Znaleziono 0 artykułów
08.02.2019

Sebastião Salgado: Cierpienie malowane światłem

Sebastião Salgado w filmie "The Salt of the Earth" (Fot. East News)

Nazywa się go fotografem rynsztoków, ale też malarzem światła. Jego zdjęcia mówią więcej niż tysiąc słów. Dokumentował biedę i największe tragedie drugiej połowy XX wieku. Wielu zarzuca mu, że nie dość, że wzbogacił się na ludzkiej krzywdzie, to jeszcze pokazuje ją w zbyt malarski sposób. Trudno jednak powiedzieć, że Sebastião Salgado brakuje empatii. I wobec ludzi, i wobec Ziemi, którą od dłuższego czasu stara się uratować. Jeden z najsłynniejszych współczesnych fotografów kończy dziś 75 lat.

Susan Sontag zarzucała mu, że estetyzuje biedę – przedstawiając ją w atrakcyjny sposób, rzekomo czyni ją oderwaną od żywych ludzi, którzy autentycznie cierpią. Mówi się, że zatrudniał armię researcherów, którzy wyszukiwali dla niego miejsca, gdzie mógłby zrobić najbardziej poruszające zdjęcia. Jednocześnie między innymi dzięki jego fotografiom świat dowiedział się o klęsce głodu w Afryce, o koszmarze uchodźców, którzy umierali w poszukiwaniu wody i jedzenia, czy nieludzkich warunkach pracy w rozwijających się krajach. Sebastião Salgado współpracuje z największymi organizacjami humanitarnymi na świecie – z Lekarzami bez Granic, Save the Children, jest ambasadorem dobrej woli UNICEF. Widok ofiar wojny w Rwandzie poruszył go tak bardzo, że niemal zupełnie się załamał. Ratunek znalazł w świecie natury. Poświęcił się dokumentowaniu przyrody, tego, co w przesiąkniętym złem świecie pozostało piękne i nieskażone. Trwający niemal dekadę projekt „Genesis” stał się dla niego oczyszczeniem i zarazem listem miłosnym do Ziemi. Sebastião Salgado to fotograf pełen kontrowersji, ale jego zdjęcia przemawiają do najgłębszych zakamarków duszy.

Fragment wystawy Genesis (Fot. Stefano Guidi/Pacific Press, East News)

Fotograf rynsztoków

Sebastião Ribeiro Salgado Júnior przyszedł na świat 8 lutego 1944 r. w Aimorés, niewielkim miasteczku w Brazylii. Wychował się na prowadzonej przez ojca farmie, którą w późniejszych latach wspominał jako raj na ziemi. Miał siedem sióstr, ojciec jedynemu synowi przekazał swoje imię i miłość do rodzinnej ziemi. Rodzice chcieli jednak, żeby dzieci zdobyły wykształcenie, dlatego kiedy Sebastião skończył piętnaście lat, wyjechał do São Paulo. Studiując ekonomię, zyskał wiedzę o mechanizmach, które napędzają świat – w przyszłości przydała mu się, kiedy dokumentował tragedie humanitarne. Poznał też swoją przyszłą żonę, studentkę architektury Lélię Wanick. Ale w Brazylii rosła w siłę dyktatura wojskowa i dla studenta o lewicowych poglądach, jak Sebastião, przestała być bezpiecznym miejscem. Dlatego wraz z Lélią wyjechał do Paryża. Tam na Sorbonie zrobił doktorat z ekonomii i znalazł pracę w International Coffee Organization. W późniejszych latach współpracował też z Bankiem Światowym. Dzięki wyjazdom poznał doskonale rzeczywistość i perspektywy biednych państw Południa. Salgado niemal natychmiast pokochał podróże. Zabierał w nie aparat, który kupiła Lélia. Szybko zrozumiał, że to właśnie fotografia jest jego powołaniem. Po konsultacji z żoną postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Rzucił przynoszącą dobre dochody pracę, a większość oszczędności zainwestował w profesjonalny sprzęt fotograficzny. Znów zaczynał od zera.

Sebastião Salgado (Fot. Suhaimi Abdullah, East News)

Salgado zaczął od powrotu do korzeni. Jego pierwszy cykl zdjęć, album „Other Americas”, to owoc siedmioletniej podróży po Ameryce Południowej. Lélia została w Paryżu z synkiem, Juliano. Chłopiec, który wychowywał się praktycznie bez ojca, kiedy dorósł, miał stać się jego współpracownikiem. Z kolei Lélia latami wspierała męża we wszystkich projektach. Tymczasem dla Sebastião pasja była ważniejsza od rodziny i komfortowego życia, jakie mógłby wieść u boku żony. W Meksyku fotografował śluby i pogrzeby, nędzę mieszkańców miasteczek i wsi. Zrozumiał, że na jego zdjęciach najważniejsi są ludzie, i postanowił poświęcić się fotografii społecznej.

Sebastião Salgado na otwarciu wystawy Genesis w Wenecji (Fot. Matteo Chinellato/Corbis, Getty Images)

Po Ameryce Południowej przyszła kolej na Afrykę. Salgado nawiązał współpracę z organizacją Lekarze bez Granic. Wraz z nimi przemierzył ogarniętą suszą i głodem Etiopię, odwiedził Czad, Mali, Sudan i Erytreę. Efektem podróży jest album „Sahel. End of the Road”. Środki z jego sprzedaży fotograf przeznaczył na działalność organizacji charytatywnych. Na wchodzących w skład albumu zdjęciach portretuje wszechobecny ból i cierpienie. Obrazy wychudzonych do granic wytrzymałości mężczyzn, kobiet i umierających na ich rękach dzieci obiegły świat i poruszyły opinię publiczną. Ale mimo że pokazywały tragedię, fotografie miały w sobie wręcz malarskie piękno. Ogromne oczy konających dzieci, niewidoma kobieta w obozie dla uchodźców są perfekcyjnie namalowane światłem. Jednocześnie widz ma świadomość, że większość bohaterów zdjęć najprawdopodobniej już nie żyje. Z kolei kopalnia złota Serra Pelada w Brazylii na zdjęciach Salgado przywodzi na myśl biblijne obrazy. Masa kłębiących się ludzi kojarzy się z apokaliptycznym klimatem dzieł Hieronima Boscha. Wszystko to sprawiło, że pojawiły się głosy twierdzące, iż Salgado pokazuje cierpienie w zbyt piękny sposób. A na domiar złego bogaci się na krzywdzie innych.

Fragment wystawy "Genesis" (Fot. Stefano Guidi/Pacific Press, East News

Bogactwo i cierpienie

Zdjęcia istotnie przyniosły Salgado pieniądze – dziś uważa się go za jednego z najbogatszych fotografów. Po latach współpracy z prestiżowymi agencjami, takimi jak Gamma czy słynne Magnum Photos, w 1994 roku wspólnie z żoną założył Amazonas Images. Ale, jak twierdzi, nie zrobił tego dla zysku, lecz po to, by móc być jak najbardziej niezależnym i dowolnie wybierać temat, któremu zdecyduje się poświęcić. Zysk czerpie natomiast nie z fotografii społecznej, bo w czasie pracy nad reportażem nie myśli o pieniądzach, tylko ze zleceń komercyjnych, m.in. dla gigantów takich jak Volvo czy Saatchi & Saatchi. Część swoich zdjęć bezpłatnie przekazywał UNICEF-owi – po to, by organizacja mogła dzięki nim zyskać potrzebne dla realizacji swej misji fundusze. A to, że nawet cierpienie jest na zdjęciach piękne, jest wynikiem jego stylu; po prostu nie potrafi fotografować inaczej. Wśród kolegów po fachu zaczęły jednak pojawiać się informacje, jakoby Salgado zatrudniał do swoich projektów researcherów, którzy wyszukują dla niego miejsca, gdzie może zrobić najbardziej poruszające zdjęcia, a on przyjeżdża na gotowe. Jednak to właśnie Salgadao wraz z pracownikami kopalni złota wspinał się po wiszących nad przepaścią sznurowych drabinkach, ryzykując dla zdjęcia upadek, a nawet śmierć. W zmagających się z głodem i wojnami państwach oglądał koszmarne rzeczy, które odciskały piętno na jego psychice. Czuł jednak, że to, co robi, ma sens, bo dzięki jego zdjęciom ludzie dowiadują się o ludzkim cierpieniu, a dzięki temu ofiary klęsk humanitarnych dostają potrzebną pomoc. Niewątpliwie jest coś takiego w naturze człowieka, że pociąga go bieda i nieszczęście, rodzaj niewytłumaczalnego pędu do oglądania ludzkich tragedii. To właśnie ta cecha, połączona z niekwestionowanym talentem Salgado, jest sekretem jego sukcesu.

Podczas pracy nad albumem „Migrations: Humanity in Transition” Salgado fotografował ludzi, którzy w poszukiwaniu żywności i schronienia przemierzają nie raz setki kilometrów. Misja dokumentowania ich losu zawiodła go do zawładniętej wojną domową Rwandy. Zdjęcia stamtąd to przejmujący obraz rzezi, bezsensownej, wszechobecnej śmierci i cierpienia setek tysięcy ofiar ludobójstwa. Zwłoki w takich liczbach, że nie nadążono z ich grzebaniem, więc zwożono je buldożerami na sterty i pobieżnie zasypywano ziemią. Setki ciał leżących przy drodze – kobiet, mężczyzn i niemowląt. To, co zobaczył w Rwandzie, załamało Salgado i udowodniło mu, że na tragedię nie da się uodpornić. Fotograf, który latami dokumentował głód, śmierć i cierpienie, w obliczu bratobójczej wojny zwątpił w człowieka. Doświadczenia z tego wyjazdu sprawiły, że Salgado poważnie się rozchorował. „Tak długo obserwowałeś śmierć, że sam zacząłeś umierać” – miał powiedzieć fotografowi jego lekarz. Sebastião zrozumiał, że czas odpuścić. Zawiódł się na ludziach tak bardzo, że jedynym ratunkiem wydawał mu się świat natury.

Odrodzenie

Sebastião Salgado (Fot. Ivan Romano, Getty Images)

W poszukiwaniu ukojenia Salgado wrócił na rodzinną farmę. Ale ta nie była już rajem, który zapamiętał z dzieciństwa. Deszczowe lasy zamieniły się w jałową ziemię. Sebastião wraz z żoną postanowił podjąć się niemożliwego – przywrócić ziemi swojego dzieciństwa dawną świetność. Mozolne sadzenie drzew w końcu przyniosło efekt – dziś farma rodziny Salgado to park narodowy i piękny przykład na to, że nawet najbardziej zniszczone tereny mają szansę się odrodzić. Dziś jałową kiedyś ziemię porasta las deszczowy, w głębi którego znów płyną strumienie, śpiewają ptaki i dumnie przechadzają się dzikie zwierzęta. Sebastião i Lélia nie ograniczyli się w swojej misji do własnego podwórka. Założony przez nich Instituto Terra finansuje działania służące ochronie przyrody na całym świecie.

Zmęczenie spowodowane latami patrzenia na ludzkie okrucieństwo skłoniło Salgado do zainteresowania ekologią, ale nie byłby sobą, gdyby nie dał wyrazu nowej pasji w fotografii. Projekt „Genesis” to hołd dla tego, co na Ziemi pozostało nieskażone. „Zrozumiałem, że jestem przyrodą, tak jak żółw, drzewo czy kamień” – tłumaczył fotograf w wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Repubblica”. „Po tych wszystkich latach, kiedy fotografowałem cierpienie, biedę, przemoc, miałem potrzebę oczyszczenia się. Dopiero w czasie, gdy przebywałem blisko natury, zdałem sobie sprawę z tego, że jestem częścią świata, który jest piękny. I to dało mi poczucie wielkiego szczęścia”. Przez osiem lat pracy nad projektem „Genesis” Salgado odwiedził wyspy Galapagos, Amazonię, a także syberyjski lud Nieńców, którzy potrafią przetrwać nawet kilkudziesięciostopniowe mrozy. Dokumentował tereny nieskażone cywilizacją, ich zagrożone rychłym przeminięciem piękno. Zorganizował wyprawy do 30 krajów, aby sięgnąć do źródeł; ujrzeć, jak świat mógł wyglądać na samym początku, i zilustrować Księgę Rodzaju. Dotarł do miejsc, w których mimo szkód, jakie człowiek wyrządził w ostatnich latach Ziemi, można odnaleźć niewinność i czystość. Salgado, który wcześniej fotografował przede wszystkim ludzi, twierdzi, że dopiero w kontakcie z naturą odnalazł człowieka i, jak mówi, samego siebie.

Natalia Jeziorek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę