Znaleziono 0 artykułów
08.07.2018

Wieczny głos Whitney

Whitney, Fot. Materiały prasowe 

„Whitney” jest o pięknie zrodzonym z cierpienia. I o tym, jak to piękno zostało pożarte przez mrok.

W lutym od śmierci Whitney Houston minęło sześć lat. Co po niej zostało? Triumfalny rząd cyferek. Siedem albumów studyjnych, dwa z soundtrackami, cztery udane role filmowe. Płyty artystki rozeszły się w ponad dwustu milionach egzemplarzy. Za czterysta branżowych nagród Księga Rekordów Guinnessa uhonorowała ją tytułem najczęściej nagradzanej wokalistki w historii. W życiu osobistym osiągała gorsze wyniki. Jedno nieudane małżeństwo. Jedna córka, która odeszła trzy lata później dokładnie tak jak jej matka. Niezliczone nieudane odwyki. Tylko 48 przeżytych lat. 

Nie miała szczęścia do mężczyzn. Jej ojciec John owładnięty żądzą władzy postanowił z sukcesu córki uczynić swoje główne źródło utrzymania. I pożywkę dla własnego ego. Bracia mieli jeździć z nią w trasy po to, by chronić ją przed całym złem tego świata. Zamiast ratować Whitney, zostali jej kompanami w narkotykowych eksperymentach. Podobała im się też łatka celebrytów, która szybko do nich przylgnęła, a  zapewniała korzyści: pieniądze, przywileje, znajomości. Na męża Houston wybrała sobie bad boya, który w odwecie za własne zawodowe rozczarowania postanowił pozbawić żonę pewności siebie. W przeciwieństwie do świata muzyki na polu zdrad, świństw i szykan Bobby Brown odniósł spektakularny sukces. 

Whitney i Bobby, Fot. Materiały prasowe
Reklama

Z kobietami Houston też miała trudne relacje. Kochająca, ale surowa matka postanowiła uczynić z córki supergwiazdę. Cissy sama była cenioną artystką, ale nigdy nie osiągnęła komercyjnej sławy. Tresowała więc Whitney od najmłodszych lat. Trudno powiedzieć, na ile tę bezwzględność można tłumaczyć wiarą w niezwykły talent córki, a na ile własnymi frustracją i niespełnieniem. Można się też zastanawiać, czy taki model rodzicielstwa nie był dla Whitney punktem odniesienia, gdy wiele lat później sama została matką. Poniekąd z inicjatywy Cissy z życia córki musiała zniknąć najlepsza przyjaciółka, Robyn Crawford, o którą zazdrosny był także Bobby Brown. Znały się od szesnastego roku życia. Ale Robyn była lesbiką, a wokalistka i tak miała pod górkę w białym świecie muzyki popularnej. Z drugiej strony, na rozdaniu nagród Soul Train w 1989 roku wygwizdano ją za rzekome „sprzedanie się” kojarzonej z białymi muzyce pop. Za biała dla czarnych, zbyt czarna dla białych musiała na każdym kroku o siebie walczyć.

Michael, Robyn, Whitney, Gary, Bae, Fot. Materiały prasowe 

W tamtych czasach jej rodzice uważali, że posądzenie o związek z kobietą mogłoby zagrozić karierze Whitney. Aż do śmierci Houston nie miała z Robyn kontaktu, a ta konsekwentnie odmawiała udzielania wypowiedzi na temat artystki, przerywając milczenie tylko raz we wzruszającym epitafium opublikowanym na łamach magazynu „Esquire”. Zarówno w filmie Macdonalda, jak i we wcześniejszym dokumencie „Can I Be Me” Nicka Broomfielda pojawiają się sugestie, że Robyn była miłością życia Houston. Jej odejście w 2000 roku było dla gwiazdy tragedią, która zaowocowała pasmem odwołanych występów i kilkoma narkotykowymi skandalami. W wydanych w 2017 roku wspomnieniach „Every Little Step” Bobby Brown pisze: „Jestem głęboko przekonany, że gdyby Whitney miała kontakt z Robyn, wciąż by żyła”. Kiedy Crawford zniknęła z życia Nippy, jak czule nazywali ją bliscy, artystka straciła ostatniego, a być może jedynego prawdziwego przyjaciela.

Whitney śpiewa z Cissy, Fot. Materiały prasowe

Nie miała też szczęścia do doradców. Asystenci i przedstawiciele wytwórni przymykali oko na jej uzależnienie. Bo produkt „Whitney Houston”, który sprzedawał się za miliony dolarów, był warty więcej niż „Nippy”. Gdy na ekranie u Macdonalda pojawia się w pewnym momencie L.A. Reid z wytwórni Arista Records, ze zdziwionym spojrzeniem stwierdzając, że nie wiedział o problemach Houston, widz może jedynie parsknąć śmiechem. Gdy w lutym 2012 roku znaleziono ją martwą w wannie hotelu Beverly Hilton, miała być już wyleczona. Wbrew nadziejom przyjaciół i fanów toksykologia wykazała obecność kokainy we krwi.

Whitney  z przyjaciółmi, Fot. Materiały prasowe

Kevin Macdonald („Ostatni król Szkocji”, „Czekając na Joe”) nakręcił kilka lat temu udany dokument o Bobie Marleyu. Niewątpliwie reżyser uzyskał o wiele szerszy dostęp do materiałów archiwalnych niż utytułowany dokumentalista Nick Broomfield („Kurt+Courtney”, „Uśpiony morderca”), który o diwie postanowił opowiedzieć zaledwie rok wcześniej. Mnogość nagrań i głosów niekoniecznie przekłada się tu jednak na finezję struktury narracyjnej. 

Whitney i Bobby, Fot. Materiały prasowe

„Whitney” to klasyczny dokument. Trzyma się chronologii, stawia na siłę bohaterki i emocjonalne oddziaływanie nieznanych faktów z jej życia. Uwadze reżysera nie umykają też konteksty społeczny i polityczny. Dowiadujemy się m.in. o strukturze klasowej New Jersey, czy rasowych uprzedzeniach branży muzycznej. W najmocniejszym momencie filmu na jaw wychodzi molestowanie seksualne, którego ofiarą Houston padła w dzieciństwie. Ku mojemu zdziwieniu, reżyser tego wątku nie kontynuuje. Obawiam się, że jego film może otrzymać nominację do Oscara, a byłyby to laury niezasłużone, bo jest to dzieło porządne, ale daleko mu do wybitności. Co nie zmienia faktu, że to momentami zabawny, czasami gorzki, a przede wszystkich cholernie poruszający obraz. Macdonald płynie z prądem archiwalnych nagrań, ale układa je z imponującym wyczuciem dramaturgii. Buduje napięcie, wywołuje emocje, prowokuje do przemyśleń. 

Niektórzy twierdzą, że Houston była zbyt utalentowana, by z sukcesem przejść popularny w Stanach Zjednoczonych program odwykowy 12 kroków. Oparty na pracy w grupie nie działał na taką indywidualność skutecznie. Trudno zliczyć, ile razy paparazzi ustrzelili zdjęcia jej wychudzonego nałogiem ciała, brudnej umywalki wypełnionej papierkami po cracku, śladów siniaków z wypieranych ze świadomości domowych bójek. I ile razy musiała się kajać w wywiadzie czy telewizyjnym show. Mimo wszystkich wyzwań, którym nie sprostała, pozostaje legendą. Każdy, kto choć raz usłyszy jej głos, zapamięta go już na zawsze.

Może dlatego tak przejmująca jest scena, w której zniszczona dragami artystka wykonuje na koncercie swój największy przebój „I Will Always Love You”. Śpiewa fatalnie. Odarcie z głosu jest jak zły omen. Oczywisty znak bliskiego końca, który nadszedł niewiele później. Macdonald przypomina prawdę, że Whitney była głosem. Teraz, kiedy jej już nie ma, on wciąż pozostaje tak samo żywy.

 

 

 

Anna Tatarska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę