski, rola jej matki jest niejednoznaczna.

Dzięki mamie Emily nie ma zamiaru przepraszać za to, jak wygląda. Szczególnie nago. „Zawsze jestem gotowa do rozebrania się” – pisze. Być może dlatego, że czuje wtedy, że jej ciało należy do niej. „Rozbierz się do naga, a nikt inny nie będzie mógł cię rozebrać. Niczego nie ukrywaj, a nikt nie będzie mógł wykorzystać twoich tajemnic, by cię skrzywdzić”. Mówi o sobie, że potrafi zawodowo przykuwać męskie spojrzenia. To jej sposób na zarabianie pieniędzy. Wielokrotnie przekonała się jednak, że to poczucie kontroli jest złudne.

W domu Ratajkowskich o urodzie mówiło się za dużo. Emily już jako mała dziewczynka zwracała na siebie uwagę. Starsi mężczyźni zatrzymywali na niej wzrok, ludzie zaczepiali jej rodziców w sklepie spożywczym, by zapytać, czy dziewczynka pracuje już jako modelka. Matka była zachwycona, choć powtarzała, że Emily zostanie neurochirurgiem, a nie modelką. Rodzice, widząc potencjał córki, pchali ją jednak w stronę modelingu. Ostateczną decyzję pozostawili Emily. Pierwszą umowę z agencją podpisała w wieku 14 lat.

Matka była dumna. Lubiła opowiadać o sukcesach córki. Zachęcała ją do eksponowania ciała. Raz za zbyt seksowny strój Emily odesłano ze szkolnego balu do domu. Miała na sobie sukienkę kupioną z mamą – podkreślającą jej biodra i dopiero zaznaczający się biust. Emily przejęła od matki jeszcze jedno: ciągłe porównywanie się do innych kobiet i wartościowanie ich oraz siebie na podstawie urody. Czuła zazdrość o byłe dziewczyny swoich partnerów.

Na MET Gali w 2019 roku (Fot. Getty Images)
(Fot. Materiały prasowe)

Rodzice lubili chwalić się córką do tego stopnia, że ojciec powiesił jej modelingową wizytówkę w klasie, w której nauczał, a mama naprzeciwko drzwi wejściowych w domu umieściła jej czarno-białe zdjęcie z sesji. „Uroda była dla mnie czymś, co czyniło mnie wyjątkową. A gdy byłam wyjątkowa, czułam, że rodzice kochają mnie najbardziej” – pisze Emily.

Z upływem lat dzięki terapii zdała sobie sprawę, że matka nieświadomie nauczyła ją budowania własnych norm i wartości w oparciu o męskie spojrzenia. I że już dłużej nie musi tego robić. Ale zanim to zrozumiała, po drodze wiele musiała się jeszcze o sobie dowiedzieć.

Modeling? Robię to dla pieniędzy

Jest drobna, ma 170 cm wzrostu i nigdy nie była typem sportowca. Za to wielokrotnie słyszała, że „wygląda jak Kate Moss, tylko z piersiami”. Na starcie powiedziano jej jednak, że nie ma szans na wielką modę i pozostają jej komercyjne zlecenia. Dlatego najwięcej zrobiła sesji strojów kąpielowych. Pierwszy kontrakt podpisała z agencją Ford Models, jako modelka zadebiutowała w katalogu sklepów Kohl’s.

Na poważnie modelingiem zajęła się po szkole średniej, gdy w 2010 roku dostała się na studia malarskie na University of California w Los Angeles. Jak sama wspomina, skończyła liceum w 2009 roku, gdy szalał kryzys ekonomiczny. Widziała, jak trudno żyje się jej znajomym, którzy pracowali w gastronomii czy handlu. Postanowiła wykorzystać szansę zarobienia godnych pieniędzy, takich, jakich nigdy nie dostałaby jako kasjerka czy kelnerka. Po roku rzuciła uniwersytet.

Początkowo pozowała głównie do zdjęć z ofertą sklepów internetowych, m.in. Forever 21 i Nordstrom. Wprawdzie zlecenia nie były prestiżowe, ale dzięki nim Emily nie miała długu studenckiego, irytującego szefa nad głową, mogła zjeść to, na co tylko miała ochotę, i podróżować, gdziekolwiek chciała.

Pieniądze dały jej wolność i to one zatrzymały ją w branży na dłużej, choć jak pisze: „Swoje życie i pracę jako modelka uważałam za sytuację tymczasową”. Oprócz wolności dały jej także kontrolę nad własnym życiem, możliwość decydowania o sobie i bycia niezależną. Z czasem też zwyczajnie polubiła modeling.

(Fot. Getty Images)

Pierwszą poważną sesją były dla niej zdjęcia do „CR Fashion Book” z Karlie Kloss. Za obiektywem stanął Bruce Weber. Emily próbowała też zdobyć angaż u Victoria’s Secret, ale bezskutecznie. Jednak nawet bez miana aniołka uznawana jest za jedną z najseksowniejszych kobiet świata, co potwierdzają lokaty we wszelakich rankingach. Magazyn „Esquire” przyznał jej tytuł Kobiety Roku 2013, „Maxim” umieścił ją na liście najgorętszych kobiet świata, a „Rolling Stone” – wśród 20 Hottest Sex Symbols.

„Nie jestem głupia, wiem, że nie będę wiecznie pracować jako modelka. Chcę zaoszczędzić wystarczająco dużo pieniędzy, by wrócić potem do szkoły i zacząć robić sztukę albo cokolwiek innego” – mówiła. Dziś przyznaje, że trudno jej odrzucać intratne propozycje, które niesie ze sobą modeling, bo prowadząc pewien styl życia, po prostu nie chce z niego rezygnować.

(Anty)feministka i „Blurred Lines”

Przełom w jej karierze nastąpił, gdy miała 21 lat. Robin Thicke zobaczył ją w erotycznym magazynie „Treats!” i zaprosił do zagrania w klipie do jego piosenki „Blurred Lines” z udziałem Pharrella Williamsa i T.I. Ratajkowski początkowo odrzuciła propozycję – uznała, że to „kolejny gówniany teledysk z bandą nagich dziewczyn”. Przekonała ją jednak w pełni kobieca ekipa, która miała rejestrować nagranie. I pieniądze.

Powstały dwie wersje wideo: jedna, w której Emily wraz z dwoma innymi dziewczynami tańczy w białym crop topie i majtkach, oraz druga – bez cenzury – gdy występuje już tylko w cielistych stringach. Wersja topless szybko została usunięta z YouTube’a, co jeszcze bardziej podgrzało atmosferę wokół produkcji. Bo Ratajkowski wywołała tym występem burzę. Jej ciało było omawiane niemal pod każdą szerokością geograficzną. Środowiska feministyczne zarzuciły jej, że zarówno nagranie, jak i piosenka są mizoginistyczne, a ona sama nie może być feministką, skoro sprowadza swoje ciało do obiektu pożądania, przedmiotu i promuje takie postawy wobec kobiet.

Emily argumentowała wówczas, że teledysk nie jest antyfeministyczny, bo dla niej doświadczenie to było wyzwalające, a kobiety powinny mieć prawo do wyrażania siebie i pokazywania ciała w taki sposób, w jaki tylko zechcą. Obróciła swoją seksualność na własną korzyść.

(Fot. Getty Images)

Po latach przyznała w książce, że tak naprawdę nie miała wówczas żadnej władzy i kontroli. Dobrze się bawiła na planie, czuła się pewnie ze swoim ciałem i wiedziała, że jest bezpieczna w otoczeniu prawie samych kobiet. Wydawało jej się, że panuje nad sytuacją, ale gdy w czasie nagrania Robin Thicke bez zgody dotknął jej nagich piersi, nie potrafiła zareagować. W zasadzie żadna z obecnych tam kobiet nic nie zrobiła. Na moment przerwano zdjęcia, by po chwili wrócić na plan.

(Fot. Getty Images)

Ratajkowski nie była w stanie powiedzieć „nie”, bo jej zlecenie zależało właśnie od tego faceta – to on rozdawał karty. Nie chciała też robić kłopotów reżyserce. Doprowadziła więc projekt do końca, a smutny epizod próbowała wymazać z pamięci. Dopiero później – jak pisze – zrozumiała dynamikę relacji w byciu pożądaną: kobiety, które zdobyły władzę dzięki swojej urodzie, zdobyły ją głównie dzięki mężczyznom, którzy ich pożądają. A ciągle łudziła się, że to ona ma nad nimi przewagę.

Choć piosenka przyniosła jej międzynarodową sławę („Blurred Lines” jest jednym z najlepiej sprzedających się singli w historii, a w momencie pisania tego artykułu teledysk miał ponad 769 mln odsłon), dzisiaj Ratajkowski nie może jej słuchać. Jest zmęczona ciągłymi tłumaczeniami, dlaczego wzięła udział w teledysku, ale jednocześnie jest wdzięczna, bo dzięki niemu rozwinęła swą karierę. Ma jedynie żal, że każdy artykuł o niej zaczyna się wzmianką o „Blurred Lines”, tak jakby nie zrobiła w życiu nic innego.

Prawdą jest, że teledysk otworzył drzwi, które do tej pory były dla niej zamknięte. Ratajkowski podpisała kontrakt z agencją w Nowym Jorku, która rok wcześniej ją odrzuciła. Zrobiła sesję dla „Sports Illustrated”. Zaczęto płacić jej za pojawianie się na imprezach oraz umieszczanie postów na Instagramie. Odkryła nową możliwość kapitalizacji swojego wyglądu. Wkrótce upomniał się o nią także przemysł filmowy.

Aktorstwu już dziękuję

Zaczynała jeszcze jako nastolatka od serialu „iCarly”. Następnie były teledysk Maroon 5 do piosenki „Love Somebody” (w którym Adam Levine pokrywa jej ciało farbą) i wspomniany wcześniej „Blurred Lines”. To właśnie w tym drugim wypatrzył ją Ben Affleck, który zasugerował Davidowi Fincherowi, reżyserowi „Zaginionej dziewczyny”, by zaprosił Emily na casting. Zagrała rolę Andie, kochanki bohatera granego przez Afflecka. Była to pierwsza duża rola, która miała rozpocząć jej przygodę z Hollywood. Jak się niebawem okazało – wcale nietrwającą tak długo.

Po „Zaginionej dziewczynie” przyszły występy w takich filmach, jak „Ekipa” (2015), „Świat jest nasz” (2015) czy „Jestem taka piękna!” (2018), którego producentką była Amy Schumer, przyjaciółka Emily.

Nie obsadzano jej jednak w poważniejszych rolach, okazywała się na to zbyt ładna – producenci widzieli w Ratajkowski tylko doskonałe ciało. Doradzano jej, by idąc na casting, zrezygnowała z makijażu, i spróbowała wyglądać brzydziej – inaczej się ubrać, zasłonić dekolt. Emily to nie przekonało. Dlaczego miałaby rezygnować z siebie? Ukrywać swój wygląd, skoro lubi siebie taką, jaka jest?

Z mężem Sebastianem Bear-McClardem (Fot. Getty Images)

Pożegnała się z Hollywood. Jeśli tam wróci, to tylko po to, by wyprodukować coś swojego lub wziąć udział w projekcie od strony kreatywnej.

Wykupić siebie z powrotem

W międzyczasie jej kariera w modelingu kwitła. Na brak interesujących propozycji Emily nie mogła narzekać. W 2020 roku „The Cut” opublikował esej jej autorstwa „Buying Myself Back”, który w szybkim czasie stał się najchętniej czytanym tekstem roku na stronie. Okazał się także zaczątkiem wydanej właśnie książki „My Body” i pierwszym momentem, w którym Emily Ratajkowski przejęła publiczną narrację o swoim życiu. Zaczęła opowiadać swoją historię własnymi słowami. Okazało się wówczas, że jednak nie wszystko szło zgodnie z planem.

Na początku eseju Emily opowiada, że została pozwana za opublikowanie zdjęcia zrobionego przez paparazzi. Zdjęcia, na którym była… ona sama, w dodatku zasłonięta bukietem kwiatów. Wtedy po raz pierwszy zadała pytanie, na ile wizerunek osób publicznych należy do nich, skoro paparazzi mogą na nim zarabiać i – co więcej – mają prawo go rozprzestrzeniać i zarządzać nim za pomocą swoich zdjęć?

O tym, jak łatwo odebrać jej to, co wydawałoby się, że należy tylko do niej, przekonała się wielokrotnie. Kilka lat wcześniej padła ofiarą głośnego ataku hakerskiego, którego celem byli celebryci i przez który do sieci trafiły jej intymne zdjęcia zarezerwowane wówczas wyłącznie dla bliskiej jej osoby.

(Fot. Getty Images)

Opisuje też, jak w 2014 roku malarz Richard Prince stworzył serię prac „Instagram Paitings” na podstawie postów z Instagrama, które wcześniej skomentował. Wśród nich znalazły się zdjęcia Emily Ratajkowski. Artysta odsprzedawał je po 80 tys. dolarów za sztukę, oczywiście bez zgody modelki. Ta nie dysponowała wówczas takimi środkami, by wytoczyć mu proces. Aby choć odrobinę odzyskać siebie, kupiła wtedy jedną z prac. W kwietniu zrobiła sobie zdjęcie na jej tle, a w maju sprzedała je jako NFT na aukcji w Christie’s za 140 tys. dolarów.

Najbardziej bolesne uczucie, że coś jej naprawdę odebrano, towarzyszyło głośnej sprawie z fotografem Jonathanem Lederem. W 2012 roku 20-letnia Emily pojechała do jego domu na sesję zdjęciową. Była to praca bezpłatna, zdjęcia miały się ukazać w artystycznym piśmie i dobrze wyglądać w jej portfolio. W „Buying Myself Back” po raz pierwszy wyznała, że Leder molestował ją wtedy seksualnie. Wspomnienie tego wieczoru wróciło do niej, gdy kilka lat później zaczęła dostawać telefony w sprawie promocji jej nowej książki.

Problem w tym, że żadnej nowej książki nie było. To Leder wykorzystał polaroidy z ich wspólnej sesji sprzed lat i stworzył z nich album. Następnie kolejny i kolejny. Emily nie miała z tym nic wspólnego – poza tym, że wszędzie widniały jej imię i nazwisko oraz niezwykle seksowne zdjęcia, które obiegły media i pozwoliły Lederowi zarobić masę pieniędzy. Nie była w stanie powstrzymać tej machiny. Fotograf zasłaniał się umową, której Ratajkowski jednak nigdy nie podpisała. Prawnik modelki zasugerował, że podpis mógł zostać podrobiony.

Emily Ratajkowski odzyskuje głos

„My Body” napisała więc, by odzyskać kontrolę. To niezwykle osobista i szczera opowieść, która być może jest dla Ratajkowski także sposobem na przepracowanie traumy związanej z molestowaniem seksualnym i wielokrotnym naruszaniem jej cielesności. Modelka zdradza intymne sekrety i dokłada cegiełkę do dyskusji o #MeToo oraz o tym, jak chronić dziewczyny w branży mody – w szczególności te bardzo młode: kiedy należy powiedzieć „nie”, jak wyznaczać granice wobec klientów, od których przecież zależy przyszła kariera.

(Fot. Getty Images)

Porusza też istotny temat obarczania ofiar odpowiedzialnością za ich krzywdę. Dlaczego to kobiety ciągle mają na siebie uważać? Bo – w ocenie wielu – skoro pozuje nago lub pije alkohol na sesjach, to przecież sama o wszystko się prosiła. Ale to nie dziewczynki mają nosić sukienki odpowiedniej długości, by nie kusić chłopców. To właśnie oni powinni zachowywać się wobec dziewcząt z szacunkiem i nie przekraczać ich granic.

Choć ciało Emily omawiane jest wszędzie jako niemal własność publiczna, jej życie prywatne nie stanowi pożywki dla prasy – modelka unika skandali, plotek czy gorących romansów. Trzy lata temu wyszła za Sebastiana Beara-McClarda, z którym dziś tworzy rodzinę dla ośmiomiesięcznego synka Sylvestra Apolla (przyszedł na świat 8 marca 2021 roku) i adoptowanego psa Colombo.

Modelka i producent filmowy poznali się wiele lat temu. Od tamtej pory obracali się w podobnym kręgu znajomych i widywali na wspólnych imprezach. Zawsze niezobowiązująco. Aż do stycznia 2018 roku, gdy do prasy trafiły informacje, że Emily i Sebastian są razem. W lutym, po niespełna kilku tygodniach związku, wzięli ślub w nowojorskim urzędzie.

Znacie tylko jedną Emily

„Wszystko, co widzisz w mediach i na moim Instagramie, to jedna strona medalu, którą są piękne wakacje, miliony lajków i superciuchy. Ale to nie jest cała historia. Dlatego tak ważne było dla mnie napisanie tej książki i pokazanie drugiej, prawdziwej strony” – powiedziała, udzielając wywiadu Lisie Taddeo.

Ludzie oceniają Emily na podstawie zdjęć i jej mediów społecznościowych. Wydaje im się, że ją znają, a tak naprawdę pod wizerunkiem seksbomby kryje się druga Emily, ta niedostępna dla fanów, ta, która wraca z pracy (modelka prowadzi też od 2017 roku swoją markę Inamorata) do domu, do męża i syna.

Dlatego Ratajkowski pisze o terapii, depresji i o tym, że wszystko, co robi, wpisywane jest przez innych w kontekst jej ciała. Jakby uroda nie mogła iść w parze z inteligencją. Przez to wielokrotnie miała poczucie, że nikt nie traktuje jej poważnie, np. gdy udzielała się politycznie (w latach 2016 i 2020 wspierała w wyborach prezydenckich Berniego Sandersa) czy zabierała głos na temat praw kobiet, w szczególności zdrowia reprodukcyjnego, jako ambasadorka Planned Parenthood.

Przez lata Ratajkowski przeglądała się w oczach innych. Uwolniła się, gdy zobaczyła samą siebie. Podczas porodu poprosiła, by w szpitalu postawiono przed nią lustro.


Korzystałam, m.in. z książki „My Body”, artykułów z „Vanity Fair”, „Vogue’a”, „Elle” i „New York Timesa”. Książka Emily Ratajkowski ukazała się 9 listopada nakładem Metropolitan Books.

Ismena Dąbrowska
  1. Kultura
  2. Książki
  3. Emily Ratajkowski: Moje ciało, moja sprawa
Proszę czekać..
Zamknij