Znaleziono 0 artykułów
04.09.2020

Dziennik Krzysztofa Vargi: Sposób przetrwania

(Fot. Wojciech OLSZANKA/EastNews i materiały prasowe)

W „Dzienniku hipopotama” dostajemy pisarza opowiadającego o świecie, kulturze, książkach, festiwalach i nagrodach literackich. Bywa niesprawiedliwie, ale w czytaniu pamiętnikarstwo Vargi jest zgrabne, łatwo wchodzi w ucho, zwłaszcza gdy chłoszcze tych uznanych za odkrycia i nowych wieszczów.

Mam nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, iż pisarze, zwłaszcza ci lepsi i na dodatek w średnim wieku, starzeją się szybciej niż pospolici zjadacze chleba. Czym bowiem jest pisanie autobiografii, nawet w formie dziennika, jeśli nie próbą utrwalenia siebie, swoich refleksji, opisu świata i ludzi? Bo a nuż widelec – boi się pisarz i ma rację – wszystko to umknie, czytelnik nie doczyta się tego w powieściach. A przecież pisarz/pisarka, w końcu twórcy wymyślający, co się nie zdarzyło, są również od tego – mówię bez żartów, za to z pełnym szacunkiem – by opowiadać nam o realu tak, jak sami nie umiemy, nie dostrzegamy, zaś jeśli między nami a pisarzem zapanuje zgodność opinii, otrzymujemy bonus w postaci satysfakcji, że nam i pisarzowi jest po drodze.

Warto też mieć na uwadze, iż dziennik pisarza, choć nie tylko, ma w sobie coś z recenzji. Zaś recenzje stanowią szczególny gatunek literacki, o czym najwnikliwiej opowiadał Antoni Słonimski, przedwojenny bywalec „Ziemiańskiej”, ale przede wszystkim poeta, przez Boga obdarzony nadzwyczajnym talentem felietonisty, a więc i złośliwością. Mawiał więc pan Antoni, by w recenzjach, nawet arcydzieł, nie chwalić, tylko przykładać. Ponieważ jeśli się przykłada, obrazi się co najwyżej adresat przykładania, zaś inni będą szczęśliwi. Gdy zaś wykażesz się nieroztropnością i chwalisz, obrażą się wszyscy niechwaleni, ci mali zawistnicy i pospolici szydercy, a najbardziej chwalony, bo chwalisz za mało. To powinno być jedenaste przykazanie literatury.

Co więc dostajemy od Krzysztofa Vargi w kilkusetstronicowym dzienniku z lata 2018-2019, a więc świeżym tak, jak duszone wątróbki z dorszy lub wędzony mazurski węgorz, pod warunkiem że jest naprawdę mazurski, a nie z Chin? Dostajemy pisarza opowiadającego o świecie, kulturze, książkach, festiwalach i nagrodach literackich, niech będzie to nawet dalece niesprawiedliwe.

Powtórzę: a niech będzie niesprawiedliwe, skoro w czytaniu jest zgrabne pamiętnikarstwo Vargi, łatwo wchodzi w ucho, zwłaszcza gdy chłoszcze tych uznanych za odkrycia i nowych wieszczów. Mnie to nawet smakuje. Remigiusza Mroza chłoszcze Varga, mimo że to rozkosz dostępna wszystkim, którzy znają polskie litery, rozdawana w pakiecie z zazdrością, bowiem Mróz łoi kasę nieprzyzwoitą, mimo iż wielu twierdzi, że niewiele umie.

Varga punktuje Szczepana Twardocha, zdolną bestię, szkoda tylko, że do wszystkiego. Napisać umie, zagrać w reklamie umie, wziąć mercedesa dla reklamy – siebie i auta – umie też. Oznajmić, że poza własną osobą ma do świata kompletny brak zainteresowania, gdyż siebie kocha najbardziej i bez dwóch zdań. Podobno z niego bokser, czego na zdjęciach nie widać, za to widać macho-muchacho i narcyza jakich mało.

A ponieważ Krzysztof Varga, jak absolutnie rasowy pisarz i felietonista (bez ironii najmniejszej), nie umie porzucić obyczaju chłostania, biczuje się sam, całkowicie świadomie i celnie, jak strzały Robin Hooda, bo któż lepiej zna Vargę niż Varga. Nie jest to pod żadnym pozorem ekshibicjonistyczna wiwisekcja, rozcinanie robala żyletką lub zaglądanie w pokrojoną żabę, co ma pod wątrobą. Za to jest prawda – człowieka i autora.

Otóż dziennikowy Varga nie jest okrutny. Ani dla siebie, ani dla innych, choć nawet o Andrzeju Stasiuku, przyjacielu, umie napisać, że ubrał się w szaty gburowatego dzikusa z beskidzkiego bezludzia i gania autem do mongolskiej Azji. A przecież Stasiuk, choć lubi prowadzić samochód po bezdrożach, jest dzikusem (choć nigdy nie powiedziałabym, że gburowatym), co wynika z faktu, że ma na wierzchu każdy nerw i dlatego rezonuje jak membrana szamańskiego bębenka.

Dlatego przeczytajmy Vargę. Coś nas podnieci, nawet niezdrowo. Coś oburzy. Mamy w garści kawał literatury, więc ekscytujmy się, a co? Mamy szansę poznać Vargę – siedzi na parnasie współczesnej polskiej literatury, a to miejsce tajemne, przez co intrygujące – bardziej niż szczebioczące młode panie z mokotowskiej piekarni, gdzie ranek w ranek kupuje bułki.

Dowiemy się też, z jakich powodów Varga bardzo poważa hipopotamy, mimo iż to zwierzaki znane z bitności i agresywności, terytorialne, taplające się w błocie i pływające jak zwinne szczupaki. Hipopotamów boją się nawet krokodyle, gdyż hipopotam to jest ktoś.

„Dziennik hipopotama” Krzyszofa Vargi, Wydawnictwo Iskry (Fot. materiały prasowe)

P.S. Varga chłoszcze, i słusznie, niektóre wydawnictwa za to, że wypuszczają książki niedoróbki. Niechże więc wychłoszcze i „Iskry”. Słowo „wyważony” pisze się w języku polskim przez „ż”, a nie „rz”, to jasne jak słońce, bo od wagi. Bowiem jeśli wywarza się (od wywaru), wówczas książka będzie o parę deko przeważona lub niedoważona, a po co?

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę