Znaleziono 0 artykułów
06.09.2018

Z kolekcji Mody Polskiej. Noce i dnie

Od lewej: Alekandra Kmiecik, Szymon Bobrowicz, Karolina Ciejka, Dorota Zalewska, Aleksandra Boćkowska, Anna Poniewierska, Tomasz Ossoliński, Ewa Rzechorzek, Emilia Zalewska, Marta Galik (siedzi) (Fot. Luka Łukasiak)

Wystawa „Jerzy Antkowiak. Moda Polska” rusza już za miesiąc. Zaglądamy dziś za kulisy ostatnich przygotowań i poznajemy osoby, które kurator Tomasz Ossoliński zaprosił do współpracy. 

Na początku byli tylko we troje: Jerzy Antkowiak – mistrz, Tomasz Ossoliński – pomysłodawca i Marta Galik – wysłanniczka Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Był listopad ubiegłego roku i na pewno wiadomo było tyle, że Antkowiak przekaże do Muzeum kolekcję ubrań Mody Polskiej, którą przechowywał dotychczas w piwnicy, a także papierowe skarby, które zajmowały każdy zakamarek domu.

(Fot. Luka Łukasiak)

Marta Galik, która odpowiada w łódzkim muzeum za kolekcję odzieży, przyjechała do Komorowa zrobić dokumentację i spisać protokoły. Pomysł wystawy krystalizował się w rozmowach Ossolińskiego i dyrektorki Muzeum, Anety Dalbiak. 

Zatem listopad, Komorów, tysiąc ubrań, 360 rysunków, niezliczona ilość zdjęć, dokumentów, opakowań, rachunków, listów, gazet. I ich troje. A, i jeszcze operator z kamerą, bo wraz z pomysłem na wystawę krystalizował się pomysł na film dokumentalny o Jerzym Antkowiaku. 

W Komorowie zobaczyłam najpierw kilkadziesiąt ubrań rozwieszonych w salonie. Były ułożone kolekcjami, nie wyglądały groźnie – wspomina Marta Galik. – Powiedziałam więc do Tomka: „Od tygodni słyszę, że jest tego bardzo dużo. Jak bardzo?”. On wziął mnie za rękę: „Chodź, to ci pokażę”. I zeszliśmy do piwnicy. Tam było pozostałe kilkaset.

Dokumentacja trwała trzy dni. Sztuka po sztuce nadawano numery i opisywano: „płaszcz z tkaniny wełnianej w kolorze czerwonym z wyłogami z czarnego aksamitu”.  

 – Miałam wrażenie, że te rzeczy się mnożą, że ich przybywa – opowiada Marta. – Pan Jerzy ciągle przychodził i oznajmiał: „Jeszcze to znalazłem”. Mówiłam półżartem do Tomka: „Trzymaj pana Jurka”. 

Gdy wydawało się, że wszystko jest spisane, spakowane i gotowe do drogi, Tomasz wskazał jeszcze jedną szafę. – Patrz, tu wszystko jest z Mody Polskiej. Spisuj i pakuj – zarządził. Nazajutrz Jerzy Antkowiak w panice szukał swoich ubrań. Okazało się, że jednak nie wszystko na sprzedaż. Musieli wypakować. 

Dostawczy samochód wyładowany po brzegi obracał dwa razy, by przewieźć to wszystko do Łodzi. 

W styczniu zapadła decyzja, że wystawa zacznie się w październiku. Tomasz Ossoliński i Marta Galik zostali kuratorami. I ruszyły prace.

Wolność Tomku (w domku) 

Przy Centralnym Muzeum Włókiennictwa znajduje się Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej, czyli osiem budynków z przełomu XIX i XX wieku. W jednym z nich znalazło schronienie archiwum Jerzego Antkowiaka. 

W pomieszczeniach na lewo od wejścia – zdjęcia, gazety i dokumenty ułożone chronologicznie: od 1958 do 1998 roku. Na prawo ubrania. Pracownicy Muzeum prędko nazwali dom, zazwyczaj służący jako pracownia rękodzielnicza, „domkiem Antkowiaka”. Choć zamieszkał tam Tomasz Ossoliński.

No, niemalże zamieszkał. Przyjeżdżał bez przerwy, spędzał długie godziny – pięć miesięcy trwało samo segregowanie papierów – i zapraszał gości. Nie bezinteresownie oczywiście, tylko by zachęcić ich do współpracy. 

Pierwsza była Anna Poniewierska. Doświadczona stylistka przez lata pracowała przy sesjach dla czasopism, przy spektaklach teatralnych i dla marek odzieżowych, również jako projektantka. Na wystawę wystylizuje manekiny. Pamięta wrażenie, jakie wywarł na niej zbiór zgromadzony w Łodzi. – Pieczołowitość, z jaką Jerzy Antkowiak przechowywał pozornie nieistotne rzeczy: paragony, notatki, nieostre zdjęcia, jest zupełnie niesamowita – mówi. – Po latach te rzeczy nabrały znaczenia, a dla nas są tropem w śledztwie. Niekoniecznie znajdą się w ekspozycji, ale pomogą nam ułożyć historię. 

(Fot. Luka Łukasiak)

Bo, żeby z tysiąca ubrań wybrać sześćdziesiąt, trzeba znać tło historyczne, warunki, w jakich działała Moda Polska. 

W domku zjawiła się też Karolina Ciejka, specjalistka od konstruowania wystaw. Po całym dniu przeglądania zbiorów, wieczorem poszli z Ossolińskim coś zjeść. Off Piotrkowska, mnóstwo ludzi, gra muzyka, a oni wciąż o tym, jak przeszłość przenieść w przyszłość. Co zrobiłabyś z tym płaszczem, te katalogi, jak myślisz, opakowania trzeba koniecznie, a może jednak nie, zdjęcia, jak je wybrać. I tak z dwie godziny, aż z prosecco wyparowały bąbelki. Nagle któreś z nich, dziś nikt nie pamięta, on czy ona, rzuciło: – Słuchaj, ale otworzyć trzeba tym zdjęciem!. Którym przekonacie się państwo za miesiąc. Bo kiedy obudzili się nazajutrz, pomysł ciągle działał.     

Ubranie zamienia się w obiekt 

Tutaj będą szkice

Nie, nie. To będzie źle, bo są już zdjęcia. 

Meble, trzeba gdzieś je wykorzystać. 

Pamiętajmy, że mamy głos Jadwigi Grabowskiej, fajnie byłoby go odtworzyć. 

Ten film, gdzie oni są razem – ktoś pamięta, co to było? 

– A ta jedwabna suknia? Powinna być w archiwum Jerzego, a nie ma. 

– No, ale co ze szkicami? 

– Dostałem nowe! Chyba z sześćset!

Tak to mniej więcej wygląda, odkąd ekipa pracuje w komplecie. Spotkania, dyskusje, maile i sms-y o każdej porze, bo nagle ktoś ma nowy pomysł i potem działania indywidualne, każdy w swojej dziedzinie. 

Tomasz Ossoliński nie podjął się policzenia, ile w ciągu dnia dostaje od nas wiadomości. Woli w tym czasie na którąś odpisać. 

Karolina Ciejka uczy nas wystawienniczego języka. Jak gdyby nigdy nic mówimy o ubraniach „obiekty”. Bo pewne rzeczy, jak tłumaczy, są uniwersalne: – Niezależnie od tego, czy robisz wystawę o Picassie, czy o Modzie Polskiej, musisz opowiedzieć ciekawą historię, która zaangażuje widzów emocjonalnie.

W gestii Karoliny jest właśnie opowieść. Ona zawiaduje SketchUp’em, czyli programem do projektowania w 3D, gdzie wyrysowała wszystkie elementy wystawy i, w którym pod wpływem narad i konsultacji, ciągle coś przesuwa. 

Świetna jest dynamika pracy ekipie. Te burze mózgów, gdy ktoś rzuca pomysł, ktoś krytykuje, ale wyciąga z niego coś innego i wspólnie dochodzimy do decyzji – mówi. 

Dyskusja nad projektem: 
Karolina Ciejka, Ewa Rzechorzek, Szymon Bobrowicz, Tomasz Ossoliński, Emilia Zalewska, Aleksandra Kmiecik (Fot. Luka Łukasiak)

Podkreśla, że nie ułożyłaby niczego, gdyby nie kuratorzy wystawy i nieoceniona Ewa Rzechorzek. To autorka książki „Moda Polska Warszawa”, bezcennego kompendium wiedzy o Modzie Polskiej. Pracowała nad nią pięć lat, aż wreszcie wydała na początku roku. Akurat wtedy, gdy prace nad wystawą nabrały konkretnych kształtów. Ewa jest taką osobą, która ma w pamięci wszystkie daty, adresy i zdarzenia związane z Modą Polską, w komputerze miliard gigabajtów wycinków i dokumentów dotyczących marki, a w piwnicy zbierane od lat ubrania i rozmaite przedmioty. Broszka z jaskółką z jej kolekcji była już na okładce wrześniowego „Vogue’a”, a zaprojektowane przez Jerzego Antkowiaka firmowe filiżanki zobaczymy na wystawie. Obok innych przedmiotów, które wypożyczyła Muzeum. 

W Muzeum nad tym, by wszystko zdarzyło się w odpowiednim czasie, czuwa producentka Aleksandra Kmiecik. – Studiowałam na ASP w Łodzi projektowanie ubioru, uczestniczyłam wtedy w konkursach Złotej Nitki, gdzie Jerzy Antkowiak był jurorem. Był dla mnie guru, więc to wielka przyjemność pracować przy jego wystawie – mówi.

Akcja mobilizacja 

Jerzy Antkowiak, który w listopadzie ochoczo pomagał w pakowaniu ubrań, wiosną pojechał do Łodzi i wystąpił przed kamerą TVN opowiadając, jak cieszy się z wystawy, w lecie zaczął się niecierpliwić. 

Nie wiem, co oni tam robią. Tomek przyjeżdża do mnie i mówi o ubraniach „obiekty”. Co to w ogóle za słownictwo! – mówił, gdy odwiedziłam go któregoś dnia w Komorowie. 

Panie Jerzy – Tomasz Ossoliński uspokajał przez telefon. – Wszystko jest pod kontrolą. Przyjadę, pokażę tabelę interwencji… 

Tego już było za wiele, pan Jerzy zaczął mieć obawy, że to wszystko za daleko odbiegnie od sztuki, będzie inne niż sobie wyobraża i w ogóle pomrukiwać, że on przecież jest wolnym człowiekiem i nie musi brać w niczym udziału. 

Zatem mobilizacja. 

Sobota. Do Tomasza Ossolińskiego przyjeżdżają Marta Galik, Karolina Ciejka i Ewa Rzechorzek. Na podłodze układają wydrukowany na czarnych planszach projekt wystawy. Wyrzucają ze słownika słowo „obiekt” i na wszelki wypadek resztę wystawienniczego żargonu. Z Komorowa nadjeżdża Jerzy Antkowiak. 

Oni objaśniają, on kraśnieje. Gdy dochodzą do planszy ze zdjęciem z lat 60., na którym widnieje cała ówczesna ekipa, wzrusza się. Znienacka przytula Karolinę. – O Jezu, jakie to były super czasy. Fantastycznie, że ta wystawa będzie – mówi. 

Zostaje jeszcze na kilka godzin, by wszystko dokładnie obejrzeć.

Odliczanie 

Teraz, gdy do wystawy został już tylko miesiąc, jest czas na dopinanie. 

Czuwają nad tym dziewczyny z Expo Factor, firmy, która tworzy koncepcje ekspozycji i zajmuje się ich realizacją. Karolina Ciejka oraz siostry Dorota i Emilia Zalewskie pracowały już wspólnie przy takich wystawach jak gdańskie Muzeum II Wojny Światowej i Europejskie Centrum „Solidarności”, Dom Mikołaja Kopernika w Toruniu, czy Muzeum AK w Krakowie. Dorota kieruje ekipą. Emilia pracuje nad koncepcją plastyczną – układa obiekty w przestrzeni zaprojektowanej przez architekta Szymona Bobrowicza. Narysował tę przestrzeń, gdy tylko narodziła się myśl o wystawie. I choć wiele pomysłów po drodze odpadło, ten pozostał niezmieniony. Ramiarze z firmy Holy Art przygotowują oprawy do zdjęć i szkiców. Ewa Rzechorzek nanosi ostatnie poprawki na teksty, które będą towarzyszyć wystawie. 

I upinanie. Bo lada dzień Tomasz Ossoliński i Anna Poniewierska pojadą do Łodzi upinać ubrania na manekinach. Wybrali ich trzysta, dzięki temu pierwsza selekcja przebiegła bezkonfliktowo. Pokażą sześćdziesiąt. 

Na spory przyjdzie czas teraz – śmieje się Anna Poniewierska i zdradza, że ma parę pomysłów, do których na razie nie zdołała przekonać Tomasza. 

On ignoruje zaczepki i mówi dyplomatycznie: – Pracuję z najlepszą ekipą, jaką mogłem sobie wymarzyć.  

Marta Galik niecierpliwie czeka na wernisaż. Gdy studiowała w łódzkiej ASP, wygrała międzynarodowy konkurs w dziedzinie rysunku żurnalowego. Jerzy Antkowiak był wówczas w jury. Współkuratorowanie jego wystawy to dla niej ogromny zaszczyt. 

Ewa Rzechorzek zeszłoroczne wakacje spędziła na Roztoczu, kończąc swoją książkę. Teraz w tym samym miejscu pisała teksty. – Rodzina zajmowała się synem, a ja znów pisaniem – nie narzeka, bo szalenie to lubi. Sześcioletni syn Ewy, swoją drogą, ma na imię Antoni. O Jerzym Antkowiaku na co dzień mówimy „Antoś”. Pytam Ewę, o kim myśli, słysząc „Antoś”. 

Jak każda matka, o synu – uspokaja. Gorzej z synem, który, kiedy zakłada nowe ubranie, pyta, czy ma fajną modę polską. Nie zorientował się jeszcze, że te dwa słowa mogą występować rozdzielnie. 

***

6 października w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi rozpocznie się wystawa poświęcona twórczości Jerzego Antkowiaka i Modzie Polskiej, której kuratorem jest Tomasz Ossoliński. Projektant pracuje też na filmem o Antkowiaku. „Vogue” objął nad przedsięwzięciami patronat.

Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, autorka książek „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL”. Współpracuje m.in. z „Gazetą Wyborczą” i „Wysokimi Obcasami Extra”. Wcześniej redaktorka w magazynach „Elle” i „Viva! Moda”. 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę