Znaleziono 0 artykułów
29.07.2021

„Klimaks” w Muzeum Emigracji: Nic nie jest oczywiste

Muzeum Emigracji w Gdyni/Fot. Maciej Leszczyński/materiały prasowe

„Klimaks” w Muzeum Emigracji w Gdyni opowiada o skomplikowanych związkach roślin i ludzi. To wybitnie inteligentna wystawa o zyskach i kosztach migracji.

Miało być trochę inaczej: bardzo dużo roślin, dźwięki przywiezione z Ameryki Południowej, słowem – z większym rozmachem. Przyszła jednak pandemia i trzeba było pomyśleć o wystawie inaczej. Już wtedy wiadomo było, że tytułem będzie „Klimaks”, czyli – jak wyjaśnia kurator Maksymilian Bochenek – końcowe, ale nie ostateczne stadium rozwoju biocenozy albo moment poprzedzający nagłe zakończenie, na przykład w utworze. Chodziło, rzecz jasna o moment, w którym żyjemy, gdy świat traci równowagę, wiadomo, że katastrofa trwa, ale nie wiadomo jeszcze, czym się skończy. Słowo okazało się przydatne dla opisu prac nad ekspozycją. – Gdy tylko mieliśmy gotowy pomysł, pojawiał się czynnik, który rozbijał wszystko i wymagał planowania na nowo – mówi Maksymilian Bochenek. 

W rezultacie powstała wybitnie inteligentna wystawa o związkach ludzi i roślin, współczesności z przeszłością, wreszcie – kolonializmie. Skromne z konieczności środki wybrzmiewają mocniej niż brzmiałyby w nadmiarze. Ekspozycję zamyka film „Stanhopea Tigrina” w reżyserii Macieja Dydyńskiego z narracją Julii Fiedorczuk. Opowiada o tym, jak przetrwały orchidee. Otóż, w największym skrócie, nigdy nie brały z przyrody więcej niż potrzebują. Autorzy wystawy „Klimaks” wzięli mniej niż wzięliby przed pandemią. Zamiast kupować rośliny, wypożyczyli je z Uniwersytetu Gdańskiego. Zamiast budować scenografię od zera, wykorzystali materiały, które zostały z poprzedniej wystawy w Muzeum Emigracji. Zamiast dopełniać obrazy nagraniami z dżungli, zostawili pole do wyobraźni. Dzięki tej powściągliwości „Klimaks” daje tak dużo. 

Muzeum Emigracji w Gdyni/Fot. Maciej Leszczyński/ materiały prasowe

Klimaks: O czym jest wystawa w Muzeum Emigracji w Gdyni

Osią narracji jest historia Polek i Polaków, którzy na przełomie XIX i XX wieku wyemigrowali do Ameryki Południowej. Ich potomków sfotografowały artystki Marianne i Katarzyna Wąsowskie. W zamyśle miał być to głos w dyskusji o przyjmowaniu uchodźców, o szukaniu bezpiecznego miejsca. Polacy wyjeżdżali wówczas ze skolonizowanego kraju, ich historia miała wpisać się we współczesną debatę o ruchach migracyjnych. Okazało się jednak, że do opowiedzenia jest więcej. Otóż jechali skuszeni egzotycznym rajem, a na miejscu zastawali obcą, nieprzyjazną przyrodę. Pracowali przy karczowaniu tropikalnych lasów, na plantacjach yerba mate, w warunkach, na które nie byli gotowi. Pierwsza książka o południowoamerykańskiej przyrodzie ukazała się w Polsce w 1920 roku. Zresztą, nawet gdyby ukazała się wcześniej, niewiele by to zmieniło. Emigrowali galicyjscy chłopi, ale nie oczytane pensjonarki. 

Fala migracji zbiegła się z zachodnią fascynacją egzotyczną przyrodą. W 1829 roku brytyjski lekarz Nathaniel Bagshaw Ward zaprojektował szczelnie zamykane szklane pudełko wzmocnione drewnianą konstrukcją, które pozwalało na międzykontynentalny transport roślin. Zachodni świat tylko na to czekał. W skrzyni Warda przemycono z Indii nasiona chinowca, a pozyskiwana z niego chinina (przeciwdziałająca malarii) pozwała kolonizować kraje Afryki i Azji. – To było najbardziej symboliczne, ale podobnych sytuacji było więcej – mówi mówi Maksymilian Bochenek. – Z Ameryki Południowej wykradziono kauczukowce. Ich plantacja powstała w Afryce, łamiąc monopol Ameryki Południowej na dostarczanie ważnego surowca. Z Chin Brytyjczycy wykradli sadzonki herbaty i założyli plantacje w Indiach. Chinowce, kauczukowce i herbata to trzy najważniejsze rośliny, które przemieszczając się, zmieniały sytuację ludzi i przyrody. 

Muzeum Emigracji w Gdyni/Fot. Maciej Leszczyński/materiały prasowe

W XIX wieku splotły się historie roślin i ludzi. Wymuszone przemieszczenie spowodowało ogromne zmiany w życiu jednych i drugich. 

Klimaks: Co zobaczymy na wystawie w Muzeum Emigracji 

Łatwo powiedzieć, ale jak to pokazać? Maksymilian Bochenek znalazł sposób. Podzielił opowieść na kilka etapów (m.in. Las, Terytorium Natura, Dziedziczność, Ewolucje), poprosił o teksty poetkę i botaniczkę Urszulę Zajączkowską, a sam wyselekcjonował obrazy. 

I tak – zdjęcie starych map w dawnej polskiej szkole mówi, jak względnym pojęciem jest terytorium. 

Fotoreportaż z życia Naszej Małej Polski, w której prym wiedzie tancerz Gabriel – on 11 listopada w czerwonej szacie pozuje na tle biało-czerwonych zasłon okiennych – przypomina, że Polska ma wiele twarzy. Kubek z orłem służący do picia yerba mate (Polacy i Ukraińcy są najpoważniejszymi plantatorami yerby) przestrzega przed stereotypowym myśleniem. – Nie możemy podchodzić przemocowo i mówić, że chcielibyśmy widzieć coś inaczej. Pod wpływem rozmaitych czynników stajemy się kimś innym, na tym polega ewolucja – tłumaczy kurator. 

Wielkoformatowe zdjęcie fragmentu skrzydła papugi wygląda jak fotografia tkaniny. To opowieść o adaptacji. Niesamowite wybarwienie pozwala papugom być w gęstym, ciemnym lesie widocznymi dla partnerów, daje gwarancję przetrwania. Na wystawie ta wizualna feeria jest zestawiona ze skromnym portretem dwojga ludzi. Oni też są wystrojeni. Ubrania są wprawdzie nieco za duże, nie leżą idealnie, prawdopodobnie zostały wypożyczone do zdjęcia, by pokazać się rodzinie z jak najlepszej strony. Okazuje się, że ludzie i przyroda korzystają z podobnych sztuczek, by zwiększyć atrakcyjność. 

Muzeum Emigracji w Gdyni/Fot. Maciej Leszczyński/materiały prasowe

Polki i Polacy, którzy w XIX wieku przybyli do Argentyny, budowali domy ze spadzistymi dachami, bo nie wierzyli, że tam, dokąd przyjechali, naprawdę nie pada śnieg. Wierzyli w mrzonki – bogactwo, przyjazność przyrody, w jedyny pewnik nie chcieli uwierzyć. Reporterską część wystawy zamyka portret stuletniej Polki w futrze, który przywieźli jej przodkowie. Na potrzeby zdjęcia założyła je pierwszy raz w życiu. Fotografii towarzyszy podpis „Czekając na śnieg”. W 2019 roku, gdy zaczynały się prace nad wystawą, w Trójmieście nie spadł ani płatek śniegu. 

– Śnieg definiował naszą tożsamość narodową i przestał. To jest właśnie klimaks – na pewno coś się kończy, być może otwiera na nowe – mówi Maksymilian Bochenek.

Kurator zręcznie żongluje zdjęciami, historiami, fragmentami pamiętników, archiwalnymi dokumentami i anegdotami. Nie odrabia lekcji, a wciąga w historię. 

Muzeum Emigracji w Gdyni/Fot. Maciej Leszczyński/materiały prasowe

Klimaks: Storczyk w Muzeum Emigracji 

Dopiero zanurzonych w opowieści, zabiera do ogrodu botanicznego i, na koniec, do kina. „Czy zdążymy ocknąć się z zabójczego snu o panowaniu nad światem?” – pyta w finale narratorka filmu „Stanhopea Tigrina”. 

Zdążymy? – Myślę, że nasza narracja przejdzie kiedyś do lamusa, zastąpi ją narracja innych kultur, innych ludzi, którzy na przykład w katastrofie upatrują zbawienia – mówi Maksymilian Bochenek.

Na wystawie jest oczywiście skrzynka Warda. Wernisażowi miał towarzyszyć storczyk warscewiczii – kwiat odkryty przez polskiego botanika i ornitologa Józefa Warszewicza. Towarzyszył, ale przestał kwitnąć dzień przed otwarciem. Jak gdyby miał przypomnieć, ile natura robi sobie z ludzkich planów. 

* Wystawa Klimaks w Muzeum Emigracji będzie czynna do 31 października. Więcej o zwiedzaniu: tu .

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę