Znaleziono 0 artykułów
30.03.2021

Albo huragan, albo bezruch. Życie z chorobą dwubiegunową

(Fot. Getty Images)

Choroba dwubiegunowa skazuje cię na nieustanne odbijanie się pomiędzy depresją a pobudzeniem i sprawia, że twoje relacje, kariera i plany zaczynają się rozpadać. Z tej pułapki nie wydostaniesz się o własnych siłach. Potrzebujesz specjalistycznej pomocy oraz wsparcia bliskich, a przede wszystkim zrozumienia, że bipolar to choroba jak każda inna.

Oderwijcie na moment wzrok od ekranu i pomyślcie o swoich koleżankach i kolegach: przynajmniej jedna z tych osób ma do czynienia z chorobą dwubiegunową. Może na nią cierpieć sama lub dotknęła kogoś z jej bliskich. Albo chorujecie na nią właśnie wy, lecz utknęliście w cierpieniu, bo w Polsce wciąż lepiej się do niej nie przyznawać.

W Polsce, która według oficjalnych danych jest oazą zdrowia psychicznego w całej Unii Europejskiej. W badaniu przeprowadzonym w 2020 roku przez The Institute for Health Metrics and Evaluation odsetek chorych na depresję wynosił u nas 2,8 proc. i był najniższy we Wspólnocie. Zanim jednak zaczniemy sobie gratulować, musimy najpierw doczytać kluczową uwagę autorów opracowania: zastrzegają oni, że ponaddwukrotnie większa liczba w krajach zachodnioeuropejskich to zapewne efekt dużej świadomości problemu i braku stygmatyzacji pacjentów. Podkreślają jednocześnie, że w ciągu ostatnich kilku lat liczba zachorowań zaczęła tam spadać, podczas gdy w Polsce krzywa się wspięła. 

Pomiędzy ekstremami

Wspomniane badanie dotyczy wprawdzie depresji jako takiej, ale przywołałem je z dwóch powodów. Po pierwsze, aby pokazać, że choć choroby psychiczne już dawno temu przybrały skalę epidemii i cierpieć na nie może nawet kilka milionów Polaków, to w wielu naszych domach i miejscach pracy nadal stanowią one tabu. Ukrywamy je więc tak długo, jak tylko możemy, ryzykując znacznie więcej niż dobrą opinię lub szacunek, na który ciężko pracowaliśmy. Ryzykujemy nasze życie. 

(Fot. Getty Images)



A po drugie, depresja to jedna z twarzy choroby dwubiegunowej. Po przeciwnej stronie są z kolei okresy nadmiernego pobudzenia. „W pokoju nade mną mam wrażenie jakby ktoś sztangą cały czas rzucał, a pode mną ktoś narzeka i narzeka i płacze cały czas” – świadomie lub nie, w jednym ze swoich tekstów Taco Hemingway zawarł streszczenie życia z tzw. bipolarem, bo to właśnie rozpięcie między skrajnymi emocjami jest jego istotą.

Nikt nas tego nie uczy

Mignęło mi niedawno przed oczami linkedinowe powiadomienie o nowej pracy kolegi. Otworzyłem okno wiadomości i wystukałem gratulacje. Odpisał natychmiast. Najpierw podziękował, a chwilę potem zapytał o mój wpis sprzed kilku dni. Nazwał go „niepokojącym”. 
– Choroba dwubiegunowa potrafi dać w kość – odpowiedziałem bez owijania w bawełnę. 
– No wiem, wiem… – skomentował, a potem kontakt się urwał. 
Nie miałem o to do niego żalu. Nikt nie uczy nas, jak reagować w takiej sytuacji. Współczuć? Dopytywać o samopoczucie? Czy zaoferować pomoc? Tylko jaką?

Albo huragan, albo bezruch

Żeby choć trochę wyobrazić sobie, jak to jest, możecie zrobić eksperyment. Jeśli macie piwnicę, najlepiej taką bez okien, zejdźcie do niej kiedyś po zmroku bez latarki czy komórki, a następnie zgaście światło. Chociaż znacie to miejsce, mrok i tak otumani wasze myśli i splącze wasze ruchy. Ta ciemność to depresja. Gdy po chwili zapalicie światło, nagła jasność wcale was nie uspokoi. W pierwszej chwili obrazy mogą zacząć wirować i poczujecie niepokojące pobudzenie. To drugie oblicze choroby, tzw. epizod manii. 

Mam to szczęście, że moja mania nie dewastuje wszystkiego, bo nie podejmuję nadmiernego ryzyka dla życia lub zdrowia. Ale obraca w gruzy znaczną jego część – potrafię przepuścić na bezrefleksyjne zakupy znaczną sumę pieniędzy, ze skrytej osoby staję się nagle gadułą, która utrudnia pracę innym, a przede wszystkim nabieram przekonania o tym, że niczym Neo z Matrixa jestem wybrańcem. Tym zrażam najbardziej, bo od osób, na których mi zależy, oczekuję wtedy pełni uwagi, tu i teraz. Jestem wtedy bogiem, a bogu się nie odmawia, więc gdy nie są w stanie spełnić moich żądań, domagam się ich jeszcze bardziej. W najbardziej skrajnym momencie potrafiłem wparować jak huragan do biura bliskiej mi osoby i przy obcych ludziach wszcząć awanturę. Natomiast znacznie dłuższe okresy depresji to czas bezruchu i walki o dosłownie każdą aktywność oraz choćby najmniejszą pozytywną myśl.

W błędnym kole

Czasami słyszę, że bipolar ma także dobre strony, bo wyzwala kreatywność. Bzdura! To prawda, że w okresie manii mogę pracować dłużej i efektywniej niż zazwyczaj, ale w okresie depresji ucieka mi czas i najlepsze pomysły. Dlatego w przypływie energii chyba podświadomie nadrabiam zaległości, co kończy się potwornym zmęczeniem oraz bólem głowy od niewyspania, gonitwy myśli i intensywnej pracy. Tu zaczyna się spadanie i błędne koło się zamyka. Nazywam ten cykl falowaniem, bo przypomina unoszenie się na rozjuszonym morzu. Fala unosi cię na moment na swoim grzebiecie, a następnie zatapia, szoruje tobą po dnie i wypluwa nieprzytomnego na brzeg. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, i tak bez końca.

(Fot. Getty Images)

Wyobraźcie sobie, że…

Wprawdzie o chorobach psychicznych więcej się ostatnio pisze, ale nadal właściwie o nich nie rozmawiamy. Jedynie politycy co jakiś czas wykłócają się o nie w świetle kamer. Ci głosowali za, tamci przeciw – i tak non stop, bo mało kto wie, że ta przepychanka trwa od dawna, a chorzy są w niej na ostatnim miejscu.

Jeszcze dłużej, bo od dziesięcioleci, zamiatamy ich temat pod dywan. Wmawia się nam od małego (wcale nie trzeba tego mówić wprost, wystarczy zmienić lub przemilczeć temat), że są one oznaką słabej psychiki i braku charakteru. 

Słabej psychiki? 

To wyobraźcie sobie, że setki razy dziennie ktoś powtarza wam, że wszystko co robicie, jest ch…..e. 
Albo że na widok swojego odbicia w lustrze czujecie wstręt.
Albo że patrzycie na adoptowaną kotkę i wydaje wam się, że ma u was o wiele gorzej niż w ciasnym boksie w przychodni.
Albo że rozpadają się wasze związki i relacje z przyjaciółmi, bo stajecie się kimś zupełnie innym niż osoba, którą znali.
Albo że emocje i impulsy po raz tysięczny biorą górę nad rozumem, choć obiecywaliście sobie, że tak już nigdy nie będzie.
Albo że czujecie nadludzki przypływ mocy i zaczynacie dziesięć projektów naraz, ale tylko je rozgrzebujecie i w bólach kończycie ledwie jeden z nich.
Albo że wreszcie zaczynacie wierzyć, że świat byłby o wiele lepszym miejscem bez was i jedyna przysługa, jaką możecie mu zrobić, to z niego na zawsze zniknąć.
I że nie macie już nadziei, że te wszystkie myśli kiedyś ustaną.

Największy dramat chorych

Repertuar, którym dysponuje choroba dwubiegunowa, jest niewyczerpany. I nie ma od niego odpoczynku, żadnych weekendów i urlopów. Te myśli kłębią się w głowie jak chmara komarów, która obsiada całe ciało. Utłuczesz jednego, ale w tym czasie ukąsi cię kilka innych. Po jakimś czasie stajesz się zmęczony i bezsilny. W takich warunkach wasz świat zaczyna się nieuchronnie sypać. Nie ma w nim miejsca na plany, które sięgają dalej niż następna godzina.

Więc wyobraźcie sobie, jak silnym trzeba być, żeby mimo to wstawać rano, spotykać się z ludźmi, wykonywać swoje obowiązki lub w ogóle żyć. Większość osób musi to znosić, bo leki lub terapia to w naszym kraju nadal powód do wstydu. Przedstawia się jako wyrok, jako trwałą niezdolność m.in. do pracy, a czasami wręcz zagrożenie dla innych. Pacjenci wytrzymują sporo, ale akurat tej mentalnej granicy wielu z nich nie jest w stanie pokonać. To ich największy dramat, bo z kontrolowaną chorobą można ponownie cieszyć się życiem i pracować w pełni efektywnie. 

(Fot. Getty Images)

Promień światła

Początek choroby nie ma klucza. Podobno najczęściej jest ona zapisana w genach, ale czasem zaczyna się od problemów w życiu prywatnym czy niepowodzeń w pracy. Bywa także spadkiem po trudnym dzieciństwie, ale jej źródło nie jest istotne – ważne jest to, że nigdy nie wiemy, jak daleka jest droga od zmiany zachowania waszej koleżanki lub kolegi, do skrajnego zmęczenia i podjęcia przez nich decyzji, po której nic już nie będzie możliwe. Zostaną same pytania, z tym jednym najważniejszym: czy mogliśmy coś zrobić, żeby temu zapobiec?

Dlatego jeśli macie choćby cień przypuszczenia, że dzieje się coś niedobrego, zapytajcie. Dalsza droga to specjalistyczne leczenie, które wymaga kolejnej porcji odwagi. Często oznacza ono miesiące, a nawet lata szukania odpowiednich leków i metod terapii. Możliwe również, że w międzyczasie przyjdzie moment, gdy świat runie jeszcze bardziej, jak niedawno runął mój. 

Najpierw wszystkie siły na zmagania z chorobą przekierowałem na bieganie. Ale nie dla kondycji. Na pusty żołądek biegałem tak obsesyjne, że po powrocie leżałem pół godziny na podłodze i – szczerze – miałem nadzieję, że już się z niej nie podniosę. Wreszcie jednak wstawałem, a ponieważ organizm się bronił, na koniec dnia objadałem się. Tu wkraczały wyrzuty sumienia, dlatego za każdym razem kończyłem z głową w sedesie. Wymioty wysysały ze mnie resztki sił.

W pracy natomiast albo nie odzywałem się przez cały dzień, albo nie wytrzymywałem i złościłem się dosłownie o wszystko. Atakowałem na oślep, a gdy podczas spotkania z dyrektorem ważnego działu zacząłem przeklinać, wiedziałem, że przekreśliłem wszystko, co osiągnąłem ciężką pracą. Zniknąłem z biura.

Straciłem również jedyną osobę, którą kiedykolwiek uważałem za przyjaciela. Odkąd dowiedziała się o bipolarze, wspierała mnie jak nikt inny. Miałem wtedy tak złe zdanie o samym sobie, że nie uważałem, abym zasługiwał na zdrowie. Powiedziała, że w takim razie mam walczyć z chorobą dla niej. Wraz z pogorszeniem to na nią zacząłem jednak przerzucać i smutek, i frustrację z powodu braku efektów. Przez długi czas chłonęła to wszystko, aż wreszcie przekroczyłem granicę i wparowałem do jej pracy, domagając się przy obcych osobach deklaracji, że… już jej na mnie nie zależy, że jestem śmieciem. Rozumiesz ten podstępny mechanizm choroby?

Zdrowa część mnie stała wtedy obok, za grubą szybą, waliła o nią pięściami i błagała, abym przestał. Na próżno. Patrzyłem na własny amok, byłem jego w pewien sposób świadomy, ale nie mogłem nic zrobić. Ostatnim obrazem, jaki zapamiętałem, były jej zaciśnięte ze złości usta i słowa: nie mamy już o czym rozmawiać.

Został mi jednak po niej promień światła w ciemnej piwnicy. Nadzieja, że kiedyś uda się z niej wyjść. Samemu, bez odpowiedniego wsparcia, jeszcze nikt nie zdołał się z niej wydostać. I nigdy nie zdoła. Dlatego jestem pod stałą kontrolą lekarza, przyjmuję leki, a niebawem zaczynam 12-tygodniową terapię dzienną. Mam nadzieję, że w tym czasie przekonam się, że zasługuję na zdrowie. Bo każdy zasługuje.

Mateusz Finowski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę