Znaleziono 0 artykułów
26.12.2019

Zofia Bugajna-Kasdepke: Korzyści z czytania poezji

Zofia Bugajna-Kasdepke (Fot. Luka Łukasiak)

Zajmowała wysokie stanowiska w międzynarodowych korporacjach. Doradzała gigantom. Niedawno została wiceprezeską Risk Made in Warsaw. – Poświęć 30 minut dziennie na myślenie abstrakcyjne. Jeśli nie dasz sobie tej przestrzeni, zatrzymasz się w miejscu, a inni cię prześcigną – radzi Zofia Bugajna-Kasdepke.

Odeszłaś z korporacji, żeby dołączyć do Risk Made in Warsaw. Podjęłaś ryzyko?

Ścieżkę kariery wydeptuję sobie sama. Odeszłam z korporacji, która zatrudnia w Polsce półtora tysiąca osób, do rozwijającej się prężnie, niezależnej firmy. W mojej głowie Risk to nie marka z Warszawy, tylko lovebrand o światowym zasięgu. Idę w to, co chciałabym robić. Zatrudniłam się w swojej wizji przyszłości, a doprowadzanie do jej urzeczywistnienia pozytywnie mnie napędza. Wierzę w Risk, bo to oryginalne projekty, świetna jakość, troska o środowisko i wysoka etyka pracy. Z właścicielkami firmy, Antoniną Samecką i Klarą Kowtun, połączyły mnie wartości: odwaga, otwartość na różnorodność kulturową, szacunek do ludzi bez względu na orientację seksualną, wyznanie czy miejsce pochodzenia. Współdzielimy inkluzywną wizję świata.

To firma zbudowana przez kobiety. Jak widzisz nasz wpływ na wielki biznes?

Żyję w świecie, w którym emancypacja już się wydarzyła. Nie lubię, gdy ktoś mówi, że czas kobiet właśnie nadchodzi. Dla mnie on jest teraz. Ale walczymy o to, żeby było jeszcze lepiej, pokazując dobre wzorce zarządzania, które bazują na definiowaniu wspólnego celu i budowaniu zaangażowania całego zespołu. Risk ma mocny feministyczny głos. A będzie jeszcze głośniejszy. Motywację daje mi też kobiecy networking.

W jaki sposób na ciebie wpływa?

Dostałam od kobiet dużo wsparcia. Dzięki temu, że poznałam menedżerki, które są o dwie długości przede mną, wiem, że mogę jeszcze wiele osiągnąć. Zaakceptowałam siebie w pełni, idę w swoim tempie i nie oglądam się na innych. Dobrze mieć mentorkę, którą podziwiasz i której ufasz. Kogoś, kto powie ci, że do nowej roli nie da się przygotować jak do klasówki. Wiesz, że młode menedżerki, jeśli dobrze rokują, dostają od firmy coaching, by rozwijać miękkie kompetencje, a młodzi menedżerowie – szkolenia na temat tego, jak przynosić więcej pieniędzy do firmy? Nie możemy bez końca nad sobą pracować i liczyć, że dyplomy i certyfikaty przekonają innych o naszej wartości. Bo kiedy ty kolekcjonujesz „odznaki harcerskie”, mężczyźni wspinają się na szczyt.

Zofia Bugajna-Kasdepke (Fot. Luka Łukasiak)
Zofia Bugajna-Kasdepke (Fot. Luka Łukasiak)

Co podoba ci się w twojej pracy najbardziej?

Spotykam w pracy ludzi, których zawsze chciałam poznać, twórczych i inspirujących. Robię to, co lubię, a to, co lubię, przynosi mi zysk. Zawsze kochałam modę i proszę, zajmuję się modą. To wszystko jest po prostu pasjonujące!

A jej kreatywny wymiar?

Moja praca polega na nieustannym kwestionowaniu założeń. Na pytaniu o to, czy firma, w której działam, jest w dobrym miejscu. To, że muszę wciąż bronić swojego pomysłu, uczy wierności wizji. Mam jasno zdefiniowane granice między kompromisem do przyjęcia a nieakceptowalnym nonkonformizmem. Codziennie zadaję sobie pytanie, czy to, co robię, daje mi satysfakcję.

Tego zaczęłaś się uczyć już w pierwszej pracy?

Uczyłam się tego stopniowo. Początki wspominam gorzko, pierwsza praca w Warszawie to był skok na głęboką wodę. Ogromny stres i wysiłek ponad miarę, w trzy miesiące schudłam 12 kilo. Pamiętam, jak po kilku dniach L4 wróciłam do biura akurat na świąteczną imprezę. Szefowa powiedziała mi, że nie mogę na nią iść, bo „kto choruje, ten zostaje po godzinach”. Przygotowywałam raport do piątej rano. Dziś wiem, że to było skandaliczne zachowanie. To dlatego w kolejnych firmach zajmowałam się stażystami – nie chciałam, by ktokolwiek przeżył to, co ja. Na szczęście przetrwałam, a następna praca była o niebo lepsza. Trafiłam na świetne menedżerki – jasne wymagania, konstruktywny feedback, nagradzanie za dokonania.

Czym zajmowałaś się w pracy na początku swojej drogi?

Pierwsze kroki stawiałam w Radiu Merkury. Przez sześć miesięcy pracowałam też w telewizji, ale to nie było to. Na trzecim roku dziennych studiów w Poznaniu zakochałam się (jak się potem okazało, fatalnie), rzuciłam wszystko i przyjechałam do Warszawy. Rodzice byli przeciwni tej przeprowadzce, a jeszcze bardziej temu związkowi. Jednak postawiłam na swoim i od tego momentu zaczęłam żyć na swój rachunek.

Musiałam szybko znaleźć pracę, żeby się utrzymać. Zabrakło mi odwagi, żeby złożyć CV do Trójki, Radia PIN albo TOK FM. Wydawało mi się wtedy, że praca tam to nagroda za osiągnięcia, zwieńczenie jakiegoś etapu. Nie przyszło mi do głowy, że można ot tak, po prostu spróbować. Mój mąż nie miał takich wątpliwości – dekadę wcześniej, w pierwszym dniu studiów, zapukał do redakcji „Polityki”.

Dla mnie stolica okazała się brutalnym miejscem. Gdyby wyrokować na podstawie moich pierwszych doświadczeń, to sukces nie był mi pisany. Cieszę się, że wtedy się nie poddałam. Bo choć związek, dla którego przyjechałam do Warszawy, nie przetrwał, w stolicę wrosłam. Oswoiłam miasto, nawiązałam przyjaźnie, znalazłam w sobie siłę, by iść dalej.

Już w pierwszej pracy etatowej w Warszawie zarabiałam tyle, co moja mama nauczycielka z kilkudziesięcioletnim stażem. W kolejnej w odstępstwie tygodnia zostałam magistrem i menedżerką zarządzającą pięcioosobowym zespołem. Nie myślałam wtedy, że jestem kimś dopiero wspinającym się na szczyt. Czułam, że osiągam swoje prywatne maksimum, i to wystarczało. Zawsze znajdą się osoby, które zaszły dalej i mają więcej. Kryteria sukcesu są bardzo różne – dla jednych to podwyżka, dla innych wolne po 17. Ja chcę mieć ciekawe życie, mam w sobie głód nowego.

Jakie były kolejne etapy twojej pracy?

Moja kariera rozwijała się bardzo szybko. Zarządzałam coraz większymi zespołami w kolejnych agencjach sieciowych, zostałam dyrektorką zarządzającą jednej z największych firm PR w Polsce. Prowadziłam duże projekty komunikacyjne, doradzałam firmom takim jak P&G, Coca-Cola, Netflix czy Amazon. Potem awansowałam do struktur regionalnych mojej ówczesnej firmy. Zajmowałam się rozwojem biznesu i zakładaniem kolejnych biur w Europie Środkowo-Wschodniej. Stałam się międzynarodową ekspertką zapraszaną w roli prelegentki lub jurorki na najważniejsze międzynarodowe festiwale – od Emiratów Arabskich, przez Francję, po praktycznie wszystkie kraje naszego regionu.

Jak zdobywałaś doświadczenie?

Brałam na siebie więcej odpowiedzialności niż inni. I nieustannie inwestowałam w rozwój kompetencji. Trudno iść w pracy dalej, jeśli masz taką samą wiedzę i umiejętności jak ludzie w twoim otoczeniu. Trzeba się czymś wyróżnić! Poza etatową pracą udzielałam się społecznie – jestem wykładowczynią na Uniwersytecie Warszawskim, mentorką Fundacji Liderek Biznesu i członkinią Rady Ekspertów THINKTANK. Ta dywersyfikacja sprawia, że funkcjonuję w bardzo różnych środowiskach i nie myślę „branżowo”. Mam głowę otwartą na nowe pomysły i wiedzę z bardzo czasem nieoczywistych dziedzin takich jak wojsko, sztuczna inteligencja czy medycyna.

Zofia Bugajna-Kasdepke (Fot. Luka Łukasiak)

I dlatego awansujesz?

Dostrzegam szanse tam, gdzie inni ich nie widzą. Często wymyślam dla siebie zupełnie nową rolę. Nowo utworzone stanowisko, a więc coś, czego nie robił nikt przede mną, to dla mnie wymarzona pozycja. Odkryłam, że potrafię przekonać szefów, dlaczego powinnam dostać podwyżkę, większy zespół albo awans. I choć jasno artykułuję swoje oczekiwania, nie zapominam o tym, co chce usłyszeć druga strona – na co przełoży się moja praca, jaka jest moja użyteczność dla innych ludzi, w czym mogę pomóc, co mogę dać.

Zawsze byłaś pewna siebie?

Nie, zawsze byłam nieśmiała! Do dzisiaj nie lubię inicjować kontaktu. To mój mąż zaczyna rozmowę z sąsiadami. A gdy jestem sama, rolę conversation starter odgrywa mój strój. Zawsze ubierałam się ekstrawagancko – kolorowe sukienki, kapelusze i buty. Ludzie zwracają na mnie uwagę. Szybciej mnie zapamiętują. A to pomaga nawiązywać relacje biznesowe. Towarzyskie też!

Wiesz, czego nie chcesz?

Tak, nie odnajduję się jako wolny strzelec. Dziesięć lat temu przez pół roku pracowałam z domu. Co prawda w ciągu dnia mogłam chodzić na jogę i angielski, ale potem do 23 sprawdzałam e-maile, a następnego ranka do południa siedziałam w piżamie. Nie służyło mi to.

Czujesz się teraz dobrze w swojej skórze?

Tak, to jest mój czas. Mam już doświadczenie, spokój, przekonanie, że dam radę. Ale też, że wszystko jeszcze może się zmienić. Przyjaciółka mojego męża i moja, Gabriela Niedzielska, rzuciła pracę na etat i w wieku 55 lat założyła pierwszą w Polsce agencję autorów. Przede mną jeszcze wiele zwrotów akcji.

Jak pogodzić pracę z życiem rodzinnym?

Nie mam gotowej recepty, to bardzo indywidualna sprawa. Ja rodzinę dostałam niejako w pakiecie, kiedy się poznaliśmy, mój mąż był tatą wychowującym dorastającego syna. Dziś Kacper mieszka we własnym mieszkaniu, właśnie skończył studia i ma dorosłe życie. Cieszymy się, że często wpada do nas na obiad albo na wspólne oglądanie horrorów, to nasza tradycja o tej porze roku. Rodzina, zdrowa partnerska relacja dają niesamowite oparcie. Ludzie w dobrych związkach mają w pracy łatwiej – szybciej pozbywają się stresu, mogą ostrzej negocjować, zaryzykować.

W moim przypadku życie prywatne i zawodowe się przenikają. Z moim mężem staramy się jak najwięcej czasu spędzać razem. W większość podróży służbowych jeździmy razem, zmieniają się tylko role osoby towarzyszącej. Po skończonych obowiązkach jednego z nas drugie ma już plan na zwiedzanie miasta, wyjście do opery czy galerii sztuki.

Mąż wspiera cię w rozwoju?

Bardzo! Doradzamy sobie i niezwykle się inspirujemy. Gdy poprzednia firma wysłała mnie na kilka miesięcy do Londynu, Grzegorz dał mi ogromne wsparcie i stworzył takie warunki, żebym mogła odnieść sukces. Dla niego, pisarza i autora bestsellerów, twórczość jest niezwykle ważna. Nie zawahał się, by pojechać ze mną i przez ten czas robić zakupy, sprzątać i gotować. Zorganizował mi życie i bardzo pomógł. Zdobywałam cenne doświadczenia bez poczucia winy, bo miałam u boku ukochaną osobę.

Zofia Bugajna-Kasdepke (Fot. Luka Łukasiak)

Jak dbasz o waszą relację?

Przy podejmowaniu decyzji zawsze wzajemnie bierzemy pod uwagę swoje zdanie. Przywiązuję wagę do drobnych uprzejmości i gestów, czułości każdego dnia. Czytamy sobie fragmenty książek i ciekawe artykuły, bo trudno wytrzymać, by nie podzielić się tym, co akurat wydaje się tak ciekawe. Wspólnie robimy przetwory, a krojąc i siekając warzywa, rozmawiamy, pijemy wino i spędzamy super czas. Razem jeździmy na festiwale muzyczne i literackie, rocznie odwiedzamy takich imprez kilkanaście – nie możemy się po nich nagadać! Dzwonimy do siebie w ciągu dnia, żeby powiedzieć miłe słowa. W wakacje spędziliśmy miesiąc we Włoszech. I w ogóle nie myśleliśmy o pracy.

Znajdujesz czas tylko dla siebie?

Jeśli nie masz na nic czasu, to znaczy, że brakuje ci przestrzeni na to, żeby wyczyścić głowę. Wtedy nie możesz być kreatywna. Mój sposób? 30 minut dziennie na myślenie abstrakcyjne, np. czytanie poezji. Dopiero wtedy wszystko zaczyna się układać.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę