Znaleziono 0 artykułów
24.05.2018

Z kolekcji Mody Polskiej. Krzesło przy placu Clichy

Kobieta i mężczyzna na paryskiej ulicy / Fot. WATFORD/Mirrorpix, Getty Images

W Paryżu najważniejszy był Paryż – powtarza Jerzy Antkowiak. Dziś z archiwum Mody Polskiej wydobywamy szpargały z podróży.

Brzmi jak ze złego snu.

Zapoznanie się z kolekcjami prêt-à-porter w zakresie odzieży i dziewiarstwa”;

„Uzyskanie i przywiezienie materiałów informacyjnych jak: biuletyny, rysunki, zdjęcia prasowe do wykorzystania przy projektowaniu kolekcji w naszym przedsiębiorstwie”;

„Spenetrowanie zaopatrzenia sieci handlowej w artykuły kompleksowego ubioru i etalażu w tej dziedzinie”;

„Zakupy patronów winny być dokonane z modeli prezentowanych w kolekcjach Haute Couture”;

„Zakupy wzorów i dodatków uzupełniających wg załączonej listy winny być dokonane w Paryżu w dostępnych i najtańszych źródłach”;

„Należy sporządzić szczegółową specyfikację (ilościowo-wartościową) dokonywanych zakupów umożliwiającą sprawne i dokładne przyjęcie zakupów przez komisję”;

„Bagaż służbowy należy rozpakować w Ośrodku Wzornictwa komisyjnie przy udziale przewożącego bagaż, pracownika magazynu Ośrodka oraz przedstawiciela Działu Handlowego Przedsiębiorstwa”.

Instrukcja dla pracowników Mody Polskiej podczas wyjazdu do Paryża / Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi
Instrukcja dla pracowników Mody Polskiej podczas wyjazdu do Paryża / Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

To tylko fragmenty z instrukcji, którą projektanci Mody Polskiej dostawali z Centrali Handlu Wewnętrznego przed każdym wyjazdem do Paryża. Poza tym były jeszcze sprawozdania, plany i podsumowania wydatków („Le Figaro” – 2 franki, „Vogue Hommes” – 20 franków, jedna płyta – 39, taxi – 12, telefony na mieście – 20), rozliczenia dewiz, uzasadnianie, po Modzie Polskiej żurnale i tak dalej.

– Zawsze jak odbierałem paszport przed wyjazdem, urzędniczki ze ściętą twarzą mówiły „I życzymy panu dobrej zabawy” – wspomina Jerzy Antkowiak. – Ja na to: „Przecież do roboty jadę”, a one: „My już wiemy jaka to tam praca jest”.

Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Bogiem a prawdą, nie myliły się.

No bo owszem, pokazy. Ale dla kogoś, kto – jak Antkowiak – pokaz mody traktuje jak misterium, to nie jest udręka. Moda Polska należała do Chambre Syndicale de la Haute Couture, więc zaproszeń na pokazy przychodziło mnóstwo. Pierre Cardin, Balmain, Nina Ricci i przede wszystkim Yves Saint Laurent. – Nie miałem miejsc w pierwszym rzędzie, więc kombinowałem, gdzie jest jakiś gzymsik, żeby patrzeć z góry. Starałem się zawsze łypnąć za kulisy. Kilka razy podpatrzyłem, jak YSL i Pierre Berge przygotowują modelki do wyjść. W białych kitlach, zawsze z grzebieniami, poprawiali do ostatniej chwili. Wyglądali jak fryzjerzy – śmieje się Antkowiak.

Któregoś roku był protest konstruktorów i na wybiegach pojawiły się modelki w nie całkiem skończonych ubraniach – w płaszczach wisiały klejonki, jakieś farfocle, wystawały nadcięte podszewki. – Szalenie mi się to spodobało. Kiedy potem robiliśmy kolekcję, powiedziałem moim krawcowym: „Nie przejmujcie się, jak czegoś nie zdążycie skończyć. To też jest kawałek wiedzy o luzie paryskiej mody”. I udało mi się wypuścić na wybieg Małgosię Fabiani w sukni balowej z niedokończoną górą. Powiązałem jakieś szale, one się potem porozwiązywały. Byłem zachwycony – wspomina.

Instrukcja dla pracowników Mody Polskiej podczas wyjazdu do Paryża / Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi
Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

Zazwyczaj inspiracje były porządniejsze. Kupowano patrony, czyli wykroje od wielkich firm i to jednak nie były „suknie fru fru z trenami”, tylko to, co zdarzyło się nowe w konstrukcjach – płaszcze trapezy, głębokie pachy, coś, co dawało się przełożyć na polską ulicę, a nie paryski wybieg. Bo w końcu po to tam jeździli. Tyle, że jak podsumowuje Antkowiak – w Paryżu najważniejszy był Paryż, możliwość zobaczenia nie tylko tego, co i tak było potem w żurnalach, a tego, jak ubiera się młodzież, jak wyglądają starsze panie, no i wreszcie – jak wygląda miasto. Zachwycało go wszystko. Od autobusu, którym z lotniska dojeżdżał do centrum i metra (można było popatrzeć na ludzi) przez zaproszenia na pokazy (nawet koperty pachniały, były jak uwertura tego, co ma się wydarzyć) do kelnera, który serwował obiado-kolacje w hotelu Opera Lafayette, gdzie ekipa Mody Polskiej zatrzymywała się w latach 60. i 70.

Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

A najciekawsze i tak działo po tych obiado-kolacjach. Czyli łażenie. Trochę służbowo, bo trzeba było w Printemps albo Galerii Lafayette wyszukać tanie dodatki – chustki, buty, kapelusze. Ale głównie ku inspiracji. Wokół Opery, by obejrzeć każdą rzeźbę i po dzielnicy Łacińskiej, by odwiedzić każdy bar. Poleżeć na trawie w Ogrodzie Toulleris i zebrać siły przed nocą. – Nie mogłem spać w Paryżu. Nawet, gdy wracałem z pokazów o 22., to coś sobie gryznąłem i szedłem w miasto – opowiada. – Najchętniej z Magdą Ignar. Znałem wszystkie uliczki wokół placu Clichy, a na placu Clichy miałem swoje krzesło.

Tu wino, tam trochę sera, znowu raczej wino. Magda Ignar była szykowna, biegle mówiła po francusku i, jak twierdzi Antkowiak, w nocnych eskapadach była nie do zdarcia.

Wracali nad ranem i potem niestraszny był żaden radca handlowy, u którego trzeba było się meldować i rozliczenia dewiz z centralą handlu zagranicznego „Torimex”. Ani nawet późniejsze sprawozdania.

Zbiory Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi

– Pilnowano, byśmy nazajutrz po powrocie oddali paszporty jakby od nieoddania miał zawalić się ustrój – mówi Antkowiak. Ustrój i tak się zawalił (o tym, co to oznaczało dla Mody Polskiej – w następnym odcinku naszego cyklu), a projektant nie kryje pewnego sentymentu: – W jakim innym mógłbym chodzić po mieście, zamieniać ciężką twórczą pracę w zabawę i jeszcze głosić, że moda jest zabawą?!

*

5 października w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi rozpocznie się wystawa poświęcona twórczości Jerzego Antkowiaka i Modzie Polskiej, której kuratorem jest Tomasz Ossoliński. Projektant pracuje też na filmem o Antkowiaku. „Vogue” objął nad przedsięwzięciami patronat.  

Aleksandra Boćkowska - dziennikarka, autorka książek "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. Współpracuje m.in. z „Gazetą Wyborczą” i „Wysokimi Obcasami Extra”. Wcześniej redaktorka w magazynach „Elle” i „Viva! Moda”. 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę