Znaleziono 0 artykułów
02.03.2018

Renata Kuryłowicz: Burleska wyzwala radość

Renata Kuryłowicz (Fot. Błażej Żuławski)

Miłośniczka tatuaży, burleski i horrorów. W dzieciństwie chciała być wampirzycą. Studiowała historię sztuki, była młodą samotną matką, walczącą o przetrwanie, a potem promotorką literatury popularnej. Teraz Renata Kuryłowicz prowadzi w stołecznym Śródmieściu „Worek Kości” – klub barowych ciem, dekadentów zakochanych w czarnych kryminałach i absyncie.

Chciałabym porozmawiać o życiowej odwadze. Wydaje mi się, że my – kobiety – zazwyczaj występujemy w przygotowanych dla nas rolach, a tymczasem w tobie widzę osobę, która nie powiela schematów. Wiele razy rzucałaś wszystko i zaczynałaś od początku. Kiedy w 2014 roku zmarł nagle twój mąż, Andrzej Kuryłowicz, weszłaś do jego wydawnictwa Albatros, aby potem znów dokonać zmiany.

Mówisz o mojej odwadze, ale mimo że minęły 4 lata, odkąd zostałam wdową, nadal mam blokadę przed wyjściem na parkiet, bo „wdowa nie tańczy”. Tylko za barem podryguję. Wciąż się krępuje. Te ograniczenia są wryte w strukturę mojej kobiecości.

Mam duży dom, ale nie zatrudniam nikogo do sprzątania, bo tak jestem wychowana, że kobieta musi ogarnąć wszystko. Musi się zająć domem, dziećmi, a przy tym być atrakcyjna i grzeczna.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

W takim razie, skąd potrzeba, żeby jednak zmieniać swoje życie?

Bo czasami nie widzę innego wyjścia. Jeśli mam iść jakąś drogą, wolę wybrać trudniejszą. Taką mam konstrukcję psychiczną. Mogłabym odcinać kupony i wygodnie żyć „z dorobku męża”, a tymczasem wolę budować mozolnie swoje życie. Choć niejeden dzień kończę zapłakana, to zaraz potem dostaję kopa, że: „Jak to? Ja nie dam rady?!”.

Mój mąż był starszy ode mnie, prowadził wydawnictwo. Kłóciliśmy się o książki i w końcu skończyło się to małżeństwem. Potem urodził się nasz synek – Adaś. Ale… Andrzej nagle umarł. Znajoma powiedziała wtedy, że na moim miejscu by się położyła i nie wstała. A ja sobie myślę: „Położyć się i nie wstać? A poczucie obowiązku?”. Mam tak, że jak się za coś wezmę, to muszę to doprowadzić do końca.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

Odziedziczyłaś po mężu dobrze prosperujące wydawnictwo i kilka lat prowadziłaś je wraz z jego dorosłą córką. Znałaś się świetnie na książkach, ale zdecydowałaś się to zostawić. Dlaczego? Wielu pukało się w głowy.

Powiedziałabym, że nie tyle było to „świetnie prosperujące wydawnictwo”, ale raczej – „wydawnictwo z ogromnym potencjałem”. Ale to prawda, wielu odradzało mi decyzję o zostawieniu firmy. Tylko, że to nie było moje! Co innego, kiedy pracowałam w Prószyńskim albo w Świecie Książki. Z Albatrosem było inaczej, weszłam w rolę współwłaścicielki wydawnictwa, z którym tylko częściowo się identyfikowałam. Nie umiałam iść dalej przez życie w nie swoich butach. Dlatego od początku wszyscy w wydawnictwie wiedzieli, że ucieknę stamtąd najszybciej, jak się da. Ze względów organizacyjno-prawnych nastąpiło to dopiero po kilku latach.

Sprzedałam wydawnictwo i dałam sobie czas, żeby pojeździć z dzieciakami po świecie. Pozwoliłam też sobie na pół roku ciężkiej depresji – na tamtym etapie życia czułam, że jestem nic nie warta, nic nie robię. Tak wyglądała połowa zeszłego roku. A potem narodził się „Worek Kości”.

Depresja nie przyszła po śmierci męża, tylko później?

Pierwsza depresja pojawiła się zaraz po śmierci Andrzeja, ale miała inne podłoże. Mąż był dla mnie buforem, a kiedy go zabrakło, każdy uważał, że… może mnie dowolnie traktować. Chcę głośno mówić o tym, w jakiej roli stawia się wdowę, która jest bezbronnym bytem, musi się poskładać na nowo, a nikt jej nie traktuje poważnie.

Na byłą żonę zamożnego człowieka ludzie często patrzą przez pryzmat pieniędzy i tego, ile można z niej wycisnąć. To było straszne! Rodzina, znajomi mówili mi, jakie decyzje mam podjąć, co mam zrobić, a najczęściej, co mam zrobić z pieniędzmi. A potem, po roku, pojawili się adoratorzy – nierzadko żonaci mężczyźni z naszego otoczenia. Kolejny mit o wdowie, że jest jej wszystko jedno, kogo wybierze, bo i tak ma przerąbane. Czułam, że jestem bez pancerza, wystawiona na pokaz.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

Pogrzeb to był spektakl. Powązki pękały od ludzi, którzy chcieli zobaczyć, jak się czuję, jak wyglądam, jak na mnie zareaguje rodzina męża. Wielu z osób w ogóle nie znałam. Tak samo było na naszym ślubie z Andrzejem, kiedy tłumy przybyły do Pałacu Ślubów, żeby zobaczyć środowiskowy mezalians: starszy zamożny wydawca i „panna z dzieckiem”. Dlatego wiedziałam, że dopóki będę w „jego” wydawnictwie, dopóty będę w tym układzie. A dzięki sprzedaży wydawnictwa, uwolniłam się od tego poczucia. Tak bardzo cieszyłam się, kiedy podpisałam dokumenty o sprzedaży! Skakałam pod sufit, że nareszcie jestem wolnym człowiekiem, mogę robić, co chcę i jak chcę.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

Rok później, w październiku 2017, otworzyłaś klub „Worek Kości”. Jak do tego doszło?

Obudziłam się pewnego lipcowego poranka i powiedziałam sobie: teraz otworzę lokal. To nie była nieprzemyślana fanaberia, ja po prostu wyjmowałam z głowy rzeczy, które już tam były.

To miejsce skrojone na miarę.

Skrojone na mnie. Tu są książki, meble i alkohole, które lubię. Łącznie z absyntem. Jest tu wisielec-kościotrup i ołtarzyk dla Stephena Kinga, ustawiony na XIX-wiecznej francuskiej bieliźniarce. Są czachy i czaszki, ale nie straszne, lecz oswojone i wzięte w cudzysłów. Bo te kości, to my. Worek kości – czyli człowiek, jak u Kinga.

„Worek Kości” to miejsce, które jest oswojeniem tego wszystkiego, co przez lata wydawało mi się we mnie nienormalne

Z całego świata ściągam gadżety: łyżeczki w kształcie kości i kufle-czaszki, z Meksyku, Francji, Hongkongu. To szczególna mieszanka - jak w naszej księgarence, gdzie dobór książek też jest bardzo nietypowy - autorski. Są tu moje ulubione powieści grozy, kryminały i makabryczne książki, jest poezja, książki o sztuce. Najwięcej sprzedajemy poezji i… książek o mordercach. Rozrywka i inteligencja mogą iść w parze.

Skąd u ciebie ta fascynacja śmiercią, mrokiem? Podobno na pytanie, kim zostaniesz, jak dorośniesz, odpowiedziałaś: wampirem.

To prawda! A wtedy jeszcze nie było szału na „Zmierzch”. Wampiry to były potwory, a nie seksowne istoty, które żyją wiecznie i piją genetycznie zmodyfikowaną krew. Moje pierwsze wyraźne wspomnienie z dzieciństwa, to Teatr Telewizji z Izabelą Trojanowską, w którym grała wampirzycę przebitą ostatecznie osikowym kołkiem. Pamiętam też, że na wsi u babci był cmentarz zwierząt. Z dzieciakami znajdowaliśmy trupki zwierząt i urządzaliśmy im uroczyste pogrzeby. Połączenie dobrej kultury z czymś, co nas przeraża, kojarzy mi się z tamtym okresem dzieciństwa, z wolnością i beztroską. Do dziś, kiedy ktoś mi opowiada o duchach – wzruszam się i płaczę.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

„Worek Kości” to miejsce, które jest oswojeniem tego wszystkiego, co przez lata wydawało mi się we mnie nienormalne. Okazało się, że nie ma czegoś takiego, jak normalne i nienormalne. Przychodzą tu tacy sami miłośnicy dziwności, jak ja – jest ich bardzo wielu.

Postanowiłaś też w naszym pruderyjnym kraju, że wprowadzisz na scenę burleskę.

To moja misja. Burleską od lat zajmuje się w Warszawie Betty Q, która prowadzi warsztaty w swojej szkole. Zdecydowałam się robić to inaczej. Stwierdziłam, że wprowadzę burleskę do życia ludzi, którzy sięgają po tzw. wyższą kulturę. W potocznym rozumieniu burleska to zwykle albo wybryk natury, albo szemrane dziwactwo, a tymczasem w „Worku” stawiamy na równi: stand up, promocję książki, slam poetycki, burleskę, koncert w hołdzie Ciechowskiemu, czy jazz.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

Dlaczego burleska pojawiła się w twoim klubie?

Zobaczyłam ją pierwszy raz w Teatrze Druga Strefa, u Sylwestra Biragi. Spodobała mi się, bo jest piękna, zabawna, przewrotna. Wyzwala radość. Celebruje prawdziwe, a nie wyidealizowane ciało. Ktoś pyta, czy to striptiz albo taniec erotyczny? To raczej krótka opowieść pełna odniesień do mitów pop-kultury, zaczerpniętych ze sztuki, czy literatury.

Rok po śmierci męża stwierdziłam, że te tatuaże mnie denerwują i muszę je zmienić. Nie usunąć, ale przykryć

Kiedy wymyśliłam klub, wiedziałam, że książki to za mało, żeby przekonać ludzi do kultury. Dlatego na początku sierpnia poszłam do Sylwestra, posiedzieliśmy na leżakach, pogadaliśmy. Zawsze mu to przypominam: – Wszyscy mówią, że jestem wariatką, ale to ty jesteś wariat! Bo zaufałeś osobie, którą widziałeś pierwszy raz i zdecydowałeś się przenieść całkowicie burleskę do „Worka Kości”. Staliśmy się pierwszym miejscem w Polsce z regularną, cotygodniową burleską. I boyleską – w każdy ostatni czwartek miesiąca występuje pięciu chłopaków.

Sylwester został dyrektorem artystycznym klubu. Aktualnie planujemy małe teatralne przedsięwzięcia, bo się rozkręciłam i chcę produkować spektakle. Ostatnio wystawialiśmy „Norę” Henrika Ibsena. Wspaniale jest patrzeć na ludzi, którzy boją się choćby brzęknąć szklanką i siedzą jak trusie. Cisza, skupienie. Świat równoległy, jak w książkach.

Worek kości (Fot. Błażej Żuławski)

Z jednej strony dziewczyny w cekinach i koncerty, a z drugiej strony – organizujesz wykłady związane z kryminalistyką, zbieraniem śladów, profilowaniem. O co tu chodzi?

Renata Kuryłowicz (Fot. Błażej Żuławski)

Moją misją jest pokazać ludziom, że mordercy i zbrodniarze nie powinni być bohaterami popkultury, bo na to nie zasługują. Dlatego specjalnie dla dorosłej publiczności robimy spotkania z profilerami, technikami kryminalistyki. Planujemy zaprosić również patomorfologów i antropologów sądowych, którzy opowiedzą, jak wiele jest zapisane w naszych kościach.

Jesteś tu codziennie?

Codziennie. Pracuję praktycznie 24 godziny na dobę.

Jak łączysz to zbyciem matką?

Adaś ma 8 lat, a starszy, Mikołaj, 20 lat, więc żyje już własnym życiem. Nie jest łatwo, ale młodszy jest „ogarnięty”, chodzimy do kina, teatru, na wystawy. Czasem przychodzi ze mną do „Worka” i chłonie koncerty, spektakle. Mam cichą nadzieje, że mu to w głowie zostanie.

Równocześnie pomagam mu przeżyć kolejne etapy żałoby. Jestem dorosła, ja sobie poradzę, ale on dźwiga ten bagaż od maleńkiego. Odczuwam wobec tego sprzeciw. Tym bardziej, że wdową zostałam dlatego, że mój mąż nie dbał o zdrowie – gdyby o siebie dbał, żyłby jeszcze.

Synek miał 4 lata, kiedy tata zmarł. Tłumaczyłaś mu, co się stało?

Nie ukrywałam niczego. Mówiłam otwarcie: tata umarł, taty nie ma. Syn wymyślił, że tata gdzieś poleciał, bo mąż czasem jeździł w podróże do Ameryki Południowej czy Afryki. Poszłam do psychologa dziecięcego i usłyszałam: – Proszę nic nie robić, dziecko musi samo dojść do prawdy. I rzeczywiście potrzebny był czas. Z czasem Adaś przyjął do wiadomości, że tata nie żyje.

Dałam sobie czas na pół roku ciężkiej depresji - na tamtym etapie życia czułam, że jestem nic nie warta, nic nie robię

Zaczęliśmy chodzić na cmentarz. Oboje tego potrzebowaliśmy. Przez rok czułam ogromny strach przed wychodzeniem z domu, bałam się, że coś złego się stanie, bo skoro Andrzej umarł z dnia na dzień, to śmierć czyha na nas za rogiem. Dziś już się nie boję.

W jakim momencie jesteś teraz?

Mam poczucie, że żyję na własnych zasadach. Może to egoistyczne, ale za chwilę skończę 43 lata i nie widzę powodu, dla którego miałabym spełniać cudze oczekiwania. Tym bardziej, że od dziecka uwierały mnie narzucone konwencje. Że mam być „grzeczną dziewczynką”, która się nie skarży i nie przeklina.

A czasem trzeba.

Trzeba, a ja nie potrafię. Nigdy nie miałam też w ustach papierosa, nie sięgnęłam po narkotyki. Jedyną moją słabością są tatuaże.

Masz ich coraz więcej. To twój sposób na odreagowanie?

Pierwszy tatuaż zrobiłam sobie, kiedy byłam w ciąży z pierworodnym, czyli 20 lat temu. Potem pojawiały się kolejne drobne „pieczątki”, ale rok po śmierci męża stwierdziłam, że te tatuaże mnie denerwują i muszę je zmienić. Nie usunąć, ale przykryć. Tatuator zrobił mi na całej ręce smoczycę, która pilnuje moich dzieci. Na drugim ramieniu jest Kirin – to smok z ciałem konia, mityczne azjatyckie zwierzę. I wtedy poczułam, że tatuaże stały się moim pancerzem, bo ludzie zwracają uwagę nie na mnie, ale na to, co jest na wierzchu. Nie wchodzą głębiej, spojrzenie zatrzymuje się na smokach. Czuję się chroniona.

Anna Sańczuk
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę