Znaleziono 0 artykułów
06.09.2019

Szpiegowska bajka

(Fot. materiały prasowe)

Kto jest niedobry, dostanie po nosie, a dobry odbierze nagrodę. Postaci są papierowe, akcja nieprawdopodobna, a intryga niedbała. Nawet ktoś zakochany w literaturze sensacyjnej dostrzega, jak nieuchronnie wysycha Fredericowi Forsythowi pióro. Kolejne powieści autora bestsellerów, w tym najnowszy „Fox”, nie mają nerwu „Dnia szakala”.

Frederic Forsyth jest – można to przeczytać wszędzie – jednym z najbardziej znanych na świecie pisarzy, autorem garści bestsellerów sensacyjno-szpiegowskich, w tym niektórych kilkakrotnie ekranizowanych, a co za tym idzie, również jednym z najbogatszych autorów. Trudno więc przypuszczać, że musi pisać, aby żyć. Poza tym ogłosił już jakiś czas temu, że porzuca twórczość literacką, bo mu się znudziła. 

Frederick Forsyth (Fot.Geoff Pug/Zuma Press)

Pozostawał wierny danemu słowu zaledwie przez kilka lat, aż – co ochoczo wyznaje w wywiadach – kolejną książkę wyżebrał u niego wydawca, a i sam Forsyth poczuł wewnętrzny przymus, by jednak znów coś napisać. Tak powstała historia mieszkającego na brytyjskiej prowincji nastolatka z zespołem Aspergera. Luke wykazuje ponadprzeciętne uzdolnienia w informatyce. Dnie i noce spędza w zaciemnionym pokoju, bębniąc w klawiaturę i wpatrując się w monitor. Przypadkiem pokonuje komputerowe zapory do amerykańskich skarbców najtajniejszych informacji, a robi to dlatego, że – zeznaje – wykrył błąd, który chce naprawić. I tak staje się przedmiotem zainteresowania tajnych służb wolnego świata, ale także dyktatorów, satrapów, terrorystów i zwykłych bandytów. Przygód więc w „Foxie” mamy co niemiara, a toczą się od rosyjskiej dalekiej Północy, przez Bliski Wschód, aż po Półwysep Koreański, absorbując uwagę władców Kremla, irańskich ajatollahów i tłustawego dyktatora o szczególnej czuprynie, urzędującego w Pjongjangu i straszącego świat bombą atomową. Zagadki nie ma tu żadnej, bowiem, co przewidzimy od pierwszej kartki powieści, Luke ze wszystkich zmagań wychodzi bez szwanku, otoczony troskliwą opieką przez emerytowanego asa brytyjskiego wywiadu. Angielska pani premier, ale też przywódcy innych krajów, słuchają go jak księdza głoszącego kazanie podczas sumy. I robią wszystko, co im zaleci. I nawet jeśli Luke’owi przytrafi się w końcu niemiłe zdarzenie, będzie tak jak w powiedzeniu pewnego polskiego polityka słynnego z barwności wymyślanych naprędce porzekadeł: „Źle się stało, ale może to i lepiej”.

Nie trzeba przypominać sobie dawnych wypieków przy lekturze Forsythowego „Dnia szakala”, powieści o planowanym zamachu na gen. Charles’a de Gaulle’a, dwukrotnie i bardzo zgrabnie przeniesionego na ekran. To była naprawdę trzymająca w napięciu książka, z niesamowicie skonstruowaną zagadką (śledczy idą tropami płatnego zabójcy, którego unieszkodliwią, lecz jego tożsamości nigdy nie odkryją, bo fałszywe przesłanki wzięli za prawdę), choć przecież wszyscy wiedzieli, że francuscy nacjonaliści nie zdołają zamordować prezydenta. Podobnie było w przypadku „Akt Odessy” o tajnej organizacji byłych SS-manów (film o wiele gorszy, mimo że wartki). Niektórych polskich czytelników brała złość, gdy jeszcze w PRL-u wyszły „Psy wojny”, rzecz o najemnikach planujących przewrót w równikowym państewku. Warunkiem druku było bowiem wykastrowanie książki z fragmentów opowiadających o radzieckim zaangażowaniu w Czarnej Afryce i handlu bronią prowadzonego przez miłujące pokój kraje Europy Wschodniej. Ale co tam, skoro czytało się to dobrze, a postać irlandzkiego najemnika wynajętego do akcji przez górniczy koncern jest krwista i naprawdę ma duszę. A jeśli do tego dołożymy plotki, że sam Forsyth ponoć był zamieszany w pierwowzór powieściowej akcji, sprawa nabiera dodatkowego smaczku. „Psy wojny” są jak deser po dobrym obiedzie. Po deserze nie powinno się już więcej jeść.

Tymczasem Forsyth pisał i pisał, sprzedawał książki w milionach egzemplarzy, a bieżąca polityka i doświadczenie życiowe (sam zajmował się również działaniami wywiadowczymi) podrzucały mu coraz to nowe intrygi. Lecz nawet ktoś zakochany w literaturze sensacyjnej musiał dostrzec, jak nieuchronnie wysycha mu pióro. Żadna z kolejnych powieści – a było ich bez liku – nie miała nerwu tych pierwszych. A miał już rezydencję pod Londynem i zamek w Irlandii. Co jednak poradzić, jeśli ktoś uprze się, żeby tworzyć.

Nie inaczej jest z „Foxem”, powieścią marną, lecz wydaną w dobrym czasie, czyli pod koniec lata, gdy czytelnicy łakną czegoś lżejszego i naładowanego sensacją. W sam raz na plażę, pod dobrego drinka lub lody o smaku słonego karmelu. „Fox” nie wyszedł Forsythowi i już, co chyba nie dziwi, gdyż pisarzowi nie wychodziło już od jakiegoś czasu. Powieść sensacyjna, zwłaszcza jeśli odwołuje się do prawdziwych postaci i zdarzeń, powinna być choćby w kilkunastu procentach wiarygodna. Bohaterowie muszą być utkani z emocji, a akcja ma trzymać w napięciu. Tymczasem dostajemy bajkę zanurzoną w fikcji, bohaterów z papieru (a wiemy, że przynajmniej prezydenci USA i Rosji, a nawet Iranu i Korei tacy nie są), zaś dreszczyku jest w „Foxie” tyle, ile w podróży traktorem po prostej autostradzie, którą widać aż po horyzont. Szpiedzy nie są tu szpiegami, żołnierze sił specjalnych – żołnierzami. Kto jest niedobry, dostanie po nosie, a dobry odbierze nagrodę.

To nie tak, że nie wierzę w genialnych hakerów siedzących gdzieś na poddaszu i rozgryzających najtajniejsze szyfry świata. Są tacy z pewnością, a między nimi i uzdolnione dzieciaki z zespołem Aspergera. Ale nawet ten Asperger u nastoletniego Luka, co przecież można byłoby znakomicie opisać, nie czyta się jak Asperger prawdziwy.

Forsyth nigdy nie był pisarzem na miarę Johna le Carrégo. Angielski geniusz powieści szpiegowskiej i sensacyjnej umiał ułożyć prawdziwy dreszczowiec z akcji izraelskiego wywiadu przeciwko palestyńskim terrorystom („Mała doboszka”) i z chciwości międzynarodowej korporacji farmaceutycznej („Wierny ogrodnik”), a nawet z trywialnych kłamstw właściciela zakładu krawieckiego („Krawiec z Panamy”). To nie zarzut, wszak le Carré jest tylko jeden, podobnie jak niepodrabialni są Czechow, Szekspir czy Hrabal. A jednak od autora „Dnia szakala” chciałoby się czegoś więcej. Wakacje też mają swoje wymagania. 

Frederic Forsyth, „Fox”, tłumaczenie Robert Wali, Wydawnictwo Albatros

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę