Znaleziono 0 artykułów
15.10.2021

„Shifters” Marty Bogdańskiej: Jak wykorzystujemy zwierzęta

Fot. materiały prasowe

Pokazuję w moim projekcie podobieństwa między zwierzętami a innymi grupami wykluczonych – kobietami, osobami LGBTQ, niewolnikami – mówi Marta Bogdańska, autorka fotograficznej książki „Shifters”, o wykorzystywaniu zwierząt w wojsku i w programach szpiegowskich. Artystka zebrała prawie tysiąc znalezionych w internecie zdjęć, by opowiedzieć o pracy zwierząt na rzecz ludzi. Zdjęciom towarzyszą teksty wybitnych znawców przedmiotu, m.in. Érika Barataya.

Kim są shifters?

W dosłownym tłumaczeniu to „zmiennokształtne”. Wiedziałam, że taki będzie tytuł książki i projektu, zanim na dobre zaczęłam nad nią pracować. To pojęcie z uniwersum filmów fantasy, których jestem fanką. Shapeshifters to istoty zmiennokształtne, które mogą się zmieniać z człowieka w zwierzę, potem z powrotem w człowieka. To również termin nawiązujący do mitologii – starożytni bogowie zmieniali się w zwierzęta albo ludzi.

Wreszcie łączy się ze słowem agent. Ono spaja ten projekt, w którym opowiadam o zwierzętach wykorzystywanych w wojsku, również w roli szpiegów. Są szpiegami, czyli informatorami –pozwalają nam poznać historię z ich perspektywy, a jednocześnie mają sprawczość, czyli angielskie agency – są podmiotami, działają samodzielnie, mają intencjonalność, poczucie humoru, czasem odmawiają, uciekają, umierają.

Krótko mówiąc, tytuł „Shifters” sygnalizuje, że nie jest to jednowymiarowa historia o tym, jak wykorzystujemy zwierzęta. To również opowieść o historii z perspektywy zwierząt, która działa podobnie jak herstories – przywraca pomijaną dotąd perspektywę.

Fot. materiały prasowe

Jak to się stało, że zaczęłaś badać los zwierząt wykorzystywanych w wojsku?

Kiedy kilka lat temu mieszkałam w Libanie, trafiłam na informacje prasowe o tym, że zwierzęta bywają podejrzewane o bycie agentami – na przykład delfin, który przepłynął z wód izraelskich do wód libańskich, albo gołąb, który przeleciał z Pakistanu do Indii.

Wydało mi się to intrygujące. Czasem są takie projekty, że nie wiesz jeszcze, co się dzieje, ale czujesz, że to coś ważnego. Tak było w tym wypadku. Zaczęłam obserwować, jak informacje z lokalnych mediów na Bliskim Wschodzie są przetwarzane przez zachodnie media mainstreamowe. Tu podawane są w ramach żartu, ironiczne, w tonie: „Patrzcie, co w tych krajach sobie myślą! Że zwierzę może być agentem”.

Zaczęłam zbierać artykuły na ten temat, przeczytałam, że szpiegowskie projekty z udziałem zwierząt prowadziło CIA. Ktoś powiedział mi o delfinie używanym jako kamikadze, przypomniałam sobie niedźwiedzia Wojtka, o którym uczyliśmy się w szkołach. Nabrałam przekonania, że to większa sprawa, której nie można sprowadzać do prasowego „michałka”.

W popularnym przekazie znane są historie niedźwiedzia Wojtka, psów, które towarzyszą marynarzom. Rolę zwierząt sprowadza się do maskotki, historię do anegdoty. Ty pokazujesz, że chodzi o dużo więcej.

Antropolog Eduardo Kohn w książce „Jak myślą lasy” napisał takie piękne zdanie o patrzeniu – patrzymy na zwierzęta, one patrzą na nas, ale patrzą też razem z nami. I to ma wielkie znaczenie – przypomina, że zwierzęta są czynnymi uczestnikami, mają wpływ na nas i na zdarzenia.

O tym właśnie opowiadam w książce. Że nawet jeśli w pamięci zachowały się jako maskotki, w rzeczywistości nie były przedmiotami. Wykonywały przecież emocjonalną pracę, w jakimś stopniu łagodziły wojenny los żołnierzy.

Marta Bogdańska / Fot. Karolina Sobel

W twojej książce jest rozdział poświęcony frontowym „maskotkom”. Dużo w nim zdjęć słodkich kotków i piesków, ale też kangurów, osłów, małp. Wszystkie są śliczne. Świadomie tak wybrałaś zdjęcia?

Te zdjęcia często były pozowane, robione przez ludzi, ale widać na nich więcej niż chęć pokazania zwierzaczka. W okropieństwie wojny nawiązywały się zaskakujące relacje. Na przykład świnie hodowano na mięso, ale zdarzało się, że niektóre przeżywały i zżywały się z żołnierzami. Historie psów zabieranych przez marynarzy w rejsy wydają się jednoznaczne – musiały przeżywać katusze. A tymczasem znalazłam opowieść o suce Judie. Towarzyszyła brytyjskim żołnierzom na statku, który został zbombardowany w pobliżu bezludnej wyspy. Wielu żołnierzom uratowała życie – podsuwała im w wodzie deski, żeby mieli się czego trzymać, płynąc w kierunku lądu. Gdy już znaleźli się na wyspie, na kilka dni zaginęła. Wróciła, gdy znalazła źródło słodkiej wody. Na koniec żołnierze z tego statku trafili do niewoli japońskiej. Nie zgodzili się, żeby zabić psa. Opiekun dzielił się z nią porcjami ryżu, po wojnie ją adoptował, a kilka lat później, gdy umarła – urządził pogrzeb. W kamieniu wykuł jej historię.

Niedźwiedź Wojtek, którego znamy z polskich podręczników, odnalazł się w życiu wojskowym, mimo że był na łańcuchu. Dopiero w zoo w Edynburgu, do którego został oddany po wojnie, zapadł na depresję.

Na wystawie „Shifters”, którą pokazywałaś w ramach Krakowskiego Miesiąca Fotografii, wydobyłaś historie suk – zwierząt rodzaju żeńskiego. Między innymi niedźwiedzicy Baśki, dużo mniej znanej niż Wojtek.

Jeden z żołnierzy polskiego batalionu murmańczyków, który podczas I wojny światowej stacjonował na Syberii, chciał zaimponować dziewczynie i kupił na targu małą niedźwiedzicę polarną. Została przydzielona jako córka pułku do kompanii karabinów maszynowych batalionu, przysługiwały jej racje żywnościowe, dostała opiekuna – kaprala Smorgońskiego. Podobno była przyjazna, bawiła się z dziećmi, ale potrafiła pokazać charakterek. Gdy zabiła psa brytyjskiego dowódcy,

postanowiono, że musi odbyć trening. Przeszła, jak wiele frontowych zwierząt, brutalną tresurę – nauczono ją wielu niepotrzebnych rzeczy: musztry, salutowania, podawania łapy i stawania na tylnych łapach. Wróciła z żołnierzami do Polski, w 1919 roku brała udział w defiladzie na placu Saskim, podobno podała łapę Piłsudskiemu. Razem z żołnierzami stacjonowała w Twierdzy Modlin. W ciepłe dni dla ochłody kąpała się w Wiśle. Któregoś dnia zerwała się z łańcucha i przepłynęła na drugą stronę rzeki. Żołnierze nie zdążyli jej uratować, choć popłynęli w ślad za nią. Chłopi zadźgali ją widłami.

Jeszcze po II wojnie światowej wypchana Baśka stała w Muzeum Wojska Polskiego, potem zaginęła. W Twierdzy Modlin stoi niewielka rzeźba. Pamięć się rozproszyła.

Fot. materiały prasowe

Bo nawet w historiach o zwierzętach kobiety są wykluczone?

Na wystawie chciałyśmy z kuratorkami zagrać paralelnością pomiędzy przepisywaniem historii z perspektywy kobiet a myśleniem z perspektywy zwierząt, konkretnie – kobiecych zwierząt. Ale zwierzęta w ogóle są wykluczone z historii. Pokazuję w moim projekcie podobieństwa między zwierzętami a innymi grupami wykluczonych – kobietami, osobami LGBTQ, niewolnikami.

Nie jest to oczywiście moje odkrycie. Peter Singer już w latach 70. napisał książkę „Wyzwolenie zwierząt”. W eseju Magdaleny Środy „Obcy, inny, wykluczony” jest rozdział o filozofiach, które na przestrzeni wieków podchodziły do zwierząt inaczej, ale zostały zmiecione przez kartezjańsko-biblijne podejście. Środa pisze, że zwierzę jest ostatecznym obcym dla człowieka, a przecież to nieprawda – my zrobiliśmy z niego obcego, wypisując się z bycia zwierzęciem. Éric Baratay od lat zapisuje historię z perspektywy zwierząt, w Polsce ukazały się dotąd „Zwierzęta w okopach” i „Zwierzęcy punkt widzenia”. W 2019 roku przyjechał z wykładami, porozmawialiśmy wtedy chwilę. Potem zgodził się napisać przedmowę do mojej książki. Dla mnie Baratay jest guru – jego praca i książki były inspiracją dla wielu elementów w projekcie „Shifters”.

Krótko mówiąc, filozofki, naukowcy, wiele osób podejmuje próby oddania zwierzętom sprawiedliwości, ale trudno im przebić się do głównego nurtu. Tu wciąż pokutuje pogląd Kartezjusza, który uważał, że zwierzę nie ma duszy, więc – jako biologiczną maszynę – bez skrupułów możemy je wykorzystywać.

Jak wojsko wykorzystuje zwierzęta?

Tych historii jest tak dużo, że trudno wybrać najciekawsze. Na przykład podczas II wojny światowej, gdy Hitler zaatakował Związek Radziecki, czerwonoarmiści wpadli na pomysł, by psy same podkładały bomby pod czołgi i uciekały. Tyle że psy uczone na radzieckich czołgach wybierały te, które znały. Wobec tego zdecydowano, że będą kamikadze. Podobno dzięki antitank dogs (psom antyczołgowym) wyleciało w powietrze nawet 500 niemieckich czołgów.

W latach 50. i 60. CIA próbowało wykorzystywać koty do szpiegowania radzieckich placówek dyplomatycznych. W Acustic Kitty, tak nazywano ten program, były one poddawane chirurgicznym procedurom – do ucha wszczepiano im mikrofon, pod nasadę czaszki nadajnik radiowy, a w ciało cienkie kable. Miały przechadzać się z tym i nagrywać rozmowy. Tyle że pierwszy kot „gotowy do użycia” zginął na jezdni w drodze do konsulatu. Wydano na tę akcję 20 milionów dolarów (ówczesnych), by przekonać się, że koty chodzą własnymi drogami.

Nagminnie wykorzystywano ptaki, na przykład do przekazywania wiadomości i podrzucania urządzeń podsłuchowych.

W 2019 roku CIA odtajniło część materiałów z programu Animal Partners, swoją drogą – cóż za nasycona hipokryzją nazwa. Są to dokumenty pokazujące, jak od lat 50. przez dwie dekady testowali projekty ze zwierzętami. Podobno większość z nich nie weszło w fazę operacyjną, ale kto to wie na pewno.

Fot. materiały prasowe

Album „Shifters” ma ponad 800 stron. A ile zdjęć?

947. Większość pochodzi z domeny publicznej. Pracowałam nad tą książką w pandemii, więc nie miałam możliwości siedzenia w fizycznych archiwach. Zresztą bardziej interesowały mnie zasoby internetu i wiedza tam rozproszona. Wertowałam więc zbiory online wielu szacownych instytucji, na przykład Imperial War Museum. Zatrzymałam się na latach 70. XX wieku, bo kiedyś musiałam się zatrzymać, a ten okres jest ciekawy z punktu widzenia fotografii – wtedy dotarła do szczytu. Jest to też cezura graniczna odtajnionych dokumentów CIA. Od razu wiedziałam, że nie chodzi mi o piękne reprodukcje zdjęć, a o coś zupełne innego. Stąd tak dużo u mnie fotografii z nurtu „poor image”, słabych obrazów z sieci. Niektóre ważą 20 kB.

Książka jest gruba, wydana na cienkim papierze, a jednak parzy w ręce i głowy.

O to mniej więcej chodzi. Fizyczność książki, jej rozmiar ma zasygnalizować skalę zjawiska, cienki papier potęguje to wrażenie.

Może coś zmienić?

Nie wiadomo. W ostatnich dziesięciu latach lat obserwuję wysyp badań, tekstów, projektów dotyczących zwierząt. Jest ferment, ale psy, konie, muły, osły nadal służą. Przez lata wpajano nam, że tak powinno być. Dziś zmienia się świadomość, ale nie jestem pewna, jak to się skończy… Jeśli nie podejmiemy radykalnych decyzji co do naszego współbycia ze zwierzętami i z planetą, to będzie źle.

* Marta Bogdańska „Shifters”, przedmowa Éric Baratay, wydawcy: Fundacja Sztuk Wizualnych i Landskrona Foto

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę