Znaleziono 0 artykułów
03.09.2022

Stuletni dom w podwarszawskim Milanówku

03.09.2022
(Fot. Kasia Ładczuk/Ład Studio)

Milanówek mnie ukoił – mówi Ola Nadolny, projektantka i twórczyni ceramiki Wolno, która zamieszkała z rodziną w stuletnim domu w podwarszawskiej miejscowości. Zachowując wiele oryginalnych elementów, zadbała o to, by miejsce pozostało autentyczne. Zaglądamy do wnętrza otoczonej ogrodem willi.

Korzystny mikroklimat, bliskość Warszawy i przystępne ceny działek przyciągały warszawiaków do Milanówka od końca XIX wieku. Do miasteczka przyjeżdżali letnicy, w dużej mierze przedstawiciele stołecznej inteligencji, którzy z czasem osiedlali się na stałe, budując okazałe wille. 

W domu z 1913 roku, otoczonym ogrodem z 18 starymi dębami, zamieszkała Ola Nadolny, ceramiczka i projektantka wnętrz, wraz z mężem Rafałem, dwiema córkami Polą i Mają, oraz whippetem o imieniu Luna. – Tuż obok naszego domu stoi reprezentacyjna willa. Pierwotnie oba budynki należały do jednego właściciela, który zamieszkał tu, gdzie my, gdy willę oddał w użytkowanie lokalnej społeczności – opowiada.

Milanówek daje ukojenie

(Fot. Kasia Ładczuk/Ład Studio)

Wcześniej rodzina mieszkała w Krakowie, ukochanym mieście Oli. Tam podczas studiów poznała Rafała, tam urodziła się ich pierwsza córka Pola, tam Ola prowadziła studio projektowe. Do Warszawy przeprowadzić się nie chciała. Gdy on dostał pracę w stolicy, wytrzymali w mieście pół roku. Potem przenieśli się do Milanówka. – Milanówek mnie ukoił. W tym miejscu czuć historię i spokój. Przepiękne wille będące rezultatem architektonicznych poszukiwań przedwojennych architektów oddziałują na mój zmysł estetyczny i sprawiają, że nie tęsknię już za Krakowem tak mocno. Dodatkowym atutem są wiewiórki, pisklaki i nietoperze w ogrodzie – mówi Nadolny.

Wspólna historia rodziny Oli i domu z 1913 roku zaczęła się cztery lata temu: – Chodziliśmy obok niego przez pół roku. W sumie nie myśleliśmy wtedy o kupnie domu, a właściciel w sumie nie planował go sprzedawać! Jakoś tak się jednak ułożyło, że mogliśmy zobaczyć jego wnętrze. Kiedy weszłam do środka, miałam ochotę uciec. Lata 80., kiedy dom był remontowany, mocno odbiły się na jego wystroju. Ściany poszczególnych pomieszczeń były żółte, czerwone, niebieskie, a stare, drewniane schody miały pomarańczowy kolor. Oko projektantki pozwoliło zobaczyć potencjał tego miejsca.

Nowe oblicze starego wnętrza

Dziś po intensywnych kolorach ścian nie ma śladu. Harmonijne wnętrze od progu pozwala odetchnąć. – Postanowiliśmy posłuchać tego miejsca. Nie zmieniać go na siłę. Gdy dom ma swoją historię i charakter, warto je zachować – mówi Ola.

(Fot. Kasia Ładczuk/Ład Studio)

Przestrzeń o powierzchni 160 mkw. mieści na parterze hol, salon, kuchnię, łazienkę, sypialnię Oli i Rafała oraz pokój dziewczynek. Pierwsze piętro jest nadal w fazie remontu. W dawnym garażu znalazło się miejsce na pracownię ceramiczną, a wśród drzew stoi minimalistyczna szklarnia z podłogą z cegieł ułożonych w jodełkę. – Układ pomieszczeń pozostał niemal niezmieniony. Usunęliśmy tylko drzwi do kuchni i salonu, zostawiając same nadproża. Nie chcieliśmy zbyt mocno ingerować w starą tkankę, dlatego nie połączyliśmy salonu z kuchnią, lubimy to, że wnętrze przypomina mały labirynt. Wiedzieliśmy, że nie możemy tu wejść i obłożyć wszystkiego płytą kartonowo-gipsową czy wielkoformatowymi kaflami, bo po prostu nie będzie to dobrze grało. Baza miała mocno nawiązywać do klasyki i być ponadczasowa. Szczególnie jeżeli chodzi o okładziny. Kafle, które pojawiają się w kuchni, łazience czy przedpokoju, charakterem przypominają te stosowane w latach 30. Na ścianach nie kładliśmy gładzi. Odpowiada nam ich surowy charakter, widoczny ząb czasu i niedoskonałość, która jest atutem – mówi Nadolny.

Vintage i współczesne projekty

I tak schody prowadzące na piętro zyskały dawny blask, na podłodze w salonie pozostały sosnowe deski, które po oczyszczeniu ze starego lakieru pobielono metodą ługowania oraz zaolejowano, ściany pomalowano matową farbą. Całe wnętrze utrzymane jest w naturalnej kolorystyce – beże, biele, szarości przełamane są miedzianymi i złotymi dodatkami. 

Dobierane stopniowo meble tworzą spójny zbiór starego z nowym. Te drewniane, jak komódka czy biurko, pochodzą z miejsc sprzedających starocie sprowadzane ze Szwecji. 

Regał ze sprzętem muzycznym to wyrób manufaktury Bodafors założonej w 1918 roku i będącej zaczątkiem skandynawskiego funkcjonalizmu. Stół, którego podstawę stanowi oryginalna noga z projektu Tulip Fina Eero Saarinena z 1956 roku, otaczają wiklinowo-stalowe krzesła Cesca – przykład radykalnego myślenia projektowego Marcela Breuera. – Nie odrestaurowujemy mebli vintage, które do nas trafiają. Szanujemy historię, która im towarzyszyła, i nie ingerujemy w ślady ich użytkowania. Jest w nas wielka zgoda na patynowanie się przedmiotów i obserwowanie ich naturalnego zużycia. To kojące – mówi Ola.

(Fot. Kasia Ładczuk/Ład Studio)

Współczesne projekty to stolik Bit marki Normann Copenhagen, mogący służyć za stołek lub postument, wykonany z plastiku z recyklingu, szezlong czy miodowa sofa duńskiego SofaCompany. Na atmosferę tego domu wpływa dobrze rozplanowane oświetlenie. Liczba i różnorodność sufitowych, kinkietowych i stojących lamp pozwala na zmianę nastroju we wnętrzu. Nad stołem wisi lampa Copper Round projektu Toma Dixona, na regale i stoliku stoją przenośne lampki – aluminiowy grzybek Como marki &Tradition oraz Kizu z duńskiego New Works z marmurową podstawą i akrylowym kloszem. Szare fronty szafek kuchennych ożywiają roślinny wzór tapety oraz kinkietowa lampa w stylu Hollywood Regency. W witrynce w salonie stoi zbierana przez Olę kamionka i porcelana z dawnych lat, to głównie wyroby Arabia Finland, Rörstrand, Bing & Grøndahl czy Royal Copenhagen. Prosty zabieg w sypialni – przemalowanie ściany do wysokości zagłówka na inny kolor zmienia charakter tego pomieszczenia.

Własnoręczny projekt

Wnętrze całego domu Ola zaprojektowała samodzielnie. W przeciwieństwie do wnętrz, które tworzyła zawodowo, tu mogła sobie pozwolić na brak perfekcji: – Nie wszystko musi być idealne i sterylne, za to wszystko powinno być tak, jak lubimy. Nie idziemy na żadne kompromisy, nie myślimy o tym, czy wnętrze spodoba się innym. Działamy po swojemu. 

Tę zasadę Ola stosuje też w pracy z ceramiką. Bo to ją wybrała na swoje główne zajęcie po przeprowadzce do Milanówka. – Lubiłam projektować, jednak z czasem zaczęło mnie to zbyt mocno stresować. To zawód, który wygląda wdzięcznie, jednak to projektant jest buforem między klientem, ekipą remontową a dostawcami. Bardzo dużo bierze się na siebie. Kiedy przenieśliśmy się do Warszawy i urodziłam drugie dziecko, zdecydowałam się nie wracać do projektowania. Z ceramiką pierwszy raz w życiu spotkałam się, gdy uczęszczałam na zajęcia do Domu Harcerza w rodzinnym mieście. Z przerwami chodziłam tam do 18. roku życia. Gdy zamieszkaliśmy w Milanówku, poczułam chęć, by wrócić do gliny. Mąż stwierdził: Kupmy piec. I tak się stało. Zapisałam się na kurs toczenia na kole garncarskim, później do dwuletniej Szkoły Ceramicznej Ceramiq. Nie miałam planu zajmować się tym zawodowo. Jednak z czasem, gdy zaczęłam bawić się gliną, tworzyć ceramikę w swoim rytmie i całkowitej swobodzie twórczej, poczułam, że nie muszę robić nic innego. Wcześniej zawsze haftowałam, malowałam akwarele, próbowałam pracy z drewnem. Szukałam czegoś dla siebie. Zrozumiałam, że tym czymś jest właśnie glina. Po półtora roku zaczęłam sprzedawać to, co robię. W mojej głowie pojawiła się nazwa marki – Wolno. Wolno dlatego, że zrozumiałam, że możemy sobie dać pozwolenie, by robić coś powoli, ale też wolno nam próbować nowego, uczyć się nowych rzeczy, nawet w momencie, w którym może wydawać się, że jest za późno. Prowadzę też warsztaty ceramiczne. Tym, którzy na nie przychodzą, pokazuję glinę jako doznanie, niczego nie narzucam, daję im wolność tworzenia. Lubię pracować z kołem garncarskim, ono mnie uziemia, wycisza i daje możliwość bycia tu i teraz. 

„Powoli” to słowo, które pasuje do wnętrza domu Oli i Rafała. – W domu dobrze wychodzić sobie swoje ścieżki, oswoić się z przestrzenią. Nie trzeba z nią walczyć, a jej wady można przekuć w zalety. Czasem warto zostawić trochę pustego miejsca – to daje poczucie oddechu, a oko może odpocząć – mówi Nadolny.

Aleksandra Koperda
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę