Znaleziono 0 artykułów
03.03.2020

Sztuka kochania

Kadr z filmu "365" (Fot. Materiały prasowe Mówi Serwis Dystrybucja)

Wiadomo, że seks się sprzedaje. Ale w polskim kinie komercyjnym częściej niż sam seks sprzedaje się jego obietnicę. Bohaterowie dużo mówią, a mało robią. I zamiast zrzucać ubrania, rzucają żenujące żarty.

Dopiero co media wrzały przy premierze ekranizacji popularnego polskiego erotyku. Film „365 dni” obiecywał sceny seksu, jakich jeszcze w polskim kinie nie było. Tę obietnicę za spełnioną mógłby uznać tylko ktoś, kto widział w życiu dwa rodzime filmy. I były to „Listy do M” oraz „Jak poślubić milionera”. Może i pokazano na zbliżeniu ruchy frykcyjne. Może i dron dostaje orgazmu, krążąc wokół miłosnego gniazdka, jakie bohaterowie uwili sobie na luksusowym jachcie. Estetykę sex-ujęć przekopiowano z niemieckich erotyków z lat 80., przyspieszono tylko montaż. No i zmieniono kształt podgolenia włosów łonowych (których – nota bene – nie widać). Bohaterowie żyją w świecie pozbawionym wiedzy o fizjologicznych konsekwencjach seksu, jak choćby ciąża czy choroby weneryczne. Ekranizacja książki Blanki Lipińskiej udaje ostrą, ale w istocie jest konserwatywna. Tak jak podobne jej produkcje pokracznie radzi sobie z cielesnością.

Kadr z filmu 365  (Fot. Materiały prasowe)

Ale w „365 dniach” seks chociaż się pojawia. W „Swingersach”, którzy kuszą widzów plakatem z kolekcją seksownie pod białą kołdrą wygiętych aktorów, nie ma go wcale. Jest za to bogata kolekcja żartów, które do swojego repertuaru mógłby włączyć wuj z wąsem. Po co silić się na finezję, po co bywać subtelnym, po co zaskakiwać? Skoro można wpaść w koleiny, wytyczone przez takie klasyki polskiej seksi-komercji jak „Och, Karol 2”. Kabaretowa przesada w ekspresji aktorskiej, solidna porcja dowcipów o anusach i kupie, szczypta wulgaryzmów i posypka ze starej dobrej homofobii. A mogło być tak pięknie.

A może nie mogło. „Swingersi” zostali przecież wymyśleni jako maszynka do zarabiania pieniędzy. Reżyser filmu, Łotysz Andrejs Ekis, kilka lat temu nakręcił oparty na bliźniaczym scenariuszu film w swojej ojczyźnie. Para w impasie umawia się z drugą – bardzo od nich odmienną – na pierwszy w życiu eksperyment. Grupowy szał ciał ma pomóc przezwyciężyć kryzys, ale oczywiście wszystko szybko wymyka się spod kontroli. Odkrywszy, że patent działa, Ekis akcję powtórzył po sąsiedzku, m.in. w Estonii i na Ukrainie.

(Fot. Materiały prasowe Mówi Serwis Dystrybucja)

Wkurza nie tylko wszechobecna żenada, lecz także nagromadzenie klisz. Jedna z bohaterek (Ilona Ostrowska) to niespełniona erotycznie i uczuciowo pani domu. Ciekawy punkt wyjścia, ale twórcom z jednej z najatrakcyjniejszych aktorek udało się zrobić stereotypowego kocmołucha z piskliwym głosem i w kapciach. Jej całkiem racjonalne zarzuty wobec męża natychmiast tracą rację bytu, bo „kto by tę aseksualną istotę tknął kijem”. Z kolei przesilenie w homoseksualnym związku szybko wpada w sidła groteski. Oczywiście miękkie nadgarstki i emfaza to punkt obowiązkowy, a źródłem komizmu ma być to, że facet napakowany jak szafa (czytaj: męski!) ma problemy z erekcją. Rzeczywiście: ale beka! Swoją drogą, to typowo polskie, że z filmu niby o seksie wychodzi opowieść o tym, że „jak się babie wydaje, że ma kryzys w łóżku, trzeba dać jej pierścionek z brylantem, to się zamknie”. I że w filmie rzekomo o seksie nikt nie potrafi mówić o nim w sposób choćby śladowo seksowny. Bo jeśli takim ma być nazywanie waginy „kudłatym kotkiem”, to ja dziękuję.

Plan filmu Futro z Misia  (Fot. Materiały prasowe)

Mimo nowoczesnych gadżetów, takich jak luksusowe auta czy helikoptery, podobnie jak w niedawnym „Futrze z misia” widzowie dostają tu bonusową podróż w czasie do przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Z każdego kadru wyziera ta sama nieznośna przaśność. Najlepiej skomentował to siedzący za mną w kinie pan, który przeżywał seans, krztusząc się ze śmiechu popcornem i klepiąc po kolanach: „Ja pi*****lę, ale beka”. Kwaśna porażka „Swingersów” dziwi tylko o tyle, że funkcję „producent kreatywnej” filmu podobno pełniła Maria Sadowska. Ta sama, która kilka lat temu dała Polakom pełną odważnych, dojrzałych i pomysłowych scen seksu w „Sztuce kochania”, opowiadającej o losach Michaliny Wisłockiej. Tylko kryzys finansowy może uzasadniać udział reżyserki w tej farsie.

Kadr z filmu Magnat  (Fot. East News)

To nie tak, że dobrego seksu w polskim kinie nie ma. Można wracać pamięcią do „Ziemi obiecanej”, w której niepodrabialne erotyczne napięcie łączy postaci grane przez Daniela Olbrychskiego i Kalinę Jędrusik. Można wspominać „Bez końca” Kieślowskiego czy w myślach powtarzać szeptem słynną deklarację: „Cała jestem w maku!” wygłaszaną przez bohaterkę Grażyny Szapołowskiej w filmie „Magnat”. Zresztą Szapołowska, także dzięki „Innemu spojrzeniu” czy „Medium”, przez dłuższy czas zasłużenie dzierżyła berło pierwszeństwa w wyobrażonej klasyfikacji polskich seksbomb. Na szczęście wśród współczesnych tytułów też znaleźć można chlubne wyjątki, w których erotyczne zespolenie (niekoniecznie dwóch) ciał jest nie tylko elektryzujące, lecz także psychologicznie wiarygodne. Radzi sobie z tym Jacek Borcuch (wystarczy wspomnieć „Nieulotne” czy „Wszystko, co kocham”), Olga Hajdas w sensualnej „Ninie” czy Tomasz Wasilewski w „Płynących wieżowcach”. Gdyby zapomnieć o kaleczących uszy dialogach i ogólnej wartości filmu, całkiem udanie udało się uchwycić zmysłowe uniesienia w „Huśtawce” Tomasza Lewkowicza czy „Palimpseście” Konrada Niewolskiego. Ja najchętniej wracam do „Fugi” Agnieszki Smoczyńskiej. Zbliżenie pary małżonków, granych przez Gabrielę Muskałę i Łukasza Simlata, to być może jedna z najodważniejszych i najbardziej poruszających scen seksu we współczesnym polskim kinie. Tak prawdziwa, że aż dusząca. Ale jej celem nie jest bynajmniej podniecanie widza.

Niemal dekadę temu, po premierze wiekopomnego dzieła „Och, Karol 2”, Krzysztof Varga na łamach „Gazety Wyborczej” pisał, że wielką sztuką jest nakręcenie filmu, w którym występuje cała masa atrakcyjnych ludzi i niewykrzesanie z tego „najmniejszej iskry erotycznego napięcia”. W 2020 r. ta obserwacja pozostaje w mocy. Powody chyba wciąż podobne. Niektórzy twórcy – z różnych powodów – mają widzów za idiotów. Takich, którzy nie tylko zaakceptują film bez scenariusza, z umownymi motywacjami bohaterów pozbawionych spójnego scenariusza. Ale też takie, które z finezją reklamy zaprawy murarskiej nęcą z plakatu piersiami, a w ciemności sali kinowej spiekają raka i o seksie mówią wyłącznie zagadkami godnymi ucznia podstawówki, który ledwie otworzył książkę do wychowania do życia w rodzinie. Chciałabym, żeby było inaczej, ale póki co, gdy w polskim kinie popularnym pojawia się seks, zamiast dochodzić, wychodzę.

Anna Tatarska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę