Znaleziono 0 artykułów
08.06.2022

Biżuteria i dodatki z lat 90.: Kolczyki koła, chokery i zegarki Baby-G

08.06.2022
(Fot. East News)

Lata 90. inspirują twórców i projektantów, rozpalając fantazję pokolenia TikToka i budząc nostalgię tych, którzy najntisy pamiętają. Prostocie stylizacji, które w dużej mierze wciąż trzeba było organizować na własną rękę, co związane było z raczkującym w Polsce kapitalizmem, uroku dodawały dodatki i biżuteria. A tych sobie nie odmawiano, bo dostępne były dla każdego. Oprócz ponadczasowych metali szlachetnych królowały cyrkonie, plastik, mulina i koraliki.

Polska, lata 90. Obserwuję, jak moja ciocia powoli kończy skromny jak na tamte czasy makijaż, muskając czubek nosa pudrem w kamieniu. Na parapecie obok kosmetyczki i lusterka ląduje jeszcze jeden kuferek. Po rozsunięciu zamka oślepia mnie blask. Biżuteria. Na nadgarstku cioci pojawiają się dwie bransoletki – łańcuchy o grubych oczkach. W uszach wiszące kolczyki. Na co drugim palcu ciężki pierścionek. A wszystko w kolorze czystego, moczonego regularnie w roztworze z płynu do mycia naczyń srebra. W latach 90. wyjście na ulicę bez biżuteryjnych dodatków było czymś równie niespotykanym jak nieznajomość układu tanecznego do „Macareny”.

Łańcuszki: Nie wszystko złoto, co się świeci

Edyta Bartosiewicz / (Fot. Piotr BLAWICKI/East News)

Ze względu na wątpliwą reputację złota, które w poprzednich dziesięcioleciach umocniło pozycję dentystyczno-bazarowego kruszcu, w Polsce lat 90. królowało srebro. Miało też atrakcyjniejszą cenę, co pozwalało na kompletowanie szerokiej gamy dodatków. A tych nigdy za wiele.

Obowiązkowym elementem i najlepszym punktem wyjścia do uzupełnienia stylizacji był łańcuszek na szyi. Na nim – gotyckie krzyże, które idealnie dopełniały outfity fanów rodziny Addamsów czy muzyki HIM, ale również słuchaczy grunge’u czy rapu. W naszym kraju był to jednak dość kontrowersyjny dodatek, dlatego większą popularnością cieszyły się zawieszki w kształcie serduszek, najpierw metalowe, a po premierze „Titanica” wysadzane kolorowymi cyrkoniami.

Winona Ryder / (Fot. Getty Images)

W latach 90. w każdym turystycznym miejscu szkolne wycieczki zaopatrywały się w zawieszki i bransoletki ozdobione „szczęśliwymi” kamieniami. Straganiarze zarabiali krocie dzięki młodzieży, która szukała sposobów na zaliczenie kartkówki z procentów czy zdobycie zainteresowania Piotrka z równoległej klasy. Dla wielu było to pierwsze spotkanie ze znakami zodiaku i możliwe, że zaważyło na ich zainteresowaniu astrologią w dalszym życiu. Kiedy przegląda się stare zdjęcia w albumach rodzinnych, można też odnieść wrażenie, że zawieszkę z pierwszą literą imienia rozdawano każdemu dziecku na porodówce i bez niej nikt nie byłby w stanie samodzielnie się przedstawić.

Problemy w podjęciu decyzji o wybraniu wisiorka rozwiązywały się same. Dodatkowe łańcuszki łączyło się do woli lub do momentu, gdy zaczynały za bardzo ciążyć.

Edyta Górniak / (Fot. GRAZYNA WOJCIK/East News)

Pierścionki: Plastik fanstastic

Tworzywo sztuczne królowało jako dodatek bez względu na wiek noszących, od przedszkoli po koła emerytów. Największą uwagę przyciągały plastikowe sygnety. Pochodzenia niektórych egzemplarzy nie dało się odróżnić – mógł być to zarówno butikowy zakup, jak i pierścionki wyłowione z automatów, które stały przy wejściach do plaż w nadbałtyckich kurortach. Zasada była prosta: im większe, bardziej neonowe i sztuczne, tym lepsze. Nie trzeba wspominać litrów wylanych łez, gdy taki pierścień bezpowrotnie ginął w piasku.

To niejedyny trend, w którym różnice pokoleniowe się zacierały. Takim gadżetem były też plastikowe smoczki. Dzieci lat 90. biegały do sklepów po lizaki o takim kształcie, a ich starsze rodzeństwo wieszało plastikowe odpowiedniki na szyi. Z kolei moda na drobne kwiatowe wzory na spódniczkach mini i przewiewnych sukienkach w biżuterii miała swoje odzwierciedlenie w naszyjnikach i pierścionkach zrobionych z nawleczonych na żyłki malutkich koralików.

Kolczyki koła: Na okrągło

Kasia Kowalska / (Fot. WOJTEK STEIN/REPORTER)

Kto pamięta lata 90., ten pewnie w uszach nosił srebrne kolczyki koła. Na początku klasyczne, cienkie, później producenci rozpieszczali fanki ogromnym wyborem różnych średnic i grubości, by osiągnąć wariacje kilku połączonych kółek, obrączek na łańcuszku, wkładanych do ucha za pomocą sztyftu czy baz do dodatkowych zawieszek. Mimo sporej konkurencji nie dały się zdeklasować wiszącym, zdobnym kolczykom, które opanowały czerwone dywany, gigantycznym klipsom ani skromniejszym wkrętom ze sztucznymi brylantami. Nic dziwnego, że to właśnie koła jako pierwsze powróciły do łask wraz z modą na lata 90.

Chokery: Rękodzieło dźwignią handlu

Edyta Górniak / (Fot. PIOTR GRZYBOWSKI/East News)

Fantazję trendsetterów, twórców biżuterii czy zdolnych domowych rękodzielników rozpalały chokery. Aksamitne, koronkowe, z przyszytym sztucznym kwiatem, skórzane, wysadzane cyrkoniami lub hawajskimi muszelkami – możliwości było wiele.

Dodatki lat 90. to jednak nie tylko chokery i wielkie kolczyki koła. Tych, którzy wyrośli z pełnych emocji wymian karteczek do segregatorów, czekała kolejna lekcja negocjacji. Szkoły i uczelnie w pewnym momencie podzieliły się na dwa obozy: tych, którzy umieli wyrabiać bransoletki z muliny, oraz tych chcących je posiadać. Rekordziści i rekordzistki mogli się pochwalić kolekcją sięgającą połowy przedramienia. Osobom bez manualnych zdolności bądź biznesowych kontaktów pozostawały różnokolorowe, ciasno oplatane rzemyki z indyjskich sklepów, które dla mieszkańców wielu polskich miast i miasteczek trzy dekady temu były jedynym łącznikiem Polski z dalekim światem, oferując biżuterię, ubrania czy naczynia „made in India”.

Victoria Beckham / (Fot. Getty Images)

Zegarki Baby-G: Modni czasu nie liczą

Kiedy jedną rękę oplatano bransoletkami po sam łokieć, drugi przegub prosił się o zegarek. To pierwszy gadżet, którego główna funkcja przestała być dominującą. Wciąż najpopularniejszy prezent na komunie i poważniejsze rocznice – idealnie odnajdywał się w roli biżuterii. Jednak małe, srebrne, z prostokątnymi cyferblatami lub wysadzane cyrkoniami na chwilę zostały wyparte przez plastikowe modele Casio z kalkulatorem. Windowały one pozycję ich posiadaczy w klasowej hierarchii, mimo że na małych klawiszach niczego nie dało się policzyć. W 1998 roku zostały z kolei całkowicie zdetronizowane przez zegarki Baby-G. Były co prawda zdecydowanie za duże dla nadgarstków większości swoich posiadaczek, które spoglądały na nie przesadnie często, zwłaszcza po zmierzchu, by móc zaprezentować podświetlany ekran. Nikt nie odważył się jednak testować ich wodoodporności i mimo zapewnień producenta o niespotykanej wytrzymałości z ulgą patrzono na wkomponowane metalowe osłony szkła. Wydawać by się mogło, że Baby-G pasować będzie jedynie do stylizacji à la Sporty Spice. Nic bardziej mylnego. Rozmowa o pracę? Studniówka? Własne wesele? Nie szkodzi. Baby-G były tak pożądane, że neutralizowały każde modowe faux pas. Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, że za kilkanaście lat ktoś spróbuje powtórzyć pomysł i sprawi, że zegarek będzie nie tylko liczył i świecił, ale także dzwonił, liczył kroki i monitorował sen.

Bransoletki na ramię: Wyjście awaryjne

Nicole Kidman / (Fot. Getty Images)

Widziany często w latach 90. ruch wkręcania żarówki wcale nie był związany z nową choreografią królującą w dyskotekach. Wszystko za sprawą biżuterii one size. Najszybszym sposobem na uratowanie się przed utratą dziesiątek wąskich srebrnych bransoletek lub tych grubych, plastikowych, było szybkie potrząśnięcie uniesionej do góry ręki. Niedługo problem został jednak rozwiązany w inny sposób.

Ramię jako miejsce na ozdoby zwróciło uwagę designerów w połowie lat 90., kiedy odtwórczyni roli najsłynniejszej ratowniczki wodnej Pamela Anderson zdecydowała się na oplatający je tatuaż przypominający drut kolczasty. Na szczęście dla bardziej zachowawczych śledzących trendy projektanci biżuterii szybko przyszli z alternatywą. Bransoletki na ramię zagościły u wszystkich, którzy na przegubach nie mieli już miejsca na więcej. Podobnie było z zajętymi już palcami u dłoni. Minipierścionki na palce u stóp idealnie pasowały do gumowych japonek czy basenowych klapków typu Kubota.

Katarzyna Kamińska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę