Znaleziono 0 artykułów
30.11.2018

Cena sławy

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)

Jeśli spojrzeć na przemiany, które w ostatnich latach zachodzą w Hollywood, można potraktować „Narodziny gwiazdy” jako film skrojony na reakcję na nie. W rzeczywistości jednak debiut reżyserski Bradleya Coopera podsumowuje coś znacznie więcej niż walkę kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych o równouprawnienie. To raczej uniwersalna opowieść o sięganiu po marzenia, za którymi kryją się gorycz kompromisów i wyrzeczeń.

Jest w tym filmie piękna scena, w której bohaterowie grani przez Lady Gagę i Bradleya Coopera (tak, reżyser zaryzykował i obsadził siebie w roli głównej, chociaż jego ostatnie projekty okazały się finansowymi klapami) siedzą w łazience. Ona się kąpie, on popija drinka na brzegu wanny. Kochają się bez pamięci, ale nie potrafią powiedzieć sobie nawzajem, czego w sobie nie lubią. On ma do niej żal, że stała się produktem dla mas, jak on niegdyś, ona nie potrafi poradzić sobie z jego alkoholizmem, choć przecież odkąd się poznali, nie wylewał za kołnierz. 

W tej scenie widać całe napięcie, które ten film buduje. Bo chociaż podobnych fabuł oglądaliśmy już na pęczki, to „Narodziny gwiazdy” nie są tylko opowieścią o cenie sławy i niemożliwości realizowania siebie, gdy rzesze fanów oczekują osiąnięć, ale też kameralną historią miłosną o dwójce artystów, których uczucie stanęło na drodze do kariery. Hollywood kocha takie tematy. Nic dziwnego, że to już czwarta realizacja scenariusza z lat 30. XX wieku (w pierwszej wersji występowali Janet Gaynor i Fredric March, potem Judy Garland i James Mason w 1954 roku, Barbra Streisand i Kris Kristofferson w 1976 roku oraz Aditya Roy Kapur i Shraddha Kapoor w 2013 roku). Mimo upływu czasu ta bajka o niepoprawnym Kopciuszku wciąż ma dużą moc oddziaływania…

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)
Reklama

W „Narodzinach gwiazdy” najbardziej fascynuje teoretycznie nic nieznaczące tło. Pierwsze spotkanie Ally i Jacka odbywa się w klubie, w którym gwiazdami są transwestyci. Ally jako jedyna kobieta została dopuszczona do tego, by występować razem z nimi. Jacka, międzynarodowej gwiazdy, nie powinno tam być w ogóle. Pragnienie wypicia drinka było jednak dla niego tak silne, że zdecydował się wejść do pierwszego lepszego baru, w którym wciąż może się napić czegoś mocniejszego.

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)

Patrząc na to, co dzieje się aktualnie w Hollywood – na upominanie się aktorek i wszelkiej maści mniejszości o równe traktowanie i poświęcanie im ekranowej obecności na równi z białymi facetami – można pomyśleć, że Cooper oddaje cesarzowi, co cesarskie. A jednak, im dalej w las, tym bardziej widać, że reżyser w nosie ma uleganie trendom. Jego film z minuty na minutę staje się coraz bardziej staroświecki, wręcz anachroniczny. Tak jakbyśmy przenieśli się w czasie do okresu, gdy miłość znajdywało się w tanim barze, a Tinder był pieśnią przyszłości.

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)

Paradoksalnie, stanowi to największą siłę produkcji, bo pozwala osadzić bohaterów w ramach gatunku, który tak bardzo kochamy. „Narodziny gwiazdy” nie ograniczają się jednak do powtórki ze znanej historii, tylko starają się wyjść poza jej ramy. Bo jak inaczej postrzegać udział Lady Gagi, gwiazdy, która przyzwyczaiła nas do ekstrawaganckich strojów (pamiętacie, jak na rozdaniu Grammy zjawiła się w kreacji ze świeżej wołowiny?), a przed kamerą występuje sauté? Artystka nie ma makijażu, a jej sceniczne kostiumy tak samo często budzą zachwyt, co politowanie. Cooper postarał się, żebyśmy zadali sobie pytanie, jaka wysoka jest cena, którą artysta płaci za popularność. Czy wymagania stawiane jej przez wytwórnie są czymś, co możemy zaakceptować, czy jednak zaczyna nam być jej żal, choć na koncertach rozpala wielotysięczną widownię? 

Trudno nie odnieść tego do kariery samej Gagi, która musiała latami starać się o uznanie krytyki opornej wobec jej talentu. Najczęściej lądowała w worku z napisem „tani, ładny pop”, nie doceniano jej zdolności wokalnych, nie mówiąc już o autorskich tekstach. Tutaj oglądamy Gagę, jakby żywcem wyjętą z własnej przeszłości. Jest naturalna, niepewna siebie, zakompleksiona, uległa, gotowa na kompromisy i wyrzeczenia. Czy taka była, zanim stała się ozdobą okładek brukowców? Naturalność artystki na ekranie nie pozostawia wątpliwości, że musi sobie zdawać sprawę z tego, o czym opowiada. Jej kreacja jest wiarygodna, czytelna, autentyczna. Kupujemy ją bez reszty, każde jej zatrzepotanie powiekami rodzi pytanie: czy to już gra świadomej diwy, czy jeszcze tik niepewnej siebie trzpiotki?

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)

Najbardziej aktualne w „Narodzinach gwiazdy” jest ostatecznie przedstawienie kobiety, która – choć znajduje się wiele progów popularności za przodującym w tej kwestii mężczyzną – nie zawaha się użyć siły, zwłaszcza tej fizycznej. Lady Gaga sprawdza się w tych scenach świetnie. Moment, gdy napada na naprzykrzającego się Jacksonowi w barze mężczyznę, jest tyleż niewygodny, co zachwycający. Dziewczyna ładuje mu pięść między oczy, a film odwraca znany schemat. Opuchlizna na pięści Gagi, którą bohater Coopera próbuje zmniejszyć mrożonym groszkiem, jednocześnie niepokoi, bawi i wzrusza. W tego typu historiach to facet ładował się z pięściami przed kamerę. W tym przypadku to Gaga wyznacza sprawiedliwość na własną rękę. Jest silną, niezależną i pewną siebie kobietą, która bezpardonowo radzi sobie z płcią przeciwną, ale ulega innej opresji, pozwalając watażkom z wytwórni decydować o jej karierze. A Cooper pyta, gdzie kończy się walka o feminizm, a zaczyna rozpaczliwa próba ratowania siebie samego?

Gaga gra ze swoim wizerunkiem, w czym wtóruje jej Cooper. Scena, w której bohaterowie przekomarzają się w wannie, jest jedną z piękniejszych w filmie, a jej przesłanie wychodzi naprzeciw obowiązującym w Hollywoodzie trendom. Jackson podziwia u Ally jej rzęsy, które okazują się jedynie nalepioną na powiece kreską. Gaga proponuje, żeby mężczyzna pokazał się jej z takimi rzęsami na swojej twarzy. Moment ich przylepiania jest jednym z najbardziej erotycznych w kinie A.D. 2018, choć nagi jest tu jedynie tors Coopera, a ciało Gagi kryje się głęboko pod pianą. Są tu erotyzm, igranie z płciowością i zabawa z oczekiwaniami widza, który w Jacksonie dopatruje się faceta z przeszłości – zdobywcy zainteresowanego jedynie podporządkowaniem sobie wybranki. Tutaj ten wizerunek pęka i rozbija się w drobny mak.

Kadr z filmu „Narodziny gwiazdy” (Fot. Materiały prasowe)

Ich równość najbardziej zaznacza się na scenie, choć to akurat tutaj rozśpiewana Gaga powinna zjeść Coopera na śniadanie. Aktor spędził ponad rok na nauce śpiewu, a efekty są przednie. Duet, w którym wykonują razem „Shallow”, to oscarowy pewniak. Szlagier ściska za serce, a jego melodyjność sprawia, że jeszcze w trakcie wykonywania utworu zaczynamy nucić go z artystami. I to niejedyny taki przypadek tutaj. Gaga i Cooper mogą już szykować miejsce na półce z nagrodami, bo Oscara mają jak w banku. Ten film śpiewem stoi.

„Narodziny gwiazdy” mają bowiem strukturę klasycznego musicalu, gatunku dziś nie tyle zapomnianego, ile próbującego na nowo się odrodzić. Przykład „La La Land” pokazał, że jest na niego zapotrzebowanie, ale film Coopera idzie mu właściwie pod prąd. Wiele lat temu, w czasach, gdy Hollywood opinał gorset obyczajowej cenzury, musical stał się gatunkiem rozsadzającym ramy poprawności politycznej i społecznej, pokazywał oderwanych od etykiety ludzi, którzy za nic mieli konsekwencje nagłych tanecznych zrywów. Dziś potrzebujemy podobnego rozluźnienia mocniej niż kiedykolwiek. W czasach, gdy poprawność polityczna i niewyraźność twórców biorą górę nad odwagą produkcji, „Narodziny gwiazdy” przypominają, że można zaryzykować i osiągnąć sukces. Bo o tym jest nie tylko fabuła tego filmu, ale też jego dzieje. Wielokrotnie dyscyplinowany przez producentów reżyser nie ugiął się i choć namawiano go, by nie grał głównej roli, a kreację piosenkarki powierzył innej artystce, postawił na Gagę. W efekcie dostaliśmy jeden z ciekawszych komercyjnych filmów tego roku, który zachwyca zarówno widownię, jak i koneserów kina. Wszak jego międzynarodowa premiera odbyła się na prestiżowym festiwalu w Wenecji, gdzie zebrała bardzo dobre noty krytyków. Cóż, wygląda na to, że tytuł odnosi się także do Coopera jako reżysera i Gagi jako aktorki.

Artur Zaborski
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę