Znaleziono 0 artykułów
12.09.2018

Sprzedawcy marzeń

(Fot. Getty Images)

Gabinety medycyny estetycznej biją rekordy popularności. „Szybkie naciągniecie” staje się alternatywą dla kremu, a temat „co sobie zrobić” ożywia rozmowę. Jednak Piotr Zachara zachowuje dystans i w pierwszych słowach swojej książki „Zrobieni” wylewa na czytelników kubeł zimnej wody. Wykazuje, że termin „medycyna estetyczna” z definicji jest oszustwem, zaś obietnica błyskawicznego piękna działa na ludzi jak narkotyk, nierzadko odbierając im rozsądek i wielkie pieniądze.

Jak sam mówi, pomysł na książkę zaczerpnął z obserwacji otoczenia. Jako dziennikarz z ponad 20-letnim stażem i były redaktor luksusowych magazynów dla kobiet nagle zdał sobie sprawę z tego, że w jego otoczeniu coś nie gra. – Wielu moich bliższych lub dalszych znajomych gwałtownie odmłodniało, a że z zasady nie wierzę w cuda, zacząłem pytać co, gdzie, jak i za ile – opowiada. Sam deklaruje, że nie ingerował w swój wygląd i nie zamierza. – Wmawiam sobie, że mam szansę, by zestarzeć się nie najgorzej. Chcę sprawdzić jaki pomysł na mnie ma natura – dodaje. W tej decyzji upewnia go tylko wiedza, którą zdobył w trakcie pisania książki i wynikająca z niej obawa, że mógłby trafić na hochsztaplera.

Piotr Zachara (Fot. Cezary Hładki)

Najpierw jako milczący obserwator towarzyszący przyjaciółkom w gabinecie, później jako dziennikarz zadający niewygodne pytania wszedł w świat medycyny estetycznej. Przeprowadził szereg rozmów, zarówno z pacjentami, jak i przedstawicielami branży, i stworzył książkę, która jest obrazem przemysłu żerującego na strachu i tęsknocie.

Reklama

Temat „poprawek” jest na tyle osobisty, że zmieniasz imiona i życiorysy opisanych osób.  Bohaterki często stawiają ci warunek – chcą zachować anonimowość. Dlaczego poprawiony nos czy usta to tak wstydliwy temat?

Pacjentki, z którymi rozmawiałem, niespecjalnie wstydzą się, że coś sobie zmieniły lub poprawiły, blokady włączają się dopiero przy pytaniach: ile razy i jak często? Usta mówią wtedy coś innego niż reszta twarzy i ciała, bo pamięć ludzka jest procesem, niepotrzebne dane szybko usuwa z archiwum. Poza tym, jak się wspomniane „ile” pomnoży przez wydane, to wtedy suma potrafi przerazić i rozmowa siada. 

Chociaż skóra jest największym organem immunologicznym człowieka, dbanie o jej stan traktujemy jako lekką przesadę, na trądzik przecież jeszcze nikt nie umarł. W krajach anglosaskich czy we Francji do dermatologa od pokoleń chodzi się tak jak do dentysty, regularnie, żeby zapobiegać. U nas dopiero powoli zaczynamy rozumieć, dlaczego dermatologia to specjalizacja medyczna. Bardzo ważnymi bohaterkami mojej książki są koleżanki z różnych redakcji, rozsądek każe im pisać coś innego niż chciałyby i powinny, a mnie interesowały ich doświadczenia w wersji bez cenzury. W przypadku lekarzy na szczerość stać najlepszych oraz tych najbardziej beztroskich. To bardzo hermetyczne środowisko, każdy każdego zna lub tak mu się wydaje, pod nazwiskiem wypowiada się okrągłe, bezpieczne zdania, pod pseudonimem zaczyna się jazda. W medycynie estetycznej bardzo interesuje mnie też biznes, to są naprawdę poważne pieniądze, szczęśliwcy zarabiają je, zanim nauczą się mówić o nich coś mniej banalnego niż „gentlemani na ten temat nie rozmawiają”.

Kim są kobiety, które poddają się zabiegom i jakie mają motywacje? Czy widzisz jakieś stałe mechanizmy?

Podstawowy podział na dwie grupy zaczyna się od pytania: dla kogo to robię? Dla siebie – statycznie tak brzmi jedna odpowiedź na dziesięć, w pozostałych przypadkach usprawiedliwieniem bywa wszystko: wiek, presja w pracy, płynące z głębi serca dobre rady partnerów oraz przyjaciół, marzenia o karierze celebrytki, zainspirowane najczęściej portalem plotkarskim lub programem w telewizji… Znam kilka kobiet, które korzystają z osiągnięć medycyny estetycznej regularnie, w rozsądnych dawkach, dla siebie – po prostu wiedzą, że jest taka możliwość, mają budżet, więc czemu nie. Ale są to kobiety, których w Polsce teraz raczej się nie promuje, żadna z nich nie zadowoli się repertuarem trzech ról do odegrania w życiu, czyli po kolei: żony, matki i babci.

(Fot. Getty Images)

Może mała korekta nie musi wiązać się z dramatem i podobnie jak moda, makijaż, siłownia czy tatuaże jest formą autokreacji? Może pomaga rozprawić się z kompleksami i zbudować na nowo poczucie własnej wartości?

85 procent pacjentów medycyny estetycznej to kobiety. Byłoby wspaniale, gdyby wszystkim zabiegom medycznym i kosmetycznym poddawały się wyłącznie z myślą o sobie, bo same tego chcą. Niestety, w kulturze patriarchalnej od kobiet oczekuje się spełniania standardów podyktowanych przez samców. Panie są po to, żeby się „wylaszczyć”, panowie, żeby o tym obowiązku przypominać, mobilizować do działania, podnosić poprzeczkę i oceniać bez żadnej taryfy ulgowej. Nadwiślańscy macho są strasznie wymagający, chcą, żeby było i naturalnie, i jak w pornosie, co wzajemnie się chyba wyklucza, ale upierać się nie będę, ekspertem nie jestem. Nie tylko w przypadku medycyny estetycznej wolimy też bardziej wierzyć niż wiedzieć, stąd opowieści o dietach zmieniających rysy twarzy, całkowitej regeneracji organizmu podczas 10 dni wakacji itd. Oficjalnie domagamy się stuprocentowej naturalności, a jednocześnie wielką karierę w lokalnym show-biznesie robi dziewczyna znana z tego, że kilka lat temu kibicowała piłkarzom i że przed wejściem na trybunę trochę się nad sobą napracowała. Szczytem hipokryzji jest nasz stosunek do kobiet dojrzałych. Zachęcamy, żeby starzały się bez żadnych zabiegów, ale pod jednym warunkiem: zrobią to, jak Aneta Kręglicka. Bo jeśli im się nie uda, to do widzenia.

Jak przekonywałeś rozmówczynie do otwartości? Czy wywiady były dla nich w jakiś sposób terapeutyczne?

Po latach pracy w prasie wyrobiłem sobie umiejętność słuchania innych bez przerywania im w połowie zdania, to podstawa. Osoby, które mnie znają wiedzą, czego mogą się po mnie spodziewać, mają do mnie zaufanie, polecają mniej innym, bardziej opornym, to mechanizm stary jak świat. Być może mam też w sobie coś, co przyciągała wszelkie rodzaje gaduł oraz ekshibicjonistów, nie wiem co to jest, dopóki działa, zastanawiać się nad tym nie będę. 

Zrobieni. Co może medycyna estetyczna w Polsce, Piotr Zachara (Fot. Materiały prasowe)

Medycyna estetyczna nie ogranicza się do „pracy na powierzchni”, to poważne zabiegi rekonstrukcyjne, ginekologia, penoplastyka, w USA konsultacje z dermatologami są ważną częścią terapii pacjentów onkologicznych, po chemii i radioterapii, gdy człowiek nie wygląda na zdrowego, a bardzo tego potrzebuje. Najbardziej hardkorową historię w „Zrobionych” opowiada dziewczyna, która miała „małego guza”, nowotwór zupełnie niezłośliwy, ale w wyniku operacji straciła połowę twarzy. Łatwo jest powiedzieć: mogło być gorzej, przynajmniej żyje, niesprawna twarz to dramat innej kategorii niż amputacja obu nóg czy sztuczne serce. Tylko skąd w zdrowych ta łatwość hierarchizowania, co oni mogą na ten temat wiedzieć?

Najpierw Photoshop w internecie i prasie, teraz poprawione twarze w realu i mediach społecznościowych. Medycyna estetyczna mocno zmienia popowe kanony piękna i sama nakręca popyt na siebie.

Media społecznościowe lubią poprawione twarze, lubi je też telewizja, kariera sióstr Kardashian czy Hadid to sygnał, że lepiej być teraz zrobionym niż nie być. Taki mamy trend w 2018 roku, a kto okaże się wzorem za rok – nie odważę się zgadnąć. Marzy mi się powrót bardziej odważnych, oryginalnych typów urody, po raz ostatni odnotowany pod koniec lat 90. Banalnie ładni pewnie wkrótce nam się opatrzą, bo ile można? To, że ludzie wykorzystują wszystko, co mają w zasięgu ręki, by zbliżyć się do ideału, nie jest niczym złym, zawsze tak robili, zwiększyły się jedynie środki, możliwości i – proporcjonalnie do nich – szanse na sukces. Problemem jest to, jak ten ideał urody wygląda i kto o nim decyduje. Większość ludzi uważa, że Kim K i Bella Hadid są śliczne. OK, tylko większość bardzo rzadko ma rację, nie tylko w kwestii urody.

Jak rysuje się przyszłość medycyny estetycznej w Polsce? Czy świat naprawdę podzieli się zaraz na tych „zrobionych” i „zaniedbanych”? Może w tej czarno-białej wizji przyszłości widzisz jednak jakieś odcienie szarości?

Jeżeli chodzi o tzw. dynamikę rozwoju medycyny estetycznej, Polska jest europejskim leaderem i tego zaszczytnego tytułu szybko pewnie nie pozwolimy sobie odebrać. Lubimy inwestować w to, co najcenniejsze, czyli w samych siebie. Mamy dostęp do tych samych środków i sprzętów, co reszta świata, mamy sporo dobrych lekarzy, którym zależy na czymś więcej niż tylko na szybkich zarobkach i statusie celebryty. Eksperci mówią, że od botoksu wielkiego przełomu w medycynie estetycznej jeszcze nie było, skuteczne preparaty i technologie, które już się sprawdziły teraz się udoskonala. Pracuje się nad wydłużeniem odstępu między zabiegami, bo raz na resztę życia poprawić urody na pewno się nie da, pracuje się nad zminimalizowaniem bólu, bo wyeliminować go nie można, chyba że w opisie zabiegu, tam zdarza się to notorycznie. Medycyna estetyczna na pewno pomogła wypromować tzw. dermokosmetyki, czyli sprzedawaną w aptekach pielęgnację, która ma w swoim składzie substancje naprawdę aktywne, a minimum „cudów marketingu”. Codzienna pielęgnacja będzie się na medycynie wzorować, coś naśladować, coś innego udawać.

Czego nauczyłeś się o branży kosmetycznej, pisząc tę książkę?

Tam, gdzie zarabia się duże pieniądze, natychmiast zwierają szyki panowie z przerośniętym ego, samozwańczy eksperci, wannabe fachowcy. Z przeprowadzonych testów na żywym organizmie, czyli na samym sobie, dowiedziałem się też, że na stare lata twarz mi się wyrównała, patrzę w lustro i nadal widzę asymetrię jak skurczybyk, tymczasem internet mówi mi, że jest idealnie. No prawie, bo gdy pada pytanie „co mogę dla siebie/ z sobą zrobić”, odpowiedź rzadko brzmi „nic, po co”. 

Utwierdziłem się też w przekonaniu, że dobrego kremu nawilżającego z filtrem słonecznym nie wolno sobie skąpić, chyba że zaoszczędzone pieniądze wydajemy na wizytę u dobrego dermatologa, od niego powinno się zaczynać i w wielu przypadkach kończyć poważniejsze dbanie o zdrowy wygląd, inaczej zwany urodą.

 

Basia Czyżewska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę