Znaleziono 0 artykułów
09.01.2022

Aborcja: Nie byłabym dobrą mamą

Il. Izabela Kacprzak

Gdy próbuję sobie wyobrazić, że mogłabym mieć dziecko, przed oczami mam głównie znój, zmęczenie i frustrację. Posiadanie dziecka to dla mnie konieczność poświęcenia się drugiej osobie. A ja nie mam cierpliwości do dzieci, nie lubię rutyny. Nie uważam też, że świat potrzebuje nowych ludzi – mówi kolejna bohaterka naszego cyklu „Aborcja”.

Mój pierwszy kontakt z aborcją? Jakieś 10 lat temu. Kuzynka, świeżo po studiach, wpadła. Doradziłam jej, żeby pojechała na zabieg do Czech. Przekonywałam, że ma jeszcze czas, że zostanie mamą, ale w innych, lepszych okolicznościach. I tak się zresztą później stało.
Wtedy nie mogłam towarzyszyć jej w wyprawie do kliniki, ale pożyczyłam samochód i nie miałam wątpliwości, że to jest słuszny kierunek.

Drugi raz aborcja pojawiła się dwa lata temu. Tym razem to ja zrobiłam test. Zobaczyłam dwie kreski i poczułam bardzo wyraźnie, że nie chcę mieć dziecka. Taką decyzję podjęłam rozumowo sama ze sobą chwilę wcześniej, więc można powiedzieć, że byłam jakoś przygotowana do sytuacji.

Nie powiedziałam też o niczym Tomkowi. Wiem, że to nie fair, ale naprawdę tak było lepiej.
Po pierwsze, spotykaliśmy się dopiero od dwóch miesięcy, nie znaliśmy się dobrze i nie wiedziałam, jak zareaguje. Ta ciąża była wypadkiem i to ja zawaliłam sprawę. Pomyliły mi się dni, nie wzięłam pigułki w terminie.

Po drugie, sama przed sobą podjęłam już decyzję, więc po co miałabym go wikłać? Co chciałabym od niego usłyszeć? Że nie chce mieć ze mną dziecka? – to by zabolało. A może, że chce? Wtedy pojawiłby się konflikt.

Rozumiem, że mężczyzn to może oburzać. Tylko 50 proc. genów tego zarodka pochodziło ode mnie, ale tak się składa, że ciąża rozwija się w ciele kobiety. W moim ciele. Ciąża, poród, połóg, a później wychowanie dziecka – to są wielkie zobowiązania, wywracają cały prywatny świat do góry nogami. Nie można nikogo do tego zmusić.

Aborcja. „Byłam w stanie przejść przez to sama, ale przyjaciółka zapowiedziała, że przyjedzie”

Tabletki zamówiłam przez stronę organizacji Women Help Women. Wiedziałam, że to najbezpieczniejsze. Chciałam nawet pojechać na zabieg do Czech, ale powiedziano mi, że jest za wcześnie. Nie byłam w stanie czekać. To był dopiero piąty tydzień, a już czułam zmiany. Byłam płaczliwa i rozżalona, cały czas chciało mi się spać, nie mogłam się na niczym skupić. Dziś myślę, że trudno było ze mną wytrzymać.

Zmieniało się też ciało – piersi stały się duże i drażliwe. Pojawiła się nadwrażliwość na zapachy. Ale mieszkałam sama. Tomek nie zorientował się.

Opowiedziałam o wszystkim dwóm osobom – przyjaciółce i kuzynce, tej samej, którą kiedyś ratowałam. Były wspierające. Rozumiały, współczuły i zapytały, jak mogą pomóc. Tylko raz jedna powiedziała coś w stylu: – A może miałabyś dziewczynkę, córeczkę, której ja nie mam? Jesteś pewna, że nie chcesz? Nie mogłam uwierzyć. Chciałam krzyknąć: – Halo, czy naprawdę wszystko zawsze musi być o tobie? 

Po pięciu dniach w małej białej kopercie przyszły tabletki. Pierwszą, przygotowawczą, połknęłam tego samego dnia. Do kolejnych, które miały wywołać skurcze i krwawienie, musiałam odczekać 24 godziny.
Byłam w stanie przejść przez to sama, ale przyjaciółka zapowiedziała, że przyjedzie. Połknęłam kolejną dawkę, zrobiłam herbatę, usiadłyśmy i zaczęłyśmy rozmawiać. Nie było żadnego rozpamiętywania, łez czy goryczy. Po prostu gadałyśmy. A kiedy pojawiły się wymioty, biegunka, później skurcze i krwawienie, coraz częściej wychodziłam do łazienki. Koło północy to ustało, poczułam, że jest po wszystkim. Pożegnałyśmy się i poszłam spać. Tyle. Nie oglądałam skrzepów krwi na podpasce, nie szukałam zarodka, jak często robią kobiety. Po prostu przyjęłam, że się udało. 

Przez kolejne dni obserwowałam, jak wracam do dawnej siebie. Odzyskuję swoje ciało, spokój i kontrolę nad życiem. To była wielka ulga, kiedy znów dostałam okres, zwłaszcza że chwilę później wybuchła pandemia. 

„Co ja bym wtedy zrobiła”? – myślałam za każdym razem, gdy czytałam, że straż graniczna przechwytuje tabletki poronne wysyłane pocztą. A granice są zamknięte.

„A więc tak by to wyglądało” – myślałam, wyobrażając sobie sytuację po dziewięciu miesiącach, kiedy w polskich szpitalach kobiety musiały rodzić samotnie, a zaraz po porodzie personel odbierał matkom dzieci, stosując się do procedur covidowych. Przecież to byłaby męka. Czy bym się odnalazła? Czy byłabym dobrą matką? Nie wydaje mi się.

Il. Izabela Kacprzak

Dalsze życie. „Mamy podobne odczucia – dzieci to nie jest nasza droga”

Wykorzystałam swoją szansę do decydowania o sobie i nie żałuję. Nie mam i nie chcę mieć dzieci. Dlatego nie zamroziłam swoich jajeczek „na wszelki wypadek”, ani nie myślałam o surogacji, uważam, że mam słabe geny, których nie warto rozmnażać.

Może adopcja byłaby dobrym rozwiązaniem albo bycie rodziną zastępczą, gdybym w przyszłości jeszcze zapragnęła zostać matką. Ale na razie nic na to nie wskazuje.

Szczerze, to nigdy nie czułam magicznego instynktu macierzyńskiego, nie uważam, że czegoś mi w życiu brakuje. Gdy próbuję sobie wyobrazić, że mogłabym mieć dziecko, przed oczami mam głównie znój, zmęczenie, frustrację. Posiadanie dziecka to dla mnie konieczność poświęcenia się drugiej osobie. A ja nie mam cierpliwości do dzieci, nie lubię rutyny. Nie uważam też, że świat potrzebuje nowych ludzi, jest przeludnienie, kryzys klimatyczny

Przez te dwa lata relacja z Tomkiem rozwinęła się, mieszkamy razem.Nigdy nie powiedziałam mu o tym, co się stało. I nie powiem. Mam poczucie, że zachowałam się nie fair, zabrakło mi zaufania. Dziś byłoby inaczej, potrafiłabym się odsłonić.

Ale to dlatego, że kilka razy zdążyliśmy już teoretycznie przedyskutować temat i wiem, że mamy podobne odczucia – dzieci to nie jest nasza droga. Jesteśmy szczęśliwi i zrealizowani, żyjąc we dwójkę.

***

 

 

O aborcji mówi się dużo, ale abstrakcyjnie – to temat społeczny, ewentualnie doświadczenie dalekiej koleżanki. Tymczasem statystyki CBOS wykazują, że ciążę przynajmniej raz w życiu przerwało nawet 5,8 mln Polek. Choć często nie jesteśmy tego świadomi, są wśród nich nasze przyjaciółki, mamy, babcie, sąsiadki, nauczycielki, koleżanki z pracy. Tę trudną decyzję podjęły na jakimś etapie swojego życia, bo wierzyły, że będzie dla nich najlepsza. Niektóre nie chciały mieć dzieci, inne nie mogły liczyć na wsparcie partnera i rodziny, jeszcze inne bały się o sytuację materialną albo zdrowotną, na przykład nie były w stanie urodzić dziecka, które wymagałoby dożywotniej opieki. Każda z tych sytuacji była dramatyczna i bardzo indywidualna. A w Polsce – w związku z jednym z najbardziej restrykcyjnych praw antyaborcyjnych na świecie – również ryzykowna, bo spychająca kobietę do podziemia. Wiąże się to nie tylko z konsekwencjami prawnymi, lecz także skazuje na samotność i zamyka usta. W nowym cyklu „Aborcja” będziemy wysłuchiwać prawdziwych historii kobiet, które rozważały lub zdecydowały się na aborcję. Chcemy przywrócić im głos.

Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę