Znaleziono 0 artykułów
22.02.2020

Demontaż atrakcji. Ania, nie Anna

(Fot. materiały prasowe Netflix)

„Ania, nie Anna” to fresk społeczny z prawdziwego zdarzenia. Serial mnoży postaci, które niuansują świat sprzed stu lat, jaki dotąd sobie wyobrażaliśmy. Składa też hołd rdzennej ludności Kanady. Dlatego przedstawiciele Mikmaków protestują przeciw decyzji Netfliksa o zakończeniu produkcji.

Ania, nie Anna – to upomnienie co do własnego imienia wiele mówi o tym, jak widzimy siebie samych. Mnie pytano: „Adriana czy Adrianna?”. Odpowiadałam, że wszystko jedno, byle nie Ada. A któż nie marzył, żeby w ogóle zmienić imię, na przykład – jak bohaterka z Zielonego Wzgórza – na „księżniczka Kordelia”. Romantyczne miano to podstawa i ja też miałam na ten temat swoje fantazje. Wszystkie moje lalki nazywały się Mortadela, bo wydawało mi się, że brzmi wzniośle. Wcale nie kojarzyłam imienia z kiełbasą, tylko z jakąś bladolicą damą w mrocznym gotyckim zamku.

(Fot. materiały prasowe Netflix)

Dziewczyńskość w stanie czystym – to była „Ania z Zielonego Wzgórza”, która pozwalała na patos i emfazę w dowolnej ilości. „Wypłakała się serdecznie w samotności swojego pokoiku na facjatce, a płacz ten ukoił jej nerwy i przywrócił zwykły, pogodny pogląd na świat” – pisząc to Lucy Maud Montgomery, musiała dobrze znać niedole naszych emocji. Choć nie mam facjatki, wciąż zdarza mi się tak czuć, mimo że dawno mam za sobą okres dojrzewania. Gdy w wieku średnim doświadczam huraganu uczuć i chcę zalec pod kocem samotnie ze swoim żalem, nazywam siebie „jesieniarą”.

Jesieniary nie są jednak tak aktywne, szalone, wygadane jak niegdyś były Anie. Dziewczyny (i chłopcy, bo słowo „Ania” jak „jesieniara” określa także płeć męską), które pisały wiersze, opowiadania czy nawet powieści i dawały je bratnim duszom do czytania. Rysowały: drzewa, kwiaty czy portrety i zaprzyjaźniały się z nimi, bo ważny był zachwyt nad światem. W zeszytach nosiły cytaty – słowa, które poruszyły ich dusze. Dawały je w prezencie komuś bliskiemu jak piosenkę, tę jedyną, która mówi wszystko – nagraną na kasecie magnetofonowej. Mówię o Aniach mojego dzieciństwa. To z nimi zamykałam się w przyczepie kempingowej, by w spokoju tworzyć nasze „dzieła”. Czyściłam rów melioracyjny za pomocą kija, wierząc, że przy odrobinie wysiłku stanie się przejrzystym strumieniem, w którym będziemy się kąpać.

O byciu Anią marzył kiedyś każdy, kto żądał prawa do inności, wrażliwości i nieskrępowanej wyobraźni, co udowodnił mój kolega z łamów Mike Urbaniak. Dzięki Ani on, ja i wielu więcej zajmujemy się dziś pisaniem.

(Fot. materiały prasowe Netflix)
(Fot. materiały prasowe Netflix)

Dziś, kiedy książka Lucy Maud Montgomery wypadła z listy lektur, dzieci prędzej niż na literacki oryginał natrafią na serial Netfliksa. Tym większa jest rola serialu, który niedawno się zakończył.

Niestety, gdy Netflix obwieścił, że produkcja nie będzie kontynuowana, wielu odetchnęło. Odetchnęli przeciwnicy „Ani”, bo cóż ta przebrzmiała opowieść o pretensjonalnej dziewczynie sprzed ponad wieku miałaby wnieść do życia serialomaniaka. Ulżyło wyznawcom wersji „Ani” z lat 80., która podobno jest o całe lata świetlne bliżej literackiego oryginału.

Autorkę netfliksowego serialu Moirę Walley-Beckett atakowano cały czas. Wprawdzie zrobiła trzy sezony „Breaking Bad”, za które zgarnęła Emmy trzy lata z rzędu, ale jej zamiłowanie do przemocy i okropności miało rzekomo psuć idylliczne wspomnienie, jakie czytelnicy wynieśli z lektury „Ani z Zielonego Wzgórza”. Annabeth McNulty okrzyknięto zbyt brzydką, a Lucasa Jade Zumanna niepasującego do uniwersum Avonlea, bo jest zbyt męski i za bardzo nowoczesny. Zresztą, kto to widział, by zmieniać fabułę i wprowadzać niepotrzebne postaci? Po co komu polityczna poprawność: geje, lesbijki, feministki, rasizm, ekologia na przełomie XIX i XX wieku? Czy dziewięć tomów książki nie wystarczy, tylko trzeba jeszcze coś wymyślać?

Filmowych wersji „Ani” jest około trzydziestu i każda zmieniała literę oryginału na różne sposoby.

Gdy w roku 1919 ujrzała światło dzienne pierwsza ekranizacja „Ani”, Lucy Maud Montgomery oznajmiła, że owszem, podobają jej się zdjęcia, ale historia została tak przeinaczona, że gdyby nie wiedziała, że to jej książka, nigdy by jej nie rozpoznała. W 2010 roku zrobiono japońską „Anię” – „Akage no An: Gurîn Gêburuzu e no michi”. Zresztą ta książka w Japonii jest fenomenem kultury, który ma wiele odsłon i wciąż opowiada się go na nowo.

Skoro „Ania...” jest tak często adaptowana, musi być ważną opowieścią nie tylko dla fanów. Mówi o pokonywaniu trudności, o byciu częścią przyrody, o tym, jak za pomocą fantazji można kształtować świat. Lecz przede wszystkim o tym, jak traumatyczne doświadczenia – sieroctwa, samotności, przemocy, braku akceptacji – mają szanse być ukojone. Czy Moira Walley-Beckett miała prawo dopisać do sielanki z Zielonego Wzgórza rozliczne koszmary: lincz, zastraszanie, sprzedaż dziecka, molestowanie, gwałt, kradzież, alkoholizm, nieślubne dziecko, nienawiść rasową? Oczywiście! Bo w serialu traumy zostają uleczone. Wszystkie oprócz jednej, ale o tym za chwilę.

Ostatecznym dowodem na to, że wolno było zrobić z pełnej uniesień książki brutalny serial, jest „Ania z Wyspy Księcia Edwarda”, czyli dziewiąty tom sagi o Ani, który w pełnej wersji ukazał się w Polsce w 2011 roku. Radykalnie pacyficzny tekst jest napisany z głębi depresji, jakiej Lucy Maud Montgomery doświadczała pod koniec życia w nieszczęśliwym małżeństwie po śmierci jednego z synów, mieszkając daleko od ukochanej Wyspy Księcia Edwarda. Pisze tu o cierpieniu i zdradzie, chorobie psychicznej, przemocy domowej. O tym, jak ludzi skrzywdziła wojna, a już muszą szykować się na następną. Porusza temat Holocaustu. Z tej ostatniej książki, podobnie jak z dzienników autorki, wynika trauma jako główny wątek jej twórczości.

Nic dziwnego, przecież Lucy Maud Montgomery w niemowlęctwie osierociła matka, porzucił ojciec i wychowywali dziadkowie, dużo bardziej antypatyczni niż Maryla i Mateusz. Cała praca nad „Anią”, ale także „Emilką ze Srebrnego Nowiu”, „Rillą ze Złotego Brzegu”, „Janą ze Wzgórza Latarni”, „Historynką ze Złocistej Drogi”, „Patrycją ze Srebrnego Gaju” czy „Marigold z Czarodziejskiego Świata” była wysiłkiem zbudowania domu sobie samej. Dzieciństwo jest przywilejem, który nie staje się udziałem wszystkich. Pisarka wiedziała o tym dobrze. Dlatego kreowała romantyczne miejsca, gdzie każdy z pewną dozą wyobraźni i zamiłowania do tragizmu mógł się poczuć jak u siebie.

Gdy parę lat temu pojawiły się uwagi, że Ania mogła być obarczona alkoholowym zespołem płodowym, na co wskazuje analiza jej pobudzonego zachowania, czytelnicy podnieśli larum. Nie życzyli sobie, by diagnozować u ich ulubionej literackiej postaci zaburzenia psychiczne. Niemniej na alkoholowy zespół płodowy mogła – co wynika z jej najnowszych biografii – cierpieć sama pisarka.

(Fot. materiały prasowe Netflix)

Dlatego w serialu „Ania, nie Anna” świat wcale nie wygląda różowo. Owszem, zdjęcia są pełne słońca, ale bohaterów spotykają najgorsze tragedie. W pierwszym sezonie po to, by Gilbert mógł spotkać się z Anią w byciu sierotą, a także żeby doświadczył samotności i ciężkiej, fizycznej pracy, chłopakowi umiera ojciec. Zmienia go praca na Trynidadzie. Majątkiem odziedziczonym po ojcu dzieli się z przyjacielem Sebastianem, po czym dzieli trudy życia z jego czarną rodziną. Znajduje powołanie do bycia lekarzem. W porównaniu z postacią z książki Gilbert jest dużo bardziej dojrzały. Nie przypomina złotego chłopca, którego próżność i lekkomyślność zmienia dopiero uczucie do Ani.

W podobny sposób rozbudowane są inne postaci z powieści. Główna bohaterka wcale nie jest wciąż w centrum wydarzeń. Tyle samo uwagi dostają choćby jej opiekunowie Maryla i Mateusz, ich rozwój w relacji z Anią oraz własne sprawy. Albo najlepsza przyjaciółka Diana, która zaczyna rozumieć koszt pochodzenia z burżuazji, gdzie dostaje się wszystko oprócz samodzielności.

„Ania, nie Anna” to fresk społeczny z prawdziwego zdarzenia. Oglądamy tu kobiety różnych ras i klas, które prezentują różne modele kobiecości. Oschła, apodyktyczna, kontrolująca Maryla otwiera się, mięknie i nie dość, że wstępuje do klubu feministycznej książki, to i do rady miasta. Jej zażywna, wścibska przyjaciółka pani Lynde, matka dziesięciorga dzieci, rządzi społecznością bez oglądania się na męża. Inaczej niż pani Barry, potulna damulka, która zrobi wszystko, co zdecyduje jej małżonek, który mógłby ich przecież wszystkich kupić. Nauczycielka panna Stacy to feministka w spodniach, która uwielbia reperować i konstruować. Diabelsko inteligentna odstrasza mężczyzn, gromadzi wokół siebie całą młodzież, wydaje gazetę oraz przewodzi strajkom. Zaś Mary, praczka z czarnego getta Bagna, sama wychowuje nieślubnego syna, który wpada w alkoholizm, gdy ona zakłada nową rodzinę.

Nie jest to typowy obraz czarnych w Ameryce na przełomie XIX i XX wieku, widziany zwykle przez pryzmat niewolnictwa, lecz wnikliwy portret tego, jak żyje czarna społeczność i w jaki sposób jej członkowie różnią się od siebie. Serial mnoży postaci, które niuansują świat sprzed stu lat, jaki dotąd sobie wyobrażaliśmy. Składa hołd nie tylko Lucy Maud Montgomery, ale pisarkom, które przetarły jej drogę: tytuły odcinków pierwszego sezonu cytują „Jane Eyre” Charlotte Brontë, drugiego „Miasteczko Middlemarch” George Eliot, a trzeciego „Frankensteina” Mary Shelley. Nie przypadkiem też za większość odcinków odpowiadają reżyserki, skoro całość jest pieśnią pochwalną na rzecz feminizmu.

Tematem pierwszego sezonu jest Ania – jej kłopoty z zaadaptowaniem się w szkole, w domu i to, jak jej obecność zmienia całe Avonlea. W tle pojawia się już sympatia dla Gilberta i buduje napięcie, które nieuchronnie zmierza do pocałunku w ostatnim odcinku ostatniego sezonu. Lecz najważniejsza jest przyjaźń, to, że Diana i Ania się wspierają (i wspólnie upijają!), Ania ratuje małe dziecko, Cuthbertowie podejmują ryzyko wychowania jej, a mieszkańcy wioski przekonują się do idealistycznej, zbuntowanej dziewczyny.

Jak walczyć o zmianę społeczną, jak polubić siebie, jak się wspierać, przyjaźnić, jak wybaczać i zaufać komuś, a zwłaszcza dziecku – to pytania, które ten serial stawia w centrum.

Drugi sezon to opowieść o odmienności: rasowej i seksualnej, którą zaakceptować jest dużo trudniej. Niezrozumiany i dręczony w szkole Cole musi wyjechać do miasta, aby być sobą i normalnie się rozwijać. Przygarnia go ciotka Diany, która widzi we wrażliwym, uzdolnionym artystycznie geju samą siebie. Poza tym jest mowa o oszustwie, chorobach i zagrożeniu, które jest bardzo blisko, czasem we własnym domu. Uczennica uwiedziona w szkole przez nauczyciela ucieka sprzed ołtarza i wybiera własną drogę, prosząc ojca, by dał jej posag na naukę.

Temat molestowania powraca w trzecim sezonie, gdy chłopak usiłuje wziąć dziewczynę siłą, po tym jak ich rodzice ubili interes małżeński. Afera, którą rozpęta Ania, by bronić szacunku do kobiet i ich decyzji, co chcą robić z własnym ciałem, doprowadza do brutalnych zbiorowych działań. Przemoc – zbiorowa, ale też idąca z góry i trwająca bez końca – o tym jest trzeci sezon. Finał nie przynosi rozwiązania.

Na wieść o zakończeniu produkcji wielu odetchnęło. Głośno za jej kontynuowaniem opowiedzieli się tylko przedstawiciele Mikmaków, czyli ludzi, o których dawno nie mówi się już „Indianie”, tylko „ludność rdzenna” albo „Pierwszy Naród”. Bo dla Mikmaków było świętem, że po raz pierwszy opowiedziano ich historię w mainstreamowej produkcji telewizyjnej.

Na ziemiach obecnej Kanady mieszkają od 10 tysięcy lat, a dopiero teraz członkowie ich społeczności grają istotne role na ekranie. Ewidentnie trzeci sezon serialu jest hołdem dla tych, którzy byli tu wiele lat przed Anią. Współpracowali przy tworzeniu scenariusza. Jednak gdy zaproszono ich przed kamerę, wcale nie zgłosili się tłumnie na castingi. Byli nieufni. Moira Walley-Beckett uparła się, że nie zatrudni tzw. Hollywood Race Fakers, czyli osób innego pochodzenia, które udawałyby Mikmaków. Chciała, żeby ich obecność była autentyczna. Dlatego nabór do „Ani, nie Anny” prowadzono na wyspie Lennox, gdzie żyją członkowie Pierwszego Narodu. Spośród nich wybrano Kiawenti:io Tarbell, mieszkającą w wigwamie koleżankę Ani. Napisano dialogi w oryginalnym języku plemienia: nie w sztywnym, słownikowym stylu, lecz w żywych, potocznych formach. Mikmakowi widzowie docenili etnograficzną dokładność: fryzur, strojów, potraw. A także fakt, że w ścieżce dźwiękowej znalazł się hymn ich plemienia.

Przede wszystkim opisano w szczegółach największy wyrzut sumienia w historii Kanady, czyli Canadian Indian residential school system – zespół szkół katolickich, które odbierały ludności rdzennej dzieci i odcinały je od korzeni. Nadawały im nowe imiona, religię, obcinały włosy, stosowały przemoc i prowadziły na nich eksperymenty medyczne. Wszystko pod hasłem cywilizowania dzikich. Ocenia się, że w takich szkołach zmarło od trzech do sześciu tysięcy dzieci, których nigdy nie udało się odnaleźć.

System zaczął funkcjonować w 1870, a ostatnią szkołę zamknięto dopiero w 1996 roku. Wytępił kulturę plemion takich jak Mikmakowie i zostawił blizny, jakie nie mogą się zagoić nawet w postępowym społeczeństwie Kanady.

Dlatego właśnie Mikmakowie chcą, aby nakręcić nowy sezon. Nie zostawiać ich wątku przerwanego w najbardziej drastycznym momencie, gdy rodzice porwanej dziewczynki czekają w naprędce rozbitym obozie, aż Ka’kwet uwolnią ze szkoły-więzienia ksiądz i zakonnice.

Za Mikmakami wstawili się inni fani, dzięki którym pod hasłem #renewannewithane toczy się kampania crowdfundingowa. Postawiono już kilka billboardów z żądaniem, by dla sprawy rdzennych mieszkańców kontynuować „Anię...”. Ktoś, widząc akcję w Arizonie, wykupił kolejne 11 billboardów. Ruch zatacza coraz szersze kręgi. Co ciekawe, poparli go głównie biali mężczyźni, m.in. aktor Ryan Reynolds i piosenkarz Sam Smith. Podkreślają, że przedwczesny finał serialu powoduje niemożność rozwiązania sprawy. Nie tylko symbolicznie w fabule filmu, ale i w prawdziwym świecie.

Czy twórcom wystarczy fantazji, aby załatwić ją na ekranie? A potem skłonić do tego same władze Kanady? Biedną Ka’kwet zakonnice ochrzciły Grace, imieniem łaski. To, jak chcemy, aby nas nazywać, to nasze prawo, tożsamość, czyli polityka. A więc Ka’kwet, nie Grace. Pierwszy Naród, a nie Indianie.

Adriana Prodeus
Sortuj wg. Najnowsze
Komentarze (2)

Joanna Okularczyk24.02.2020, 19:36
Skojarzenia imienia Mortadela z bladolicą damą mogę z łatwością wytłumaczyć. W książce O dwóch takich co ukradli księżyc występuje hrabia Mortadela ;) Artykuł świetny, pozwala spojrzeć na serial z zupełnie innej strony i zaakceptować irytujące do tej pory zmiany.

Wczytaj więcej
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę