Znaleziono 0 artykułów
21.06.2019

„Too Old to Die Young”: Przemoc leży w ludzkiej naturze

Miles Teller i Nicolas Winding Refn podczas 72. Festiwalu Filmowego w Cannes (Fot. Rex Features/East News)

Martin Jones (Miles Teller) za dnia jest detektywem, a nocą płatnym zabójcą. O jego podwójnym życiu w swoim serialu dla platformy Amazon Prime opowiedział Nicolas Winding Refn, twórca kultowego „Drive”. – Sztuka nie może być poddawana żadnym ograniczeniom – mówi reżyser twardo, odnosząc się do przemocy, która nasyca jego obrazy, ale także języka wizualnego, narzędzi i sposobu realizacji kolejnych autorskich projektów.

Jeden z odcinków serialu trwa 31 minut, inny – 90, a kolejny – 54. Dlaczego tak nierówno je pociąłeś?

Nie uznaję ograniczeń ze względu na długość odcinka. Nie chcę, żeby każdy trwał tyle samo. Dzieło audiowizualne to nie ciasto, w którym ilości składników muszą zgadzać się z przepisem, żeby się udało. Mój odcinek jest gotowy wtedy, gdy uznam, że jest w nim wszystko, co chciałem w nim zawrzeć. I nie obchodzi mnie, czy trwa pół godziny czy półtorej.

Kadr z serialu „Too Old to Die Young” (Fot. Materiały prasowe)

Nie podporządkowujesz się długościom odcinków ani otwieraniu i zamykaniu historii. Twoja opowieść właściwie nie ma początku i końca.

Bo streaming jest jak cały internet – nie ma końca. Trzeba się z niego po prostu wylogować. Chcę, żeby z moim serialem było tak samo. Zależy mi, żeby nie był podporządkowany myśleniu o początku i końcu. Wchodzisz w niego, żeby pobuszować. A gdy się zmęczysz, to wychodzisz. Dla mnie jako twórcy jedynym końcem był koniec budżetu, a nie opowieści.

Widzisz w ogóle różnice między sposobem kręcenia dla kina i platform streamingowych?

Dyskusja o języku seriali i kina czy o sposobie narracji w streamingu i filmie jest według mnie sztuczna. Nie widzę między nimi różnic. No może z wyjątkiem tego, że w przypadku kina znawcy cały czas mówią o tym, jak powinien wyglądać film. Nie zliczę ludzi, którzy – czy to na studiach, czy po pokazach moich filmów – mówili mi, co zrobiłem nie tak, gdzie się potknąłem, co spartaczyłem. Mądrzyli się na temat tego, jaki kształt ma mieć moje dzieło. A skąd, do diabła, oni mają to wiedzieć? Czy mają dostęp do mojej głowy? Kto dał im prawo do decydowania o tym, jakim językiem powinno się posługiwać kino? Dlaczego mamy przestrzegać kanonów, które ktoś sobie kiedyś wymyślił? Widzę absurd tych pytań, więc się buntuję.

Czyli kino i platformy streamingowe mogą współistnieć?

Kino i platformy streamingowe sobie nawzajem nie zagrażają. Netflix, HBO GO ani Amazon Prime nie zniszczą kina. Jeśli ktoś cierpi na ich rozwoju, to wyłącznie telewizja, która drastycznie traci widzów. Kto dziś ogląda seriale w tradycyjnej ramówce? Na pewno nie ja czy moja żona ani moje dzieci. Streaming jest dla mnie telewizją w nowym stopniu ewolucji, kiedy zmieszała się z kinem. Trzeba się cieszyć, że skończył się dyktat telewizyjnej ramówki. Teraz, kiedy chcę coś obejrzeć na ekranie telewizora, to ja decyduję, o której godzinie zacznę, kiedy wcisnę pauzę i kiedy skończę, a nie nadawca, który w nosie ma mój grafik dnia i moje przyzwyczajenia.

Wciąż jednak wielu filmowców nie chce, żeby ich kinowe dokonania były oglądane na małym ekranie.

A skąd oni mają wiedzieć, na jakim ekranie widzowi ogląda się ich produkcje bardziej komfortowo? Może ktoś nie potrafi się skupić, gdy dookoła ludzie wiercą się, szepcą i szeleszczą? Ja tak w każdym razie mam. Przestańmy się mądrzyć, że sztuki audiowizualne są skodyfikowane. Niech każdy twórca robi swoje, a widz ogląda, co chce i jak chce.

Ty nie miałeś żadnych wątpliwości, czy zająć się serialem?

Miałem pomysł na naprawdę długą historię. Teraz, gdy streaming jest tak popularny, nie znalazłem powodów, żeby się przed nim wzbraniać. Sam jestem pośrodku – oglądam filmy i seriale na platformach, ale chodzę też do kina. Sądzę jednak, że jeśli chce się opowiedzieć historię, której akcja osadzona jest w przyszłości, to nie można tego robić inaczej niż za pomocą streamingu. Forma musi być bowiem nowoczesna. W kinie wybieganie myślą w przyszłość jest karykaturalne. W tym przypadku zgadzam się, że rodzaj ekranu ma znaczenie.

Kadr z serialu „Too Old to Die Young” (Fot. Materiały prasowe)

W „Too Old to Die Young” pojawiają się motywy, które znamy z twoich filmów: gadżety, unikalne ruchy kamerą, nerwowy montaż…

Zawsze staram się wynajdować nowe rozwiązania, ale są takie techniki operowania kamerą, które bardzo lubię. Nie potrafię z nich zrezygnować tylko dlatego, że już raz ich użyłem. Jeśli do nich wracam, to po to, żeby zastosować je w nowy sposób, a nie bałwochwalczo siebie samego czcić.

Czyli nie używasz swojego stylu świadomie?

Nie obrastam w piórka, kiedy wyjdzie mi coś, przez co widz pozna, że za kamerą stał Nic Refn. Ale tutaj miałem do nakręcenia 13-godzinny materiał, który powstawał przez dziesięć miesięcy. W takim czasie nie jest się w stanie uniknąć inspiracji z poprzednich filmów. To, co na mnie wpływa, oddziałuje w różnym stopniu na kolejnych etapach mojego życia i twórczości. Sceny akcji i gagi zawsze kręcą się według jakiegoś konceptu, który jest charakterystyczny dla danego reżysera. Ja też mam swój styl, który można rozpoznać w kolejnych moich dokonaniach, ale to nie od niego wychodzę. Powiedziałbym, że jest to nie tyle nawiązywanie do poprzednich filmów, co naturalna ewolucja.

To, co się nie zmieniło, to twoje zamiłowanie do przemocy. Serial jest pełen jej dosłownych obrazów.

Widziałem znacznie gorsze rzeczy wczoraj w wiadomościach. Dla mnie znacznie trudniejsze do oglądania niż to, co nakręciłem, jest okrucieństwo wobec zwierząt.

Ale ciągnie cię do przemocy.

Wcale nie. Ja po prostu od niej nie uciekam jak inni twórcy. Bo to samooszukiwanie się. Gdy człowiek zderza się z przemocą na ekranie, czuje się niekomfortowo, bo przyznaje sam przed sobą, że się oszukiwał, próbując jej unikać.

Kadr z serialu „Too Old to Die Young” (Fot. Materiały prasowe)

A nie da się przed nią uciec?

Uciekając, doprowadzamy do sytuacji, w której własne dzieci ganimy za to, że okazują złość, gniew, niechęć czy apatię. A przecież to część ludzkiej natury! Dlaczego miałaby być potępiana? Ja w swojej sztuce nie uznaję takich ograniczeń. Nie ma mowy, że nie pokażę czegoś tylko dlatego, że społeczeństwo jest na to wrażliwe. Dla mnie liczy się prawda o moich bohaterach. Sztuka nie może być poddawana żadnym ograniczeniom.

Szanujesz swoich bohaterów mimo tego, co robią?

Zawsze szanuję swoich bohaterów, bo szanuję ludzkie zachowania i instynkty. Natura człowieka jest skomplikowana. Nie mogę sobie pozwolić na potępianie ludzi tylko dlatego, że są ludźmi. Zawsze powtarzam młodym filmowcom, że skoro kradną czas widza i bohatera, to muszą jednym i drugim odwdzięczyć się chociaż szacunkiem.

Zawsze zaskakuje mnie to, jak w swojej twórczości łączysz widowiskową przemoc i chwytające za serce kawałki muzyczne. W „Too Old To Die Young” jest tak samo. Gdy w scenie na pustyni pojawiła się piosenka Barry’ego Manilowa „Mandy”, miałem ciarki.

Ten kawałek fenomenalnie pasował do klimatu opowieści. Jestem melomanem, kocham muzykę, na planie cały czas słucham piosenek. Dość zabawne było to, że Miles Teller, odtwórca głównej roli, który wcześniej wcielił się w licealistę uczącego się grać na perkusji w „Whiplash”, przeżył na planie tamtego filmu muzyczne katusze. Bez końca musiał walić w perkusję. Cieszył się, że uwolnił się od ciężaru muzyki, a tu niespodzianka, bo Nic Refn ma tego samego bzika! (śmiech)

Mało tego, zmusiłeś Milesa, żeby na żywo w mediach społecznościowych transmitował, jak gra i co dzieje się na planie.

Dla niego to było naprawdę duże wyzwanie, bo nie miał nawet konta na Instagramie. Trochę czasu zajęło mu zaakceptowanie, że jest na wizji non stop. Zrobiłem to, bo zależało mi, żeby odrzeć z iluzji plan filmowy. W wywiadach często opowiadamy o magii na planie. Podkreślamy wyjątkowość naszej pracy, która w gruncie rzeczy jest przeciętna i zwykła, a bywa nawet nudna. Jednak jej niewątpliwie mocną stroną jest kreatywność. Zdecydowałem się na te transmisję, bo chciałem pokazać ludziom, jakie koszty trzeba ponieść, żeby osiągnąć wysoki poziom artystyczny. Będę pewnie wracał do podobnych eksperymentów.

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę