Znaleziono 0 artykułów
03.05.2022

Agata Tuszyńska: Instrukcja obsługi pisarza

03.05.2022
(Fot. Getty Images)

Przez lata każdego dnia czekałam na listonosza, zbiegając po schodach o tej samej godzinie. A jasna koperta w skrzynce pocztowej potrafiła na długo odmienić mój los. Dziś często jest inaczej – odpowiedź wcale nie nadchodzi.

Dziś o komunikacji, bo spędza mi ona sen z powiek. 

Każdego dnia porozumiewam się z wieloma osobami, prywatnie i zawodowo. W tym wywodzie listy osobiste pomijam. Kontaktują się ze mną czytelnicy, wydawcy, dziennikarze, przedstawiciele banków, bibliotek, sieci telefonów komórkowych, osoby potrzebujące pomocy lub innych, szeroko rozumianych „usług”, jakie świadczę. Poza nachalnym telemarketingiem oferującym komplet garnków, ogrzewane koce, badanie słuchu lub odchudzające spa odpowiadam na każdy mail. A przynajmniej się staram.

Na każdą prośbę, pytanie, propozycję. Zwykle robię to natychmiast, co nie jest jednoznaczne z konkretnym terminem, ale raczej nie przekracza kilku godzin. Dziękuję, kwituję, zapewniam, a niekiedy proszę o czas na zastanowienie. Sprawdzam kalendarz, możliwości, tematykę. Chęci, zasoby portfela i serca. Robię to odruchowo, wiedząc, że po drugiej stronie jest ktoś, kto na moją reakcję czeka. To impuls, a może poczucie przyzwoitości? Kindersztuba? Wychowanie? Nigdy się nie zastanawiam nad taką pilnością w korespondencji i powinnością odpowiadania na kierowaną do mnie wiadomość. Bo list znaczy teraz mail.

***

List. Na sam dźwięk tego słowa ogarnia mnie wzruszenie. Podobnie jak na wyidealizowaną postać listonosza, który był w mojej wyobraźni nie tylko posłańcem, ale też powiernikiem. Latami czekałam na niego każdego dnia, zbiegając po schodach o tej samej godzinie. A jasna koperta w skrzynce pocztowej potrafiła na długo odmienić mój los.

Ale ja nie o tym. Nie o miłości, lecz o odpowiedzialności i manierach.

Pamiętam czasy, nie tak znowu odległe, kiedy wysyłałam do wydawnictwa paczkę z przepisanym na maszynie Łucznik tekstem mojej książki. Pierwszej, drugiej może. Wtedy czekanie na listonosza nabierało jeszcze innej barwy. Stawało się zawodowym być albo nie być. Podobnie działo się z wierszami wysyłanymi do „Radaru”, „Nowego Wyrazu” albo „Tygodnika Kulturalnego”. Czekałam. Była w tym czekaniu wielka potrzeba akceptacji, pochwały może, potwierdzenia, że płody mojego pióra mogą liczyć na czyjąkolwiek uwagę. Wreszcie zachęta do dalszej pracy, do pisania, które jak sądziłam wtedy, było moim przeznaczeniem i ratunkiem przed światem.

Czekałam cierpliwie. Dłużej albo krócej. Zwykle przychodziły odpowiedzi. Różne. Że to znakomite albo że pozostawia wiele do życzenia, że nie mieści się w profilu gazety lub wydawnictwa. Niekiedy z podpowiedzią, jak poprawić tekst. Co dodać, co wyrzucić. Wszystko jedno. Odpowiadano. Z poczucia obowiązku? Dla porządku? Bo tak trzeba.

Minęły lata. Skrzynka pocztowa w mojej kamienicy rzadko kryje niespodzianki. Nie powierzam jej już swojego losu. Stale jednak mam kontakty z redakcjami pism, z wydawcami, tymi, których zawodem jest publikowanie. Wydawać by się mogło, że w ich kodeks zawodowy wpisane są pewne reguły zachowania. Najprostsze. Zwyczajowe. Wynikające z dobrych manier albo tak zwanej etyki zawodowej. Z poczucia, że po drugiej stronie jest człowiek.

Otóż nie zawsze. A nawet często jest inaczej. Wydawcy i redaktorzy zabiegają o nas, kiedy mają interes. Zabiegają barwniej i mozolniej, im bardziej pilny jest tekst, który zamawiają, a potem usiłują wyegzekwować. Wtedy szukają kontaktu, dzwonią, przypominając się, i stosują się do wszelkich reguł najprostszej komunikacji. Gorzej jest, kiedy uzyskają, co chcieli. Wtedy zwykle zalega milczenie. Zwykle. Do wyjątków należą ci, którzy dziękują za to, co otrzymali, i informują o dalszych losach. Do jeszcze rzadszych ci, którzy wyrażają radość lub coś w rodzaju zadowolenia. Częściej następuje cisza.

Nie wymagam komplementów ani przesadnych zachwytów. Miło byłoby, aby zamawiający porozmawiał o tym, co otrzymał. Nalegam, że należy się nam, piszącym, zwykłe ludzkie „dziękuję”. I to bez względu na wszystko, złą pogodę, humor, pośpiech. 

Agata Tuszyńska (Fot. Kajus Pyrz/KLK)

***

Mnie już nie boli. Ale wiem, jak boli innych – młodych, debiutujących, tych, dla których odpowiedź od wydawcy jest literackim wyrokiem. Wiem, jak czekają, bo opowiadają mi o tym. Wiem, jak trudno jest tak czekać. Pamiętam. 

Mur milczenia może zabić niejeden talent. 

Pisarze wymagają szczególnej troski. Ale nie o opiekę mi chodzi, po latach zimnego wychowu zapewniłam ją sobie wśród przyjaciół. Chodzi o zwykły zawodowy szacunek. Podziękowanie za pracę. Wierzę, że pani/pan wydawca mówi „dziękuję”, odbierając kostium z pralni lub wychodząc od fryzjera. My niekiedy obywamy się bez tego. I już nie próbuję rozumieć dlaczego. Wydaje się, że wysiłek twórczy nie jest w cenie. Łatwo go zlekceważyć. To nie jest praca chirurga ani jubilera. Życie od niej nie zależy. Nie wasze!

Wydawałoby się, że ci, którzy mają do czynienia z pisarzami, znają ich dusze. I ciągłą potrzebę potwierdzeń. Dotyczy to starych i młodych. Nieważne, ile lat już piszą i jak są cenieni. Ilu mają czytelników i jakie nagrody. Po odesłaniu tekstu liczą godziny do chwili, kiedy usłyszą, że… Nie chodzi koniecznie o zachwyt, choć to lubimy najbardziej, ale o jakąkolwiek opinię. O znak, że tygodnie, miesiące, a czasem lata pracy nie poszły na marne. Że ktoś poświęcił czas na lekturę.

Każda godzina, każdy dzień opóźnienia osłabia nasze siły. I naszą wiarę we własne umiejętności. Piszę to dla tych, którzy być może nie znają „instrukcji obsługi” pisarza. Albo życiowych potrzeb samotnego artysty. Czekanie bywa dotkliwie niszczące.


Na kolejne felietony Agaty Tuszyńskiej zapraszamy we wtorki co dwa tygodnie na Vogue.pl.

Agata Tuszyńska – pisarka, poetka, reportażystka. Autorka biografii Isaaca Bashevisa Singera, Ireny Krzywickiej oraz Wiery Gran, a także osobistych „Rodzinnej historii lęku” i „Ćwiczeń z utraty”. W ostatnich latach wydała m.in.: „Oskarżona: Wiera Gran” (2010), „Narzeczona Schulza” (2015), „Jamnikarium” (2016), „Bagaż osobisty. Po Marcu” (2018), „Mama zawsze wraca” (2020) oraz „Ćwiczenia z utraty. Po 15 latach” (2021). W maju premierę będzie miała jej najnowsza książka „Żongler. Romain Gary”. Laureatka Nagrody Polskiego PEN Clubu im. Pruszyńskich za wybitne osiągnięcia w dziedzinie reportażu i literatury faktu. W 2015 roku została uhonorowana srebrnym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jej książki przetłumaczono na kilkanaście języków.

Agata Tuszyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę