Znaleziono 0 artykułów
24.05.2022

Bob Dylan: Poeta czy muzyk

Bob Dylan (Fot. Getty Images)

„Za stworzenie nowej, poetyckiej formy ekspresji w ramach długiej tradycji amerykańskiej piosenki”, napisano w uzasadnieniu przyznania Bobowi Dylanowi Literackiej Nagrody Nobla w 2016 roku. Werdykt Akademii Szwedzkiej wywołał skrajne reakcje, wśród jednych zachwyt, wśród innych – oburzenie.

Korzystając z okazji, że tematem tego numeru jest poezja, warto przyjrzeć się z dystansem debacie, która przetoczyła się przez media sześć lat temu po przyznaniu Dylanowi Nobla z literatury. Niektórzy uznali zrównywanie nagrody tradycyjnie zarezerwowanej dla kultury wysokiej z popularną za kiepski dowcip. Inni, że jury zmarnowało szansę uhonorowania nagrodą pisarza, wręczając ją muzykowi. Ktoś nawet wyśmiał próbę uzasadnienia dla nagrody przez powoływanie się na fakt, że w starożytnej Grecji poemat i pieśń były tożsame i też się ich słuchało, a nie czytało. Sam Dylan chyba czuł się najbardziej zaskoczony, miał już na koncie Grammy, Oscara, Pulitzera, ale żeby Nobel z literatury? Nie przyjechał na ceremonię do Sztokholmu, bo był zajęty, miał inne zobowiązania – zakontraktowane koncerty. Koleżanka Patti Smith zaoferowała zastępstwo. Odbierając nagrodę, zaśpiewała utwór Dylana A Hard Rain’s a-Gonna Fall, ale ze stresu czy nieprzygotowania zapomniała tekstu piosenki. I znowu niektórzy się tym wzruszali, inni czerwienili ze wstydu lub wściekłości. W zakończeniu swojej mowy noblowskiej – bo każdy laureat jest do niej zobowiązany, inaczej nie dostanie pieniędzy – Dylan powiedział (a raczej napisał): „Ani razu nie zadałem sobie pytania: »Czy moje piosenki to literatura?«” (za przekładem Filipa Łobodzińskiego). A w którymś wywiadzie podkreślił, że teksty jego piosenek nie są do czytania, ale do śpiewania i słuchania. Oczywiście są i tacy, co je czytają, bo wyszło kilka tomików z ich zbiorami.

A co na to entuzjaści decyzji Akademii Szwedzkiej? Po pierwsze zachwycali się, że nudna i staroświecka instytucja wreszcie postanowiła wpuścić do gmachu Akademii trochę świeżego powietrza, odejść na chwilę od bibliotecznych stolików z zielonymi lampkami, i że chwała im za to. Po drugie wskazywali na niebagatelny dorobek Dylana, porównując go do twórczości T.S. Eliota, Ezry Pounda czy Jamesa Joyce’a. Nazwano go nawet „następcą Homera”. Zaliczanie jego tekstów / poezji do kultury popularnej uważali za obraźliwe.

Bez względu na to, które stanowisko jest nam bliższe, Dylan pozostaje jedną z najciekawszych postaci muzyczno-literackiego świata. Artyście ciężko odmówić szczególnego talentu do łączenia słów, muzyki i właściwego reagowania na rzeczywistość. Muzyk zwykle nie pisze tekstów piosenek ot tak, z głowy, z natchnienia (choć niektóre utwory klasyfikuje jako wytwór „twórczej gorączki”). Przeczytał ogromną liczbę książek, począwszy od Odysei przez Biblię po wiersze Allena Ginsberga i powieści Jacka Kerouaca. Ze słowem osłuchany jest jak mało kto. Warto zauważyć, że napisanie tekstu piosenki tak, by każda sylaba współbrzmiała z dźwiękiem i spajała się z nim w jedno, to dopiero sztuka.

***

(Fot. Getty Images)

W tym roku mija 60 lat od jego debiutanckiego albumu. Był 1962 rok. Zmierzwione włosy ukrył pod czarnym kaszkietem. Nosił go w hołdzie dla Woody’ego Guthrie’ego, swojego idola i przewodnika po świecie muzyki folkowej. Zarazem był to jedyny sposób, by poskromić niesforne loki, które lada moment staną się jego znakiem rozpoznawczym. Na wytartą bluzę i proste dżinsy narzucił kożuch i złapał za gitarę – z nią zawsze czuł się pewniej. Dwudziestoletni Bob Dylan przyszedł do pracowni Dona Hunsteina prosto ze studia nagraniowego. Spędził tam zaledwie trzy wieczory, ale bez wahania oświadczył, że jego debiutancki album jest gotowy.

Płyta okazała się komercyjną porażką. Mimo to producent John Hammond wierzył, że spotkał wielki talent. Zwykle intuicja go nie zawodziła. To on dostrzegł przyszłe gwiazdy w Billie Holiday czy Arecie Franklin. Dylan nie miał może tak niezwykłego głosu, może nie był wirtuozem gitary, ale swoboda, z jaką posługiwał się słowami, była rzadko spotykana. Traktował je jak żywe organizmy, sojuszników w procesie pisania. Zamiast przywoływać słowa, wolał za nimi podążać, łącząc je w fascynujące, momentami surrealistyczne kompozycje. Hammond dostrzegł to w Song to Woody, jednej z dwóch autorskich piosenek, które znalazły się na płycie. Utwór napisany w hołdzie dla idola składa się tylko z pięciu, pozbawionych refrenu zwrotek, ale młodemu artyście udało się w nich zamknąć szkatułkową historię o pokoleniach muzyków, będących wiecznie w drodze, tej rzeczywistej i metaforycznej, w poszukiwaniu nowych dźwięków i opowieści.

Gdy Dylan przystępował do pracy nad następnym albumem, Hammond poprosił, by sam napisał teksty piosenek. To dzięki takim utworom jak genialne w swojej prostocie Blowin’ in the Wind czy antywojenny hymn Masters of War krążek Freewheelin’ Bob Dylan (1963) otworzył przed artystą pierwsze drzwi na drodze do sławy. Tymi drugimi była piosenka z 1965 roku Like a Rolling Stone, która niemal sześć dekad później należy do najważniejszych i najpopularniejszych w jego dorobku. Filip Łobodziński, tłumacz literatury i chyba największy polski znawca twórczości Dylana, przełożył jego jedyną poetycką powieść Tarantula, a także szereg piosenek / wierszy wydanych w tomie Duszny kraj. Pracą nad polskim przekładem Like a Rolling Stone podzielił się z czytelnikami w komentarzu. A słynny refren

How does it feel,
how does it feel?
To be without a home
Like a complete unknown,
like a rolling stone

w tłumaczeniu Łobodzińskiego brzmi:

I jak to jest
tak, jak to jest
gdy wokół pusto tak
gdy dom daleko masz
i przezroczystą twarz
jak błądzący łach?

Szczególna relacja Dylana z językiem sprawia, że potrafi on w pozornie prostych historiach oddać złożoność codziennych doświadczeń, zwłaszcza tych spychanych z pola widzenia, jak przemoc, ubóstwo czy wykluczenie. W krótkich wersach udaje mu się uchwycić najgłębsze pragnienia i obawy współczesności. Czasem nawet w pojedynczych słowach, które na przykład w teledysku do Subterranean Homesick Blues (1965) rozpisał na kilkadziesiąt plansz, by wybrzmiały także w pojedynkę. Powracającym motywem jest czas i możliwości artystycznej ingerencji w jego nieubłagany upływ. Zdaniem profesora Christophera Ricksa, który poświęcił twórczości Dylana przeszło 500-stronicową monografię Dylan’s Visions of Sin, w takich utworach jak All Along the Watchtower (1967) muzykowi udaje się na moment zawiesić „żelazną chronologię wydarzeń”. Artysta rozsadza ramy czasowe skomplikowanymi inwersjami i nawiązaniami do alternatywnych porządków – boskiego i naturalnego. Dylan przywołuje je z pomocą metafor, symboli i cytatów, dając słuchaczom wgląd do alternatywnych rzeczywistości. Te inne wymiary, wydające się dziwne i obce, ostatecznie zawsze okazują się odbiciem naszego świata.

Muzyka i literatura zawsze szły dla niego w parze, dopełniały się, jednocześnie nie tracąc swojej autonomii. Chciał być współczesnym trubadurem, bardem, który jeździ po świecie, pisze i występuje przed każdym, kto będzie miał ochotę słuchać. Zrealizował marzenie. Od debiutu zagrał przeszło 3000 koncertów, z czego ponad połowę w ramach trasy Never Ending Tour, którą rozpoczął w 1988 roku i kontynuuje do dziś. Jego zdaniem, to na scenie realizuje się pełen potencjał obu sztuk, który ujawnia zarazem kluczową różnicę między nimi. Poezja może być doświadczana i kontemplowana w samotności. Muzyka rodzi się pomiędzy ludźmi, to „romans między artystą a widownią”, wspólna podróż do tych alternatywnych światów i z powrotem. Według Dylana muzycy przejęli rolę pełnioną niegdyś przez poetów. Dziś to oni są komentatorami rzeczywistości, a ich utwory potrafią łączyć ludzi tak, jak wiersze wiążą czas. „Nikt dziś nie uczy się wierszy na pamięć, ale każdy zna słowa ulubionej piosenki” – powiedział w filmie z 2019 roku Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese.

W eksperymentalnym dokumencie (dostępnym na Netfliksie) Scorsese przeplata archiwalne materiały ze słynnej trasy z 1975 roku z fikcyjnymi historiami i postaciami, naśladując w warstwie filmowej unikatowy styl Dylana. Ukazuje chaotyczny świat, w którym wszystko jest możliwe. To świat sztuki, któremu poezja dostarcza słów, a muzyka rytmu. Tętniący życiem system budowany przez następujące po sobie pokolenia artystów, o których Dylan śpiewał już na debiutanckiej płycie. Muzyk nie jest centrum tego uniwersum, ale jego ważną częścią. W przeszło dwugodzinnym filmie pojawia się tylko kilka razy. Rzadko spogląda w kamerę, wydaje się zamyślony, trochę zniecierpliwiony. Jak gdyby uważał, że ma ważniejsze rzeczy na głowie. Być może chce zabrać się do pisania (jesienią 2022 roku ukaże się jego nowa książka The Philosophy of Modern Song) albo wrócić do studia i grać?

„Wiele osób pyta mnie, co znaczą moje utwory. Zawsze odpowiadam to samo: »nie wiem«. Napisałem setki piosenek. Ważniejsze od tego, co znaczą dla mnie, jest, co słyszą w nich inni, jakie wywołują emocje, jak brzmią. Chodzi o to, by brzmiały dobrze” – powtarza z uporem 80-letni dziś Dylan. Być może dlatego jedyna właściwa odpowiedź na pytanie, czy artysta jest lepszym muzykiem, czy poetą brzmi: jest po prostu Bobem Dylanem.


(Fot. Chloé Le Drezen)

Tekst pochodzi z majowego wydania „Vogue Polska”, którego tematem przewodnim jest poezja. Do kupienia w salonach prasowych i online.

Julia Właszczuk i Maria Fredro-Smoleńska
  1. Ludzie
  2. Portrety
  3. Bob Dylan: Poeta czy muzyk
Proszę czekać..
Zamknij