Znaleziono 0 artykułów
01.02.2020

Zmiana przyciąga zmianę

Sylwia Antoszkiewicz (Fot. Kasia Marcinkiewicz)

Ubrania mają moc. Pod warunkiem że nie zabierają zbyt wiele czasu i myśli. Sylwia Antoszkiewicz – kiedyś współzałożycielka marki LOUS, dziś osobista stylistka i właścicielka komisu Goodbye Hello Store, zmienia ludziom szafy. A stąd, jak przekonuje, tylko krok do zmiany życia. Na lepsze.

Siedzimy w przestrzeni starej kamienicy przy ul. Nowogrodzkiej 44 w Warszawie. Wokół marynarki MaxMary, płaszcze Isabel Marant i chusty Burberry. Wszystko z drugiej ręki i wszystko do kupienia. To efekty czystek w szafie przeprowadzonych przez Sylwię u jej klientek. Panie już dawno przestały tęsknić za tymi rzeczami, bo odnalazły się w zupełnie innym, skrojonym na miarę stylu. Bez żalu porzucają dawne przyzwyczajenia, a czas, który do tej pory poświęcały na zakupy, przeznaczają na coś zupełnie innego. Już pierwszy rzut oka wystarczy, by stwierdzić, że z usług Sylwii korzystają przede wszystkim kobiety pracujące. Sylwia potwierdza: prawniczki, właścicielki agencji kreatywnych czy PR. Znudzone dress codem, zdezorientowane szybkimi trendami, na skraju życiowych zmian dochodzą do momentu, w którym decydują, że pora na nowy styl.

Gdzie pracujesz z klientkami? Oglądają sobie tutaj rzeczy czy jednak wszystko zaczyna się w domu?

Zdecydowanie w domu, w ich szafach. Gdybyśmy spotkały się tutaj, byłoby to zaczynanie nie od tej strony. Jeżeli przychodzą tu moje klientki, już po transformacji, to przed ich wizytą przypominam sobie dokładnie, co mają w szafie, i wyciągam to, o czym myślę, że się z nimi dobrze sklei. Nie muszą już iść na zakupy, mają tu przygotowany wieszak rzeczy do mierzenia, zazwyczaj trafionych. To są często dziewczyny, które nie lubią robić zakupów. Takie wyjście jest więc dla nich najwygodniejsze.

Gdy dopiero zaczynamy transformację, owszem, dziewczyny mają ochotę tu zajrzeć. Ale ja mówię: „Poczekaj, jeszcze nie wiemy, czego potrzebujesz, z czym przychodzisz, nic o tobie nie wiem, a nie chcemy robić nieprzemyślanych zakupów”.

A jak robisz z klientką porządki w szafie? Przyznam ci się, że tego najbardziej się bałam w związku z naszym spotkaniem i dlatego tak je odkładałam. Że nagle sięgniesz po rzeczy, z którymi jestem związana emocjonalnie, choć już ich nie noszę, i każesz mi je wyrzucić. I w końcu się nie zdecydowałam.

A widzisz, to jest właśnie tak: jeśli nie jesteś gotowa, to do mnie nie przychodzisz. Jeżeli kobieta, czasem naprawdę desperacko, potrzebuje zmiany, to przychodzi. Owszem, zdarza się czasami, że mimo tego, iż jej się wydaje, że jest już gotowa, ma pewien opór. Ja wtedy zmieniam taktykę i zaczynamy pracować z czymś innym. Zastanawiamy się, dlaczego te, a nie inne rzeczy znajdują się w tej szafie, dlaczego tak ciężko się ich pozbyć, gdzie są pochowane i skąd pochodzą różne ograniczające ją przekonania.

Wiadomo, że nigdy nie powiem kobiecie, żeby wyrzuciła ukochane śpioszki swojego dziecka albo bluzkę, którą miała na pierwszej randce. Marie Kondo powiedziałaby: „Zrób zdjęcie i wyrzuć”. Ja uważam, że jeśli – nawet kulturowo – mamy wgrane w głowie pewne sentymenty, nie ma sensu z nimi walczyć.

Natomiast jeżeli widzę rzeczy zniszczone, źle dopasowane, w szkodliwym dla urody wzorze czy kolorze, to delikatnie, acz zazwyczaj skutecznie, próbuję ten opór przełamać, odpowiednio moją decyzję argumentując.

Szczególnie faceci mają upodobanie do T-shirtów z liceum, ze studiów, z wyjazdów motocyklowych, zresztą wiesz, bo masz męża. Zawsze jest u nich w szafie taka pamiątkowa półeczka. Myślę, że można co pewien czas tam zajrzeć i spróbować ponegocjować, czy aby nie jest to dobry moment, żeby się czegoś raz na zawsze pozbyć. Ale o ile nie jest to opcja zbieractwa, które zaburza przestrzeń, to nie naciskam.

Czyszczenie szafy zwykle łączy się z czyszczeniem innych aspektów życia. Zazwyczaj gdy ktoś do mnie przychodzi, jest w trakcie porządkowania swoich spraw. Szafę zostawia na koniec. Często trafiają do mnie dziewczyny w trakcie rozwodów lub po rozwodach, w trakcie zmiany pracy, po porodzie, awansie – zawsze albo w jakimś granicznym momencie życia, albo już po nim. Nie jestem terapeutką (jeszcze), ale moja wiedza, a zwłaszcza doświadczenie, pozwalają mi sprawnie wychwycić, ile ograniczających przekonań dotyczących wyglądu kobieta nosi na sobie. Najczęściej nie są to nawet jej przekonania – gdzieś po drodze zostały wgrane w jej system przez krytycznego partnera, rodzica, przyjaciółkę czy pracodawcę. Pracujemy w dużej mierze z aktualizowaniem myślenia o sobie.

To, co robię, nie wymaga od ciebie wydania fortuny na nowe ciuchy. Miałam klientkę, z którą nie kupiłyśmy nic. Po prostu nauczyłam ją w inny sposób korzystać z jej garderoby. Gruntownie przejrzałyśmy wszystkie ubrania, pozbyłyśmy się niepotrzebnych i na bazie pozostałych zbudowałyśmy szafę, z której może korzystać bez jej uzupełniania.

To zgadza się z filozofią „less is more” i „less waste”. Nie podjęłabym się wprowadzenia w życie zasady „zero waste”. W tym zawodzie to jest niemożliwe! Ale słowo „less” bardzo pasuje do tego, co robię. Mój sklep powstał właśnie po to, żeby ubrania wracały do obiegu, drugiego, nawet trzeciego czy czwartego.

Jak sobie radzisz z kobietami, które za wszelką cenę chcą się ubierać dla kogoś?

Jeżeli ktoś się ubiera dla kogoś i trafia do mnie, to znaczy, że mu to doskwiera. Często kobiety czują, że coś jest nie tak, ale nie wiedzą, o co chodzi. To może wyjść dopiero podczas naszej rozmowy i na przykład analizy osobowości stylu.

Zwykle korzystam z pięciu podstawowych osobowości: klasycznej, naturalnej, dramatycznej, romantycznej i kreatywnej. Każda z nas ma elementy z kilku tych osobowości. Można mieć klasyczną z odrobiną naturalnej – wtedy idziesz w neutralne kolory, wysokiej jakości materiały. Albo z elementem kreatywnym – wtedy poszukujesz lekkiego szaleństwa w formie, jednak w ramach tej klasyki. Dramatyczna jest dla kobiet, które lubią zrobić mocne wejście. W wysokich szpilkach, dużej biżuterii, z mocnym makijażem.

Gdy zastanawiamy się wspólnie, która osobowość jest jej najbliższa, i okazuje się, że wcale nie ta, którą przez lata realizowała, zaczynamy działać. To jest wspaniały moment, gdy kobieta odkrywa, co naprawdę jej się podoba i jakim cudem nigdy nie miała tego w szafie. Dramatyczny styl najczęściej jest tworzony pod faceta. Jeśli kobieta jest gotowa zamknąć tamten etap życia i zrobić rewolucję lub raczej ewolucję, to pracujemy dalej.

Czasem zgłaszają się do mnie znajome jakiejś kobiety, której według nich potrzebna jest metamorfoza, i proszą, żebym do niej zadzwoniła. Nigdy tego nie robię. Ona musi sama wiedzieć, że potrzebuje pomocy. Zdarza się, że klientka umawia się na pierwsze spotkanie, ale wraca dopiero za pół roku. Do tej decyzji warto dojrzeć, dać sobie czas.

Sylwia Antoszkiewicz  (Fot. Kasia Marcinkiewicz)

Czy rekomendujesz zmianę fryzury i makijażu?

Tak, oczywiście – jeśli widzę taką potrzebę i otwartość po drugiej stronie. Zdarzają się trudne dla mnie sytuacje.

Wyobraź sobie, że przychodzi do mnie prezes dużej firmy i prosi, by zająć się kluczowymi dla jego firmy pracownicami, które według niego wyglądają źle. Mam to zmienić i osiągnąć efekt, którego on oczekuje. One wiedzą, że to jest narzucone. Ja wiem, że one niekoniecznie tego chcą. Ale wszystkie wiemy, że zmiana jest konieczna. Nie mam gotowych patentów w takich przypadkach. Liczą się intuicja i wyczucie.

Stan skóry, włosów, makijaż, manicure – to wszystko jest bardzo ważne. Sama bardzo dbam o skórę, bo wiem, że mam ją tylko jedną – nie wymienię jej w nowym sezonie! To chyba widać, bo kiedy moje klientki dowiadują się, ile mam lat, robią wielkie oczy i chcą wiedzieć, jaką stosuję pielęgnację. To jest bardzo dobry punkt wyjścia do rozmowy o stanie ich skóry. Współpracuję z niezastąpioną kosmetolożką Anią Salomon – do niej klientki mogę wysłać w ciemno. Wszystko sprawdzam na sobie, więc one wiedzą, że tu nie ma ściemy.

W kwestii fryzury jest prościej. Dla każdej klientki tworzę dokument z analizą, opisem i referencjami dotyczącymi jej stylu oraz kierunkiem, w którym, jeśli się zdecyduje, będzie mogła podążać.

Spotykam dziewczyny, które robią sobie krzywdę makijażem. Jeśli chcą o tym rozmawiać, we współpracy z makijażystką pomagam im odpowiednio korzystać z kolorowych kosmetyków. Ewentualnie ustalamy, co zmienić czy dokupić. Wiem, że trzeba takie informacje przekazywać bardzo delikatnie. Jesteśmy wrażliwi na punkcie swojego wyglądu. Wystarczy jedna nieostrożna uwaga, żeby kogoś zranić. A nie o to mi chodzi.

Zauważyłam, że przyzwyczajamy się do konkretnych nazw, lubimy je. I jeśli klientce określę styl, konkretnie go nazwę, ona przestaje się miotać w poszukiwaniach, zaczyna się z nim utożsamiać. To z kolei pomaga jej w dalszej drodze, gdy już nie muszę jej towarzyszyć. Jest jej znacznie łatwiej robić zakupy. Rzeczy, które do niej nie pasują, omija szerokim łukiem. Nie traci czasu na ich przymierzanie.

Sylwia Antoszkiewicz (Fot. Kasia Marcinkiewicz)

Zajmujesz się stylizacją osobistą. To zupełnie co innego niż stylizacja sesji do magazynów czy reklam. Uważam, że znacznie trudniejsza, bo tu nie chodzi o zaprezentowanie ubrania, lecz osoby. Jak ma się do tego moda? Przemycasz czasem własne fascynacje aktualnymi wybiegami?

Ja się całkowicie odkleiłam od trendów. Nie da się pracować w sposób doradczy, opierając się na nich. Siłą rzeczy to, co jest na rynku, jest już z trendami zgodne, zwłaszcza jeśli chodzi o fasony. Jeśli spodnie dzwony wychodzą z mody, to raczej już ich nie kupisz w sklepie.

Dziewczynom, które do mnie trafiają, nie zależy na trendach. Wręcz przeciwnie: są przerażone zalanym trendami rynkiem, sesjami, kampaniami, blogerkami, „must-have’ami”. Obserwują to, ale gdyby miały wybrać z tego coś dla siebie, mogłyby się kompletnie pogubić. One potrzebują całkiem czego innego: zbudowania konkretnej bazy pod ich styl. Dopiero później uczymy się, że warto z danego sezonu przemycić jakiś drobiazg. Jeśli modny jest jakiś deseń, nie muszą ubierać się w niego od stóp do głów. Wystarczy pasek. Albo czapka. Jeśli mają więcej odwagi, to płaszcz. Ale wtedy trzeba pamiętać, że on potem będzie musiał zostać w szafie, bo jest zbyt mocny, zbyt charakterystyczny.

W pracy ze mną moda i trendy to tylko ułamek. One nie mogą stanowić podstawy garderoby. Są klientki, które co pół roku potrzebują odświeżyć garderobę pod kątem trendów. Stawiamy wtedy na trzy, cztery porządne rzeczy, tzw. „statement pieces”: torebkę, buty, coś, co nieco zaktualizuje szafę na dany sezon, ale jej nie zdominuje.

Zazwyczaj jednak dobrze zbudowana baza tak cieszy, że mało kto chce ją burzyć czymś tymczasowym.

Odkąd zajmuję się modą, najwięcej pytań dostaję o kolory. Jaki będzie modny wiosną? Jaki jesienią? Czy jeśli Pantone ogłosił kolorem roku zieleń, to czy mamy go nosić, nawet jeśli wyglądamy w nim okropnie? I tak dalej. Albo ta nieszczęsna analiza kolorystyczna, typy urody, fiksowanie się na jednej palecie, bo ktoś kiedyś kazał. Jak nad tym panujesz?

W moim instytucie mamy booklet dotyczący analizy kolorystycznej, ale ja to zupełnie odpuszczam. Po pierwsze dlatego, że to wszystko już dawno się zdezaktualizowało. Typy urody, jesień, zima – to się konkretnie pomieszało i już nie działa.

Z klientkami poznajemy odpowiednią paletę kolorystyczną w praktyce, w przymierzalni. W czym się czujesz dobrze? Czy ten odcień jest dla ciebie odpowiedni? Może lepszy będzie w cieplejszej tonacji? Pracujemy indywidualnie, nie korzystamy z gotowych rozwiązań. Ile mam klientek, tyle palet. I może też dlatego tak kocham tę robotę. Pracuję z człowiekiem i dla człowieka, a nie dla mody, tabelek czy narzuconych form. Satysfakcja i rodzaj spełnienia po takiej współpracy nie dają się z niczym porównać.

U klientki zaczyna się życie po życiu?

Tak. W imię zasady, że zmiany przyciągają kolejne zmiany, zaczyna im się w życiu przegrupowywać i układać. Bo mają czas na inne sprawy niż na to, „co na siebie włożyć”. Może trudno w to uwierzyć, ale dobrze skomponowana szafa może działać terapeutycznie. Jeśli masz gorszy dzień, ubrania mogą przynieść ci opcję „fake it till you make it”.

Nawet jeśli nie czujesz się dobrze, wiesz, że dobrze wyglądasz. A jeśli to wiesz, dobre samopoczucie też w końcu przychodzi. Zamiast wskakiwać w wysłużony dres i kisić się w złym nastroju, zakładasz genialną kieckę i ulubione buty, w których czujesz się wspaniale. Czasem tworzymy z klientkami takie zestawy na czarną godzinę. Pięć setów, w których zawsze, choćby nie wiem co, będą się czuły super. Ubrania mają moc. Paradoksalnie wtedy, gdy nie poświęca im się zbyt dużo myśli. I właśnie od tego jestem.

Harel
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę