Znaleziono 0 artykułów
24.05.2019

„Floryda”: Stan lęku

Lauren Groff / Fot. Megan Brown

W opowiadaniach Lauren Groff roi się od aligatorów, kleszczy i żmij. Liczne stworzenia wpraszające się przez każdą szparę w życie bohaterów to tylko pierwsza warstwa strachu. Opisywane przez ulubienicę Baracka Obamy relacje rodzinne potrafią wywołać silniejsze lęki. Groff jest w tym roku gościem festiwalu Apostrof.

Słońce, lato właściwie przez okrągły rok, Miami, Cape Canaveral, Disneyland i luksusowe wille celebrytów w Palm Beach – choćby posiadłość Mar-a-Lago należąca do Donalda Trumpa – to pierwsze skojarzenia, gdy pomyślimy o Florydzie.

To jednak tylko pocztówkowa Floryda. Lauren Groff żyje tam już jakiś czas. Po przeprowadzce ze stanu Nowy Jork nadal usiłuje oswoić nowe miejsce, które jawi się jej jako przerażające, duszne, pełne budzących lęk gadów i owadów, nawiedzane przez bezlitosne huragany. Przynajmniej takie wnioski można wyciągnąć po lekturze jej nowego tomu opowiadań, które zakwalifikowałabym do kategorii thriller psychologiczno-obyczajowy.

„Kiedy na Florydzie wychodzisz na dwór, zawsze obserwuje cię jakiś wąż: węże w mierzwie, węże w krzakach, węże czekające na trawniku, aż wyjdziesz z basenu, żeby mogły się w nim zanurzyć, węże gapiące się na twoją wyglądającą jak mysz kostkę i zastanawiające się, jakie to uczucie zatopić w niej głęboko zęby jadowe” – pisze Groff w „Wężowych historiach”. W innym opowiadaniu „Z rogów czterech, gdyby je Ziemia krągła miała” węże grają wręcz pierwszoplanową rolę. Akcja zaczyna się jeszcze przed II wojną światową. Ojciec Jude’a jest herpetologiem, więc zawodowo na uniwersytecie zajmuje się płazami i gadami. Dom zamienił w centrum badawcze: „Nawet gdyby węże nie wślizgiwały się do ich gorącego domu, ojciec i tak by go nimi wypełnił. Zwinięte grzechotniki stały w słojach z formaliną na parapetach. Wijące się gadzie supły mieszkały w kurniku z tyłu domu, gdzie matka próbowała kiedyś hodować kurczaki. Jako dziecko Jude nauczył się zachowywać zimną krew, dotykając stworzeń z wielkimi zębami jadowymi”. Matka Jude’a nie pochodzi z Florydy, samotnie walczy z pleśnią, wilgocią i smrodem węży, których okrutnie się boi. Pewnego dnia zdejmuje okulary i idzie do łazienki się kąpać. Nie zauważa metrowego aligatora albinosa w wannie. Jest wtedy w ciąży z drugim dzieckiem. Łatwo zgadnąć ciąg dalszy.

W opowiadaniach gęsto też od aligatorów, panter, kleszczy, żmij i już niegroźnych, ale też umiejących przerazić szopów praczy, jaszczurek, pancerników i kolorowych ptaków. Liczne stworzenia wpraszające się przez każdą szparę w życie bohaterów to tylko pierwsza warstwa strachu, którym dzieli się z czytelnikiem autorka. Opisywane relacje rodzinne potrafią wywołać silniejsze lęki. Wiele miejsca Groff poświęca lękowi matki przed tym, czy potrafi zapewnić dziecku bezpieczeństwo w pełnym zagrożeń otoczeniu. Strachowi o to, czy potrafi być dobrym rodzicem.

Okładka książki Floryda / Fot. materiały prasowe

Czytając otwierające zbiór opowiadanie „Duchy i puste”, wyobrażam sobie, że fikcja może tu być bliska rzeczywistemu życiu autorki. Bohaterka, podobnie jak Groff, jest pisarką, przeprowadziła się z północy na Florydę dziesięć lat temu, ma dwóch synów. „Niezauważalnie stałam się kobietą, która wrzeszczy, a ponieważ nie chcę być kobietą, która wrzeszczy, której dzieci chodzą wokół z czujnymi znieruchomiałymi buziami, zaczęłam po kolacji sznurować adidasy i wychodzić na spacer na szarzejące ulice, zostawiając rozbieranie, mycie, czytanie i śpiewanie oraz układanie chłopców do snu mojemu mężowi, mężczyźnie, który nie wrzeszczy” – brzmi pierwsze zdanie. W przejmujący sposób bohaterka-pisarka oprowadza nas ścieżkami swoich niepokojów. Energicznym krokiem przemierza ulice, gdzie niewiele jest latarni, zagląda do domów sąsiadów, snuje fantazje o ich życiu. Otyły piętnastolatek na oszklonym ganku ćwiczy na bieżni. Dalej po drodze bohaterka odkrywa, że kobiety, które zazwyczaj widuje zgięte nad dziećmi w oknach oświetlonych pokoi, są „istotami seksualnymi”. I od razu widzi je w myślach w najdziwniejszych pozycjach miłosnych. Maszeruje z duszą na ramieniu, ktoś niedawno napadł tu na pięćdziesięcioletnią biegaczkę i ją zgwałcił, innym razem sfora pitbulli bez smyczy przewróciła kobietę z dzieckiem. Mija z rzadka różne osoby: mężczyznę, który syczy bezeceństwa, bezdomną zbieraczkę puszek, elegancką kobietę wyprowadzającą doga niemieckiego. Gdy wraca do domu, krzyczy do męża: „To zbyt wiele, zbyt wiele!”. Łagodny mąż uspokaja: „Chyba jeszcze tego nie rozchodziłaś skarbie, może zrobisz dodatkowe kółko”. Więc znowu wychodzi, jeszcze bardziej wściekła. Bo przecież im później, tym niebezpieczniej na ulicach. A on ją posyła do epicentrum zła. Ale wie, że w domu też robi się niebezpiecznie. Bo gdy synowie są w szkole, ona czyta o katastrofach, ginących lodowcach, wymieraniu kolejnych gatunków roślin i zwierząt i strach tylko rośnie.

Innym razem lęki rodzicielskie oglądamy z perspektywy dziecka. Na przykład w opowiadaniu „Dla boga miłości, na miłość boską” Leo ma cztery lata. Lauren Groff obdarza go niezwykłą mądrością. Chłopiec, patrząc na rodziców i parę ich przyjaciół, wie o nich więcej, niż oni o sobie nawzajem. Wie, że mamusia zamyka się w pokoju z mężem swojej koleżanki. Nie rozumie tego, bo uważa, że koleżanka – Amanda – jest najpiękniejszą kobietą świata. Reszty mieszkańców domu nienawidzi. Najchętniej by wszystkich podpalił. „Leo ostrożnie wgryzł się w tost z nutellą, obserwując Amandę. Nigdy przedtem nie widziała dziecka z paciorkowatymi oczami. Paciorkowatość pojawia się po długich, powolnych falach rozczarowania, zwykle w średnim wieku”. Matka Leo jest zbyt zajęta piciem szampana na degustacjach w winnicach i w restauracjach, by zauważyć rozczarowanie czteroletniego chłopca.

Litrami wina tłumią swoje lęki także inne bohaterki Groff. Przed pójściem spać zamykają wszystkie okna, sprawdzają, czy w wannie albo w sedesie nie pojawił się wąż, zamykają drzwi. Na próżno szukają recepty na bezpieczeństwo, ale nigdy do końca nie tracą nadziei. Nawet gdy uciekają do Europy, do Francji na wakacje, godzą się z tym, że ich miejsce jest na Florydzie. Pewnie podobnie jak autorka.

Lauren Groff, „Floryda”, z angielskiego przełożyła Dobromiła Jankowska, Wydawnictwo Pauza

Maria Fredro-Boniecka
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę