Znaleziono 0 artykułów
31.07.2019

Dla Naomi szyliśmy z luzami

Naomi Campbell na pokazie Alaia, 1991 rok ( Fot. Guy Marineau, Getty Images)

Wizyta Naomi Campbell w Warszawie była, zupełnie niechcący, zwiastunem nadejścia w polskiej modzie nowej ery. Ta nadchodziła niespiesznie, ale z przygodami. W naszym nowym cyklu opowiemy, jak w latach 90. hartowała się polska moda.

Było wrażenie odświętności, no pewnie. Prywatny samolot, osobna garderoba, ochroniarze, fryzjer, makijażystka – to robiło wrażenie. I jeszcze stopniowanie napięcia. Na konferencję prasową spóźniła się godzinę, trochę była miła, ale gdy padło pytanie o aktualny romans, odpowiedziała dziennikarzowi, że to nie jego sprawa. Wizyta Naomi Campbell w Warszawie zelektryzowała polskich fanów mody. To był pierwszy raz, kiedy tej klasy modelka ze świata przyjechała do Polski, w dodatku prezentować polskie stroje.

Ulica ubiera się na ulicy

W 1994 roku sweter kosztował około miliona złotych, chyba że kupowało się na ulicy – wtedy był nieco tańszy. Na ulicy zresztą kupić było najłatwiej. W Warszawie wokół Pałacu Kultury rozciągał się gigantyczny bazar, tam swetry nie były może najmodniejsze, ale gdy dobrze poszukać, można było znaleźć nawet za 220 tysięcy. W Domach Centrum swetry w geometryczne wzory kosztowały 1,3 mln zł, w House of Carli Gry – pierwszej na polskim rynku skandynawskiej sieciówce – były bajecznie kolorowe, ale ceny naprawdę ciepłych dochodziły do 2 mln. Poza tym można było poszperać w butikach.

Naomi Campbell w latach 90. (fot. East News)

Miliony brały się stąd, że ceny wciąż jeszcze stabilizowały się po hiperinflacji z czasu przełomu ustrojowego. Rok później, w wyniku denominacji, były już niższe o cztery zera.

W 1994 roku z modą w Polsce było trochę tak jak z tymi milionami – mówiło się o niej, ale mocno na wyrost. Dogorywały marki znane z PRL – syndyk domykał Modę Polską, Hoffland wciąż działał, ale stracił blask, potężny przemysł odzieżowy przegrywał w starciu z wolnym rynkiem i programem powszechnej prywatyzacji. Powstawały setki odzieżowych firm, ale raczej takich, które chciały ubrać panie do pracy, ewentualnie na bal, niż czerpać ze światowych trendów. Szeroko pojęta ulica ubierała się na ulicy.

W 1994 roku 86 proc. Polek i Polaków deklarowało w sondażu, że nie zna osobiście żadnego homoseksualisty, 79 proc. nie godziło się, by gej mógł być nauczycielem, a 63 proc., by pełnił urząd publiczny. Mniej więcej co czwarta pytana osoba nie chciała z homoseksualistą pracować, a nawet mieszkać przy tej samej ulicy. Działacze Lambdy, stowarzyszenia polskich gejów i lesbijek zbierali podpisy pod petycją, by w przyszłej konstytucji znalazł się zakaz dyskryminowania ze względu na orientację seksualną. Przewodniczący Lambdy Ryszard Madetko mówił w „Gazecie Wyborczej”: – Na pewno nie będziemy mieć setek tysięcy podpisów, bo ludzie boją się podpisywać naszą petycję. Niby skąd mają czerpać pewność, że nie weźmie władzy ktoś wierzący w slogan „pedały do gazu”.

Naomi Campbell w 1991 roku /(Fot. RICHARD YOUNG/REX, East News)

W 1994 roku, by przybliżyć czytelnikom postać Naomi Campbell, dziennikarze pisali, że jest ciemnoskóra. Bywały w świecie projektant Jerzy Antkowiak w kuluarach konferencji prasowej dworował sobie z ciemnej skóry w sposób dziś nie do powtórzenia.

Pokaz co krok

Zatem z jednej strony bazar z importem z Turcji i odzieżą szytą w podmiejskich szwalniach, z drugiej – co krok to pokaz mody. Odbywały się wówczas bez przerwy. Towarzyszyły premierom wchodzących na polski rynek firm produkujących wszystko - samochody, perfumy, bieliznę, papierosy. Wyspecjalizowane agencje urządzały pokazy sezonowe: mniej lub bardziej nieznane firmy prezentowały swoją ofertę. W warszawskim Teatrze na Woli bluzki i garsonki pokazywała spółdzielnia Rewutex z Bielska Białej, letnie kreacje z włoskich materiałów stołeczna firma Miss Tom, płaszcze marka TTB, a suknie wieczorowe M&A. W Sali Kongresowej co pół roku odbywał się Fashion Show organizowany przez markę East International prowadzoną przez projektantkę Jolantę Wodiczko. To właśnie ona zaprosiła Naomi Campbell.

Magnum Maloa szyje dla Naomi

Na spotkanie z dziennikarzami spóźniła się godzinę. Czekaliśmy i byliśmy pewni, że jej nie ma – gdy rok temu na Fashion Show miały chodzić m.in. Cindy Crawford i Linda Evangelista, ich przyjazd odwołano, bo zażądały zbyt wysokich gaż. Naomi jednak przyszła – pisały dziennikarki stołecznego dodatku do „Wyborczej”.

Naomi Campbell w 1991 roku ( Fot. Jim Smeal/Ron Galella Collection, Getty Images)

Miała wąskie spodnie koloru marengo i odsłaniającą ramiona kamizelkę – z przodu pod kolor spodni, z tyłu fioletową. Mówiła, jak to przy takich okazjach. Że najchętniej nosi dżinsy i T-shirty, nie jest na diecie i nie ćwiczy. Najlepszą modelką jest Linda Evangelista, ale i ona nie boi się o pracę, jest jej bardzo dużo. Ma nadzieję pracować przynajmniej tak długo jak 55-letnia wówczas Veruschka. Zawiozła prezenty do szpitala dziecięcego, ale nie powiedziała, do którego – nie chciała obstawy fotoreporterów.

Naomi Campbell w latach 90. ( Fot. Rose Hartman, Getty Images)

No i wreszcie pokaz. Sobota, 8 października, Sala Kongresowa. Publiczność czeka w napięciu. Troszkę w nerwach, a przynajmniej tremie – Mariusz Nosek, właściciel szczecińskiej firmy Magnum Maloa. To była dosyć znana marka – jej żakiety i garsonki można było kupić w 80 sklepach w całej Polsce i firmowych salonach. Nazwa powstała z fuzji. Pod marką „Maloa” pod koniec lat 80. zaczęła szyć ówczesna żona Mariusza Noska, jako „Magnum” zaczynał szyć on – planowali z kolegą produkcję spodni. Kolega zniknął, małżonkowie połączyli siły i tak w 1989 roku zaistniała Magnum Maloa. Szyli z zachodnich tkanin, mieli sukcesy, na Fashion Show pokazywali się regularnie. Aż wiosną 1994 roku zadzwoniła Jolanta Wodiczko, że mają szanse ubrać Naomi Campbell.

Zapłacili za wyłączność. Nosek pamięta, że grubo, ale jak grubo – trudno po latach ustalić. Przypuszcza, że na dzisiejsze jakieś 50 tys. zł. Potem było szycie. Projekty Anny Jatczak akceptowała agencja Ford, dla której pracowała wtedy Campbell. Dostali wymiary, uszyli.

Naomi Campbell na pokazie Chanel, 1994 rok /(Fot. Guy Marineau, Getty Images)

– Okazało się, że wymiary były nieaktualne, ale założyliśmy, że tak może być. Szyliśmy z pewnymi luzami – wspomina Mariusz Nosek. W przymiarkach nie uczestniczył, topmodelka nie wpuściła do garderoby nikogo z polskiej ekipy.

Pokaz, jak to w tamtych czasach, trwał ze dwie godziny.

East International zaprezentowała suknie ze srebrnych trójkątów, spódnice na metalowej sześciennej konstrukcji, na wieczór – długie dopasowane suknie z rozcięciem. Jerzy Antkowiak – ekologiczną operę „Bagdad Cafe”: panów ubrał w przezroczyste suknie do kolan, a na to marynarki, panie w białe i złote suknie, szerokie spodnie, gorsety i długie płaszcze. Uwagę dziennikarzy zwrócił gdański projektant Mirek Trymbulak: zaproponował dla kobiet suknie z metalowym stelażem w kształcie prostopadłościanu.  

Zadebiutowałem wtedy z autorską kolekcją, ale pracowałem też jako model. Byłem wśród chłopaków, którzy towarzyszyli Naomi – wspomina. – Środki ostrożności były jednak takie, że nie mieliśmy z nią osobistego kontaktu.

Naomi wyszła dwa razy. Raz, w towarzystwie modelek, pokazała się w czarnych szortach i bolerku projektu Leo Lazzi. Ponownie, z chłopakami, w wąskiej długiej spódnicy, jedwabnym plecionym gorsecie i płaszczu z wysokim kołnierzem – to były ubrania Magnum Maloa. Utrzymane w tonacji srebrnych szarości miały sprawić, by Naomi Campbell wyglądała jak księżniczka.

Przemknęła przez wybieg z gracją pantery – opowiada projektantka Anna Jatczak. – Wydawało mi się niemożliwe, żeby wyjść w za ciasnym gorsecie i płaszczu i TAK wyglądać. A ona TAK wyglądała. 

Mariusz Nosek nie przechował żalu, że ostatecznie nie miał na Naomi wyłączności. I tak o marce zrobiło się wtedy bardzo głośno i był to złoty czas. Nie powielał później tych projektów. Zobowiązywała go umowa, a poza tym, mówi, były „niesprzedajne”. Bo za mało było wówczas okazji na noszenie atłasowych spódnic do ziemi.

Siedemnaście mgnień

Wrażenie odświętności popsuło 20 sekund. Tyle, wedle relacji, spędziła Naomi Campbell na scenie Sali Kongresowej. Nawet pomnożone przez dwa wyjścia nie daje wielkiego wyniku.

Jerzy Antkowiak policzył, że jedno wyjście trwało 17 sekund. Napisał potem w felietonie, że o ile „17 mgnień wiosny” było w swoim czasie hitem, to 17 mgnień Naomi jednak kitem.

Anna Jatczak: – To było bardzo ważne doświadczenie. Na chwilę, ale zobaczyliśmy inny świat. Ja wtedy zrozumiałam, dlaczego na dobrą modelkę warto wydać dużo pieniędzy. 

Po latach wydaje się, że wizyta Naomi Campbell w Warszawie była, zupełnie niechcący, zwiastunem nadejścia w polskiej modzie nowej ery. W tych dniach debiutował na naszym rynku pierwszy światowy tytuł o modzie – polska edycja „Elle”. A już pod koniec października, trzy tygodnie po wyjeździe Naomi powstało w Warszawie miejsce, w którym rozegrało się towarzyskie życie mody lat 90. i kilkunastu późniejszych. O tym za tydzień.

 

* Aleksandra Boćkowska – dziennikarka, współpracuje m.in. z „Vogue Polska”. Autorka książek o PRL: „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL” i „Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL” oraz o schyłku epoki: „Można wybierać. 4 czerwca 1989 roku” (wyd. Czarne)

 

 

Aleksandra Boćkowska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę