Znaleziono 0 artykułów
21.03.2022

Cynthia Nixon o polityce w „Pozłacanym wieku” i emancypacji Mirandy Hobbes

21.03.2022
Cynthia Nixon (Fot. Katie McCurdy dla "SModa el Pais")

Latem 2018 roku mieliśmy wiele powodów, by myśleć, że Cynthia Nixon z radością pożegnała się ze swoją znakomitą, trwającą już trzy dekady karierą aktorską. Choć jej marzenia o polityce chwilowo umarły, nie straciła woli działania – po prostu skierowała energię w inną stronę.

Dziś opowiada o swoich najnowszych rolach.

Wtedy, w 2018 roku, w decydujących miesiącach prawyborów gubernatorskich, nawet gdy Andrew Cuomo utrzymywał stabilne prowadzenie wśród demokratów, wydawało się, że tak zwany efekt Cynthii jest zapowiedzią jej kariery politycznej. Ta droga mogła rozwinąć się w coś znacznie więcej niż typowa kampania celebrytki. Jednak skończyła się tak samo szybko, jak szybko na początku się rozwijała. Powiązania Cuomo z establishmentem okazały się nie do pokonania. Choć marzenia Nixon o polityce chwilowo umarły, ona sama nie straciła woli działania – po prostu skierowała energię w inną stronę.

Kampania wyborcza jest wyczerpująca – mówi Nixon ze śmiechem, gdy rozmawia ze mną ze swojego domu na Manhattanie. – Potrzebowałam potem trochę czasu, by dojść do siebie. Było to konieczne. Jednak odpoczynek po rocznej harówce, związanej z przepychankami w nowojorskiej polityce, nie trwał długo. Po kilku miesiącach dostała rolę w serialu „Ratched” Ryna Murphy’ego. Zagrała – co było przykładem zabawy reżysera castingiem meta – rzeczniczkę prasową kalifornijskiego gubernatora, która ma polityczne ambicje. Z kolei rok 2022 wygląda na najbardziej intensywny w jej dotychczasowej karierze: najpierw powróciła ze swoją ukochaną bohaterką „Seksu w wielkim mieście” Mirandą Hobbes w „I tak po prostu”, a teraz możemy ją oglądać w serialu kostiumowym „Pozłacany wiek”, produkowanym przez HBO.

Długo oczekiwany przez widzów dramat historyczny HBO został stworzony przez Juliana Fellowesa, brytyjskiego scenarzystę, producenta, pomysłodawcę „Downton Abbey”. Tym razem miejscem akcji są okazałe sale balowe i salony posiadłości należących do nowojorskiej socjety z lat 80. XIX wieku. Serial opowiada o zmiennym szczęściu tej starej gwardii, która niechętnie przyjmuje do swojego środowiska rodzącą się klasę przebojowych przemysłowców. Nixon gra Adę Brook, bardziej życzliwą siostrę snobistycznej lwicy salonowej Agnes (w tej roli Christine Baranski), której duszna rezydencja znajduje się naprzeciwko okazałej miejskiej rezydencji, wybudowanej przez nową, bardzo zamożną rodzinę. Ważnym wydarzeniem dla Ady staje się przyjazd jej bratanicy, Marian, granej przez debiutantkę Louisę Jacobson, najmłodszą córkę Meryl Streep. Postać Nixon jest pełna ciepła i naiwności, choć wraz z rozwojem akcji prezentuje coraz więcej determinacji i mocnych nerwów.

Kadr z "Pozłacanego wieku" (Fot. materiały prasowe)

By zanurzyć się w tym świecie, Nixon zaczęła od – jakżeby inaczej? – powrotu do książek Edith Wharton i Henry’ego Jamesa. – Bardzo pomogły mi w zrozumieniu ówczesnego życia, atmosfery – mówi. Pomocny okazał się też rozmach, z jakim twórcy podeszli do projektu, i budżet pozwalający na zatrudnienie wielu doradców historycznych, zadbanie o bogate kostiumy, okazałą scenografię. – To było niesamowite – mówi Nixon. – Chyba żadna inna produkcja spośród tych, w jakich grałam, nie była tworzona z takim rozmachem. Szczególne wrażenie wywarł na niej jeden dzień zdjęciowy, gdy nagrywano scenę wyjścia Ady i Marian do sklepu Bloomingdale w dziewiętnastowiecznym Upper East Side, którego fasadę odtworzono w mieście Troy w stanie Nowy Jork. – Byłam tam tylko jeden dzień, a wszystkie nasze ciężarówki i przyczepy stały zaparkowane w raczej mało atrakcyjnej części miasta – wspomina Nixon. – Zostałam ubrana w mój kostium, otworzyłam drzwi, a przede mną ukazał się ogromny plac, z pomnikiem upamiętniającym wojnę, końmi, powozami. A każda sklepowa witryna wyglądała jak 140 lat temu. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego – to było absolutnie wyjątkowe.

Choć na początku entuzjazm Nixon związany z projektem wynikał z uroku jej postaci, z radością myślała też o ponownym spotkaniu z Baranski. – Nieczęsto zdarza mi się grać tak delikatne, czułe bohaterki z sercem na dłoni, więc była to dla mnie miła odmiana. Para aktorek pracowała wcześniej razem przy sztuce wystawianej na Broadwayu w 1984 roku. Pomimo 14-letniej różnicy wieku Baranski grała matkę Nixon, z czego obie się teraz śmieją. – Dotarły do mnie plotki, że próbują zatrudnić Christine, więc natychmiast do niej napisałam, pytając: czy to prawda? Czy to prawda? – wspomina Nixon. Ich wzajemne zrozumienie sprawiło, że łatwo przyszło im zagranie siostrzanej bliskości. – Zawsze rozmawiałyśmy o Adzie i Agnes jak o starym małżeństwie, w którym dochodzi do różnych mniejszych i większych tarć. Pamiętam, jak Christine mówiła, że granie małżeństwa to jedno z najtrudniejszych zadań, ponieważ ciężko jest pracować nad tym z kimś, kogo dobrze się nie zna – mówi Nixon. – A myślę, że my się kochamy, ufamy sobie nawzajem, dobrze się rozumiemy, więc było nam łatwiej.

Jeżeli chodzi o samą Adę, Nixon przyznaje, że inspiracją dla tej postaci był ktoś znacznie bliższy – jej nieżyjąca już matka chrzestna. – Żyła samotnie i nie miała dzieci, ale nie użalała się nad sobą – wspomina ją Nixon. – Muszę przyznać, że dużo myślałam o niej i o tym, jak uwielbiała młodych ludzi, jak interesowała się tym, co dzieje się na świecie. Miała dziesiątki chrześniaków, którzy byli obecni w jej życiu, dzięki czemu ona pozostawała młoda. Ada pozostaje w podobnej relacji z Marian. I ma nadzieję na zmianę postrzegania kobiet przez społeczeństwo oraz lepszą przyszłość dla swojej bratanicy. – Myślę, że Ada jest szczęśliwa, że może być dla tej młodej kobiety przewodniczką, ponieważ jej nikt nigdy nie poprowadził w ten sposób, a ona sama się poddała – mówi Nixon. – Dla Ady to szansa, by spojrzeć na swoje życie z dystansu, zastanowić się, jak mogłoby wyglądać, gdyby sprawy potoczyły się inaczej.

Oczywiście żaden dramat historyczny nie jest tylko dramatem historycznym. Napięcia, o których mówi „Pozłacany wiek” – szczególnie nierówności ekonomiczne wynikające z pojawienia się nowej klasy milionerów i wykorzystywania przez nich biedniejszych społeczności – okazują się upiornie aktualne. W końcu serial to nie muzealny eksponat – różnice polegają tylko na tym, że teraz milionerzy są już miliarderami, a źródła ich dochodu to nie kolej i kopalnie, a raczej kontrola nad danymi użytkowników nowych technologii. Jednymi z kluczowych zagadnień, jakimi Nixon poświęcała się w swojej aktywności politycznej, były nierówności ekonomiczne, dostęp do powszechnej opieki zdrowotnej, wspieranie rodzin z klasy pracującej – czy w serialu te tematy również były dla niej ważne? – Widzę bardzo wiele podobieństw do aktualnej sytuacji – mówi. – Przytłaczająca bieda, problemy kobiet walczących o równe traktowanie, ludzi o innym kolorze skóry walczących o to samo, imigranci zmagający się z poszukiwaniem swojego miejsca w nowym kraju. Wydaje mi się, że obserwujemy jakiś postęp, choć jeśli chodzi o imigrację, choć nie jestem tego taka pewna, jednak są to ciągle bardzo, bardzo aktualne tematy.

Nie mniej politycznie nacechowane były okoliczności powrotu Nixon do postaci uwielbianej przez nią prawniczki Mirandy Hobbes w „I tak po prostu”. Rozmowy na temat powrotu „Seksu w wielkim mieście” rozpoczęły się na początku pandemii. W styczniu 2021 HBO zamówiło cały sezon, co wywołało entuzjastyczną reakcję fanów serialu. Nixon miała jednak zastrzeżenia co do powrotu – twierdziła, że nie będzie to już ten sam serial. – Kiedy dyskutowaliśmy, czy w ogóle wracać, chciałam się upewnić, że nie będzie to reboot – mówi Nixon, która wyreżyserowała potem jeden z odcinków. – Świat bardzo się zmienił – nie tylko przez COVID, nie tylko przez Trumpa czy z powodu ruchu Black Lives Matter, nie tylko przez globalne ocieplenie. Oczywiście wciąż pracowaliśmy nad komedią, jednak lekki serial, który nie wspomina o tych sprawach, byłby wielkim nietaktem. Dlatego jestem z niego bardzo dumna.

Kadr z "Pozłacanego wieku" (Fot. materiały prasowe)

Niespodziewanie okazało się, że jedna z najbardziej zaciekłych dyskusji na temat nowego sezonu dotyczy Mirandy, a dokładnie jej burzliwego romansu z niebinarnym komikiem i autorem podcastów Che Diaz (w tej roli Sara Ramirez), domniemanego alkoholizmu oraz wiszącej na włosku relacji z mężem (ulubionym mężczyzną z „Seksu w wielkim mieście”, jeśli wierzyć internetowym dyskusjom) Stevem Bradym, granym przez Davida Eigenberga. Biorąc pod uwagę, jakim zainteresowaniem cieszy się najbardziej kontrowersyjny związek w historii serialu od czasów trójkąta miłosnego Carrie – Aidan – Big, czuję, że właściwie powinnam odczytać Nixon, jakie ma prawa, zanim powie cokolwiek na jego temat. Czy jest na bieżąco z tą dyskusją? – Wydaje mi się, że jestem… raczej świadoma? – mówi Nixon, śmiejąc się z lekkim poczuciem winy. – Dowiaduję się o tym zamieszaniu raczej z pytań, które ludzie zadają mi podczas wywiadów.

Co myśli na temat opinii, że Miranda jest zupełnie inna niż kiedyś? Że utraciła trochę swojej trzeźwości umysłu i samoświadomości – cech, które fani pamiętają z oryginalnego serialu? – Myślę, że to dziwna reakcja – mówi Nixon zdecydowanie. – Po pierwsze uważam, że Miranda jest odważna, że prze do przodu. Nie zawsze wie, dokąd dokładnie zmierza, ale jest świadoma, że gdzieś musi dojść. I myślę, że to się nie zmieniło. Jest bardzo inteligentna, nieustępliwa, ale nigdy nie była opanowana! To tykająca bomba, bardzo uparta tykająca bomba. Zawsze była jak słoń w składzie porcelany, często wybuchała, wyrządzała szkody, a z tych trudnych sytuacji musiała się wycofywać, kiedy już się uspokoiła. Myślę, że to, co robi w „I tak po prostu”, jest bardzo odważne. Odrzuca lukratywną posadę w korporacji i stara się wyciągnąć z życia jak najwięcej. Jak mówi Miranda: „Nie jesteśmy stare, mamy 55 lat”. Rzeczywiście, to moment, gdy bliżej już końca niż początku. Ale jeśli nie jesteś szczęśliwa, nadal zostaje ci dużo czasu, by coś zmienić.

Trudno jest też porównywać dramatycznie podzielone opinie na temat nowego serialu ze skandalem, jaki wywołała premiera „Seksu w wielkim mieście”. Feministki wciąż dyskutują nad prawem jego twórców do poruszania tematów związanych z kobiecą seksualnością i niezależnością finansową. Jednak na pewno można powiedzieć, że nawet jeśli brakowało w tym serialu dyskusji na temat dyskryminacji rasowej czy tożsamości płciowej, zawsze stanowił on tło dla ważnych rozmów o postępie, jaki kobiety robią we współczesnym społeczeństwie.

– Zabawne – gdy się do czegoś przyzwyczajamy, wydaje się to nam oswojone, bezpieczne – mówi Nixon. – A w pierwszych latach po premierze doświadczyłyśmy dużo hejtu. Wielu ludzi mówiło: „Kobiety tak się nie zachowują, to obrzydliwe”. Nie pokazujecie prawdziwych kobiet, a przebranych facetów. Czy to feministyczny serial? Czy można być feministką, jeśli nosi się szpilki? Myślę, że zrobiłyśmy coś nowego, innego, a ludzie nie wiedzieli, co o tym myśleć, nie mogli się zdecydować, czy podoba im się ten przekaz. Teraz serial stał się nieodłączną częścią kultury, traktowany jest z powagą. Myślę więc, że ludzie chcieli, byśmy były trochę bardziej uległe i łagodne, ale wtedy to nie byłby nasz serial. Bo oczywiście nie jest tak, że „Seks w wielkim mieście” to opowieść o wolnych jak ptaki kobietach, których życie kręci się wokół zakupów i seksu”.

Kadr z "And Just Like That..." (Fot. materiały prasowe)

Równie filozoficznie Nixon podchodzi do debaty na temat związków Mirandy ze Stevem i Che. – Przypomina mi to trochę historię Carrie i niektóre z najbardziej brzemiennych w skutki momentów jej związku z Mr Bigiem czy też sytuację, kiedy próbowała kochać Aidena, ale wdała się w romans – mówi. – Tak jak wspominałam wcześniej, feministyczny serial nie powinien stanowić propagandy obrazującej kobiety jako wyłącznie rozsądne, mądre, miłe, atrakcyjne osoby. W tym momencie Nixon wybucha szczerym śmiechem. – Po pierwsze, kto chciałby coś takiego oglądać? Ja na pewno nie. Chodzi o to, by pokazywać prawdziwe kobiety, nasze zmagania, marzenia, słabości. Nie zawsze wiemy, czego chcemy. Tacy ludzie są dla mnie interesujący, nie ci, którzy działają zachowawczo.

Przypominam Nixon, że znalazły się jednak zastępy widzów, którzy pokochali nową odsłonę serialu, ze wszystkimi jego dziwactwami, a nawet, owszem, słabszymi momentami. A dla tych, którzy mieli wobec „I tak po prostu” inne oczekiwania, ale dali się wciągnąć w poruszające rozważania na temat żałoby, macierzyństwa, emocjonalnych wyzwań wiążących się z byciem w średnim wieku, okazał się wnikliwą analizą życia kobiet. – Wydaje mi się, że ludzie, którzy odebrali ten serial z mniejszym optymizmem, oczekiwali po prostu przeróbki starej wersji – mówi Nixon. – Jeśli mogłabym coś zmienić, stworzyłabym ogromne banery mówiące: „To nie jest »Seks w wielkim mieście«. Jeśli oczekujesz »Seksu w wielkim mieście«, obejrzyj powtórki. Mamy nowy serial, na nowe czasy i nowy moment życia, w jakim znajdują się bohaterki”.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Nixon jest dumna zarówno z „Pozłacanego wieku”, jak i z „I tak po prostu” – i ma do tego prawo, są to przecież kolejne produkcje składające się na jej imponującą karierę aktorską. Na pewno też, choćby dlatego, że nie umie usiedzieć w jednym miejscu, pojawią się kolejne projekty. Ale w teraz priorytetowo traktuje nadrabianie czasu, który spędziła z dala od rodziny, pracując przy obu serialach. Jakby na potwierdzenie tego w tle naszej rozmowy słychać bawiące się najmłodsze dziecko Nixon i jej żony, aktywistki Christine Marinoni, które urodziło się w 2011 roku – Mój syn jest dziś bardzo podekscytowany – zauważa w pewnym momencie. – Hej, Max, czy możesz aż tak nie wrzeszczeć?

Gdy pytam, czy Nixon może znów pójść w stronę polityki, zachowuje powściągliwość. – Byłam bardzo zaangażowana politycznie, jeszcze zanim zaczęłam kandydować, i moje zaangażowanie nie osłabło – mówi. – Tak naprawdę brałam udział w wyborach, ponieważ nie było nikogo innego, kto zmierzyłby się z Andrew Cuomo – jest tak mściwy, o czym wszyscy wiedzą, że jeśli mu się przeciwstawisz, twoja kariera polityczna właściwie się kończy. Dlatego kandydowałam. Nie mogłam znieść myśli, że nie będzie miał konkurenta.

Pomimo okoliczności, które doprowadziły do rezygnacji skompromitowanego Cuomo w zeszłym roku, Nixon nie tańczy z radości, że udowodniła swoją wyższość. Skomentowała jednak sytuację, gdy odebrano mu przyznane wcześniej nagrody Emmy. „Czym różnię się od Andrew Cuomo?” – napisała na Twitterze. „Żadne z nas nie jest gubernatorem, ale ja przynajmniej wciąż mam moje Emmy”. A ponieważ ciągle króluje na ekranach, możemy spodziewać się jej kolejnych nagród.

Artykuł oryginalnie ukazał się na Vogue.com. 

Liam Hess
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę