Znaleziono 0 artykułów
03.05.2020

Polskie ikony lat 90.

Edyta Górniak w 1994 roku (Fot. Jacek Dominski/REPORTER/EastNews)

Ich ballad, rockowych manifestów i zmysłowych szeptów słuchaliśmy na kasetach i pierwszych płytach CD. Ich twarze podziwialiśmy na plakatach z „Bravo”, w półamatorskich teledyskach i okładkach magazynów kobiecych. Ich stylizacje z okładek, koncertów i gal inspirowały nas do eksperymentów z grunge’em, punkiem albo minimalizmem. Przypominamy buntowniczki, femme fatale i nimfy, które ukształtowały polską popkulturę dwie dekady temu.

Edyta Górniak: Jestem kobietą

Na festiwalu w Sopocie w 1995 roku (Fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER/EastNews)

Jedyna Polka, która otarła się o zwycięstwo w Eurowizji (za „To nie ja” w 1994 r. zdobyła drugie miejsce w konkursie). Jedna z nielicznych, które miały realną szansę na karierę muzyczną w Stanach. Jedyna w swoim rodzaju – kapryśna, niestabilna, nadwrażliwa.

Po wyróżnieniu w „Debiutach” festiwalu w Opolu w 1990 r. Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa obsadzili ją w musicalu „Metro”, który dotarł aż na Broadway. W czarnej sukience do ziemi Edyta Górniak śpiewała „Litanię”. Potem w podobnej kreacji, na tyle prostej, że nie mogła przysłonić jej głosu (cztery oktawy!), przekonywała: „To nie ja” na Eurowizji. Tekst piosenki napisał jej Jacek Cygan, autor wielu polskich hitów. Potem stworzył jeszcze dla Górniak „Jestem kobietą” – manifest feministyczny na miarę tamtych czasów.

W teledysku, pierwszym z debiutanckiego albumu „Dotyk” (1995), Górniak znów pokazała się w czerni, tym razem obcisłej jak druga skóra (niczym sukienki Kate Moss z kolekcji Calvina Kleina), na przemian z białą spódniczką (gdy tańczy, widać jej majtki) i tank topem (dziś z powodzeniem nazwalibyśmy taki styl athleisure i zobaczyli na Belli Hadid). Jej ciemna, krótka fryzura, kopiowana nad Wisłą niczym „The Rachel” w Nowym Jorku, iskrzące spojrzenie i drapieżna kreacja wpisywały się w kontrast czerni i bieli na obrazie. Ale prawdziwą rewolucję przyniósł „Dotyk”, będący wizualną kontynuacją okładki albumu, gdzie Edyta ma mokre włosy i została sfotografowana bez ubrania. W klipie naga, osłonięta jedynie pościelą, chowa się w objęciach umięśnionego mężczyzny. W krajach, w których rewolucja seksualna się dokonała, takie kadry nie budziłyby kontrowersji. W Polsce oskarżono Górniak o soft porno i, oczywiście, oglądano z wypiekami na twarzy.

Metamorfoza Edyty z niewinnej długowłosej dziewczynki w drapieżną femme fatale nie była jej ostatnim przeobrażeniem. Górniak bywała potem hipiską, opaloną na heban Barbie i uduchowioną artystką. Do dziś jest jedną z najbarwniejszych osobowości sceny muzycznej w Polsce. Sprzedała 3 mln albumów, występowała w telewizyjnych talent show i na okładkach magazynów. Nie musi już nawet śpiewać. Na zawsze pozostanie diwą.

Kasia Kowalska: Oto ja

Na Festiwalu Piosenki w Sopocie w 1995 roku (Fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER/EastNews)

Nieuczesane włosy zawsze opadały jej na twarz. Cerę miała zawsze bladą, spojrzenie – przestraszone, jakby spodziewała się ciosu. W końcu mężczyzna, którego kochała, „ciskał ją w kąt jak starą rzecz”. Tak przynajmniej śpiewała w największym przeboju „Jak rzecz” z debiutanckiej płyty „Gemini”. Płyty, która w 1994 r. sprzedała się w 400 tys. egzemplarzy. Na okładce utrzymanej w czarno-białej tonacji widać tylko ciemne włosy, mocne brwi, zacięte usta.

„Koncert inaczej” – płyta z nagraniami na żywo z kolejnego roku – prezentuje inną Kasię. W czerwonej sukni i czerwonych ustach, a włosach grzecznie zaczesanych do tyłu. W trzeciej odsłonie, z płyty „Czekając na…” z 1996 r., powraca do estetyki, którą kilka lat później będzie się nazywać emo. Kowalska kuca w półcieniu, ubrana w czerń, jej twarz wyraża niepokój. Taką dziewczynę, która czuje się ofiarą swojej nadwrażliwości, chcieli zobaczyć twórcy filmu „Nocne graffiti” Macieja Dutkiewicza (1996), w którym zagrała jedną z głównych ról. Znak rozpoznawczy jej kinowego emploi? Sińce pod oczami, jakby nigdy nie spała. W tym samym roku Kowalska porwała się na „Coś optymistycznego”. W teledysku do radosnej piosenki o miłości nosi przyduży garnitur i białą koszulę z ogromnym kołnierzem (dziś byłyby hitem Instagrama). Ale niedługo pojawił się przebój „A to co mam”, gdzie Kasia znów jest nieszczęśliwie zakochana. Włosy rozwiewa wiatr, w uszach kilka kolczyków, prosta koszulka. Doskonale odpowiada imaginarium z tekstów piosenek, w których słowa klucze to „lęk”, „strach” i „ból”. Na wydanych na początku lat 2000. albumach polska Alanis Morissette próbowała doroślejszego wizerunku, ale niezmienne pozostały rockowe akcenty – skóry, kolczyki, długie włosy.

Katarzyna Nosowska: Eksperyment

W 1991 roku (fot. Mieczyslaw Wlodarski/Reporter/EastNews)

Wokalistka Hey w latach 1992-2017 po raz pierwszy pokazała się szerokiej publiczności w Jarocinie. Na nagranie debiutanckiego albumu „Fire” namówiła Katarzynę Nosowską i zespół Hey Katarzyna Kanclerz – najważniejsza postać branży muzycznej początku lat 90., założycielka wytwórni Izabelin.

Nosowska miała być jak Courtney Love, ale też jak ekscentryczne wokalistki lat 80. w typie Kate Bush. Teledyski Hey miały filmowy rozmach. W większości z nich Nosowska odgrywa role – w „4 Porach” nosi się cała na niebiesko i wygląda trochę jak lalka, a trochę jak dzidzia piernik, w „Liście” jest ruda, a króciutkie włosy podtrzymują spinki.

Na scenie Nosowska zawsze stawiała na wygodę – wyciągnięte swetry i koszulki, szerokie spodnie, ciężkie buty. Hey mimo sukcesu komercyjnego, miało pozostać alternatywą. Do dziś Nosowska funkcjonuje na obrzeżach show-biznesu, ostatnio także jako autorka książki i osobowość internetowa, która podważa, wyszydza i wytyka śmieszności celebryckiego światka.

Anita Lipnicka: Wszystko się może zdarzyć

(Fot. Mieczyslaw Wlodarski/Reporter/EastNews)

Chłopięca sylwetka, krótkie włosy, twarz elfa. Nic dziwnego, że Anita Lipnicka została modelką. Jako nastolatka poleciała do Japonii, żeby pracować na planie sesji zdjęciowych. Szybko jej się znudziło. Bywała w świecie, powróciła do Polski, by śpiewać.

W 1994 r. nagrała z Varius Manx „Emu”, rok później „Elfa”, a już w 1996 r. wybrała karierę solową i pod kierunkiem Wiktora Kubiaka zadeklarowała, że „Wszystko się może zdarzyć”. „Piosenka księżycowa” („Kiedyś znajdę dla nas dom z wielkim oknem na świat. Znowu zaczniesz ufać mi, nie pozwolę ci się bać”) Varius Manx do dzisiaj pozostaje jednym z najpiękniejszych hymnów o miłości w polskim popie. „Pocałuj noc” z „Młodych wilków” to przejmująca pochwała wolności. „Zanim zrozumiesz” – pokaz kobiecej siły. Aż dziwne, że dwudziestolatka z taką dojrzałością opowiadała głosem o najbardziej fundamentalnych doświadczeniach.

Image Lipnickiej z teledysków nawiązywał nieco do Sinead O’Connor, może do Lisy Stansfield. Nosiła się jak chłopak – za duże dżinsy, czarne T-shirty, nakrycia głowy. Jedyna modelka wśród wokalistek podpatrzyła w branży kilka stylizacyjnych trików – w teledysku do „Tokyo” ma na sobie czarny garnitur przypominający oficerski mundur (w najlepszej tradycji Michaela Jacksona czy Madonny). Ale najczęściej ukrywała się za prostą czernią – to przecież też patent świata mody.

Agnieszka Chylińska: Rośnie we mnie gniew

W 1999 roku w Warszawie (Fot. Yola/FOTONOVA/EastNews)

Wokalistka grupy O.N.A. (1994-2003) była jak Billie Eilish, gdy największej amerykańskiej artystki ostatnich lat nie było jeszcze na świecie. Agnieszka Chylińska, zbuntowane dziecko polskiego wybrzeża, zasłynęła hasłem „Nauczyciele… fuck off” wypowiedzianym ze sceny rozdania Fryderyków w 1997 r. Mogła sobie na to pozwolić, bo była już po sukcesie „Modlishki” z 1995 r. i jeszcze lepszego „Bzzzz” (1996), a jej kariera muzyczna miała trwać kolejne 20 lat.

Jej styl melancholijnej chłopczycy wyprzedzał czasy. Fryderyka odebrała wtedy w stroju wyjściowym – kombinezonie z czarnego lateksu odsłaniającym wytatuowane ciało. W teledysku do „Kiedy powiem sobie dość” (tekst też jak z Eilish) miała zafarbowane na rudo włosy za ucho, pomalowaną w plemienne wzory twarz i za duże T-shirty w jaskrawych kolorach jak skejterzy z początku lat 90.

W Opolu w 1997 roku (fot. Mieczyslaw Wlodarski/REPORTER/EastNews)

Kayah: Supermenka

Na rozdaniu Fryderyów w 1998 roku (Fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP/East News)

Zadebiutowała w połowie lat 80., ale dopiero płyta „Kamień” z 1995 r. pokazała pełnię możliwości późniejszej założycielki Kayaxu. W teledysku do „Flecików” Katarzyna Szczot, słynąca z figury modelki, długich, ciemnych włosów i płomiennego spojrzenia, wprowadziła do Polski eklektyczny styl Coachelli – do bieliźnianej sukienki włożyła kozaki w wężowy wzór. Przeboje „Na językach” i „Supermenka”, w których Kayah opowiedziała o kobiecości, hejcie i sławie, pochodziły z „Zebry”. „Na językach” to hołd złożony funkowi lat 70., a wokalistka ma na głowie afro (dziś moglibyśmy ten zabieg estetyczny uznać za przywłaszczenie kulturowe), a okryta jest białym futerkiem. Teledysk do „Supermenki” to prawdziwa superprodukcja, która momentami do złudzenia przypomina „Spice Up Your Life” z tego samego roku. Kayah tym razem ma warkoczyki, lateksowy kombinezon superbohaterki.

Dwa lata później nagrała „Kayah i Bregović” z Goranem Bregovićem, a cała Polska tańczyła do „Prawy do lewego” i kochała do „Śpij, kochanie, śpij”. Folkowy image został z Kayą na dłużej. Polubiła długie szaty, często sięgała po inspiracje hinduskie, nie zapominała o etnicznej biżuterii.

Natalia Kukulska: Co powie tata

W Sopocie w 1997 roku (Fot. Jacek Dominski/Reporter/EastNews)

Polska Beyoncé tak jak jej amerykańska idolka zaczynała karierę już jako dziecko. Pierwsze przeboje, w tym „Puszka okruszka”, pisał dla niej tata – Jarosław Kukulski, mąż tragicznie zmarłej Anny Jantar. Natalka, a potem już doroślej – Natalia – po mamie odziedziczyła ciepłą barwę głosu, swobodę na scenie i zamiłowanie do lekkich piosenek.

W 1996 r. zadebiutowała „Światłem”, potem śpiewała „Im więcej ciebie, tym mniej”, czy „W biegu”, które miały być odpowiedzią na rosnącą popularność kobiecego r’n’b w Stanach. Styl Kukulskiej zmieniał się (ostatnie wcielenie jest artystowsko-futurystyczne), ale w czasie promocji pierwszych płyt Natalia nosiła długie loki, sportowe stroje i kolorowy makijaż. Z czasem chciała porzucić dziewczęcą słodycz, więc obcięła włosy, zaczęła nosić się eklektycznie i została gwiazdą vintage, zanim to było modne.

Edyta Bartosiewicz: Szał

Gala Fryderyki 1997 (Fot. Ireneusz Sobieszczuk/TVP/East News)

Po zapomnianym debiucie „Love” z 1992 r., nagrany w Izabelinie „Sen” sprzedał się w 600 tys. egzemplarzy. Potem były równie popularne „Szok’n’Show” i „Dziecko”.

Edyta Bartosiewicz chciała być jak Madonna. Z każdą kolejną płytą zmieniała styl, nie tylko muzyczny. Na okładce „Snu” widać tylko czerń i skrzypce, na „Szok’n’Show” jest bigbitówką z krótkimi włosami i gitarą, a „Dziecko” zdobi zdjęcie, którego stylizację powielało wiele nastolatek z tamtej epoki – dziecinne kucyki, podwójne brwi, prosty strój.

Za stylizacjami z teledysków też trudno było nadążyć. W pierwszych wygląda jeszcze jak krakowska studentka – z ciemnymi, długimi włosami, smutną miną, w czerni. „Szok’n’Show” to prawdziwy szał – niebieskie albo czerwone włosy obcięte na zapałkę, ciuchy jak z szafy Eltona Johna. Najbardziej kobieca i świadoma odsłona pojawiła się przy „Dziecku” – włosy do ramion, skórzana marynarka, koszule vintage. Dziś taki wizerunek broni się zarówno dla dziewczyny z gitarą, jak i fanek stylu retro.

Justyna Steczkowska: Dziewczyna szamana

Podpis
W Teatrze Roma (Fot. Marek Zawadka/REPORTER/EastNews)

Tej okładki nie da się zapomnieć – dziewczyna o hipnotyzującym spojrzeniu pozuje w dziwacznym nakryciu głowy i czarnym golfie. Całość utrzymana jest w sepiowej tonacji. Tak narodziła się szamanka polskiego popu. Przyłożył do jej kariery rękę Grzegorz Ciechowski, który pisał dla niej teksty, a właściwie niepokojące, pełne mrocznej metaforyki wiersze.

Na koncercie w Rzeszowie w 1998 roku (Fot. Franciszek Mazur/Reporter/Eastnews)

Laureatka „Szansy na sukces” Wojciecha Manna z 1994 r. dwa lata później wydała solowy debiut, zaraz potem „Nagą”, a w latach 2000. sięgała po inspiracje muzyką świata, folklorem, pieśniami ludowymi. Choć poruszała się na pograniczu jazzu i rocka, tak naprawdę każdy jej koncert, teledysk czy sesja były artystycznym eksperymentem. Nie zawsze udanym, jak niesławna sesja na grobie ojca z okładki magazynu „Viva!” z 2002 r.

Jej kreacje, tak jak ekspresja sceniczna, zawsze były pełne dramatyzmu. Kruczoczarne włosy, mocno zarysowana szczęka, spojrzenie spod rzęs – Steczkowska czasami wyglądała jak karykatura samej siebie. Zwłaszcza że najchętniej nosiła mocne kolory – czerń, biel i, przede wszystkim, czerwień.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę