Znaleziono 0 artykułów
29.01.2021

Jak zrobiłam apostazję

Patrycja Wieczorkiewicz (Fot. Jakub Szafrański / archiwum prywatne)

Nie miała dramatycznych doświadczeń, jak molestowanie seksualne, ale religia i Kościół były w jej życiu wszechobecne i duszące. W niewielkim mieście na Podkarpaciu katolicyzm regulował każdą sferę życia, od rytmu tygodnia po stosunek do własnego ciała. W końcu wywołał traumę, w której pokonaniu pomagają psychoterapeuci. W wieku 26 lat Patrycja Wieczorkiewicz, dziennikarka, aktywistka i współautorka książki „Gwałt polski”, postanowiła symbolicznie zamknąć przeszłość, odcinając się od Kościoła aktem apostazji.

Nie powiedziałabym, że moi rodzice byli głęboko wierzący. Nie sądzę, by kiedykolwiek przeczytali w całości „Pismo Święte”. Ale co niedzielę chodzili do kościoła, zmuszali do tego i mnie. Co roku odwiedzał nas ksiądz po kolędzie, jeszcze przed wyjściem sprawdzając zawartość obowiązkowej koperty. Nie chciałam brać w tym udziału, ale nie miałam wyjścia. Kiedyś, po wielogodzinnej kłótni z rodzicami, zamknęłam się w łazience i sprawiłam sobie gotycki makijaż – ciemne usta, czarne paznokcie, oczy na pandę, mały pentagram na policzku. Brzmi to nieco żałośnie, ale moje możliwości buntowania się były ograniczone. Tak ucharakteryzowana wystąpiłam przed księdzem. Był przerażony, ale oszczędził mi połajanek. Poprosił jedynie o zeszyt do religii, który musiałam uzupełnić przed wizytą.

(Fot. archiwum prywatne)

Moja bardzo wielka wina

Chodziłam do katolickiej podstawówki. Codziennie wieczorem odmawiałam pacierz, a ponieważ w moim domu nie było zwyczaju modlenia się rano, musiałam się z tego zaniedbania spowiadać. Często modliłam się razem z babcią albo mamą, ale nigdy nie czułam więzi z Bogiem, jego obecności. Na religijność składają się dwa czynniki: impuls religijny, czyli poczucie, że jest „coś więcej”, potrzeba nadania życiu głębszego sensu oraz identyfikacja ze wspólnotą, jej wartościami, rytuałami. Nie czułam ani jednego, ani drugiego. W szkole codziennie przed lekcjami w kaplicy odmawialiśmy Różaniec, w południe recytowaliśmy Anioł Pański. Przed każdymi świętami mieliśmy wspólne rekolekcje. Na wycieczki szkolne jeździliśmy do zakonów w całej Polsce. 

W drugiej klasie najważniejszym wydarzeniem była komunia, przygotowywaliśmy się do niej całą klasą. Czułam się inna, dziwna – cieszyłam się, bo wszyscy zachowywali się tak, jakby był to bardzo doniosły akt, krok ku dorosłości, poza tym jak każde dziecko czekałam na imprezę i prezenty. Ale nie czułam związku z tym obcym panem na krzyżu, który odmawia spełnienia którejkolwiek z moich gorących próśb.

Mama mówi, że byłam podekscytowana. Ja pamiętam tylko stres. Głównie dlatego, że poza koniecznością wyznania obcemu, dorosłemu mężczyźnie, że nie zawsze byłam posłuszna wobec rodziców, miałam przyznać się do „grzesznych”, to znaczy erotycznych myśli i autoerotycznych zachowań. Wizja była tak przerażająca, że zataiłam ten grzech. Wyznałam go dopiero, mając 16 lat. Nie dostałam rozgrzeszenia.

Już jako dziecko czułam, że ciało i jego zmiany to tabu. Coś wstydliwego, podejrzanego. Kościół wpoił nam sztuczny podział na duszę i ciało, z czego to drugie jest narzędziem grzechu, a czerpanie z niego przyjemności jest przeciwieństwem czystości. A więc brudzi. Dziś specjaliści twierdzą, że dla rozwoju psychoseksualnego to zabójcze. Ciężko jest nawiązać zdrową relację z samym sobą, a później z drugim człowiekiem, żyjąc w takim rozerwaniu. Długo zajęło mi nauczenie się, że jestem ciałem. Każdym jego centymetrem. Nie duszą, nie samym umysłem. Ciałem.

(Fot. archiwum prywatne)

W katolickiej szkole brakowało mi poczucia indywidualności. Codziennie chodziłam w mundurku, długim prawie do ziemi, więc żeby jakoś podkreślić swoją odrębność, wyszyłam go kiedyś kolorowymi nitkami – od wewnątrz, tak, by nie było widać. Noszenie przypinek (z kultowej wówczas animacji „The Witch”) było odczytywane jako nieskromne, zarzucano mi „buntowanie klasy”, a nawet przynależność do sekty. Musiałam je zdjąć.

Szkoła była otwarta na inność, ale wybiórczo. Rodzice zapisywali tam dzieci, które w publicznych placówkach byłyby narażone na zaczepki, wytykanie palcami, przezwiska – te z niepełnosprawnościami, adoptowane, o innym kolorze skóry. Jeśli ktoś był prześladowany, szkoła reagowała i okazywała wsparcie. Roztaczała też rodzinną atmosferę – kameralne klasy z miękkim dywanem i obrazami na ścianach. W klatkach chomiki i szynszyle, którymi się opiekowaliśmy, ucząc się troski o otoczenie i odpowiedzialności. Ale nie byliśmy traktowani podmiotowo. Na wycieczkach panował terror – jeśli kogoś przyłapano na nocnym jedzeniu czipsów czy pisaniu SMS-ów, przez kilka godzin musiał stać pod ścianą na korytarzu, czasem z książkami na głowie. O wagarach nie było mowy (byłam chyba pierwszą osobą w historii szkoły, która urwała się z lekcji – obdzwoniono wtedy rodziców wszystkich pozostałych uczniów w klasie). Dzieci były własnością rodziców, a w szkole – zakonnic i nauczycieli. 

Bunt wobec szkoły 

W trzeciej klasie dyrektorka szkoły zasugerowała rodzicom, że do niej nie pasuję. Miałam 10 lat, rodzice przenieśli mnie do zwykłej podstawówki. Wtedy odkryłam, że żyłam odcięta od świata – moją muzyką były kolędy i Arka Noego, nie znałam żadnych zagranicznych zespołów muzycznych. Nie wiedziałam nic o popkulturze ani innym świecie niż ten katolicki. Pamiętam moment, w którym wymyśliłam, że wybiorę sobie ulubioną wokalistkę, by pasować do dzieciaków z publicznej szkoły. Padło na Avril Lavigne. Nie była jeszcze rozseksualizowana, ale na pewno zbuntowana. Czasem zastanawiam się, co by było, gdybym zdecydowała się na Britney Spears albo Shakirę. Mniej więcej w tym samym czasie kupiłam swoje pierwsze „Bravo”. Szybko wertowałam gazetkę, by dotrzeć do historii o seksie. Tak wyglądała moja edukacja seksualna. 

Jak bardzo była zła, przekonałam się niedawno, czytając jeden ze starych listów do redakcji. Czytelniczka napisała, że została zgwałcona, a w odpowiedzi dostała kilka zdań, które zamiast wsparcia wpędzały w poczucie winy – zastanów się, czy sama nie sprowokowałaś tej sytuacji. Taka narracja zgadzała się z tym, co słyszałam w kościele. Winna jest zawsze kobieta. To ona sprowadziła na nas grzech pierworodny, była ladacznicą i kusicielką. Czytałam Biblię, a tam rola kobieca zawsze była drugoplanowa, sprowadzała się do służenia i poświęceń. Ogromne wrażenie zrobił na mnie fragment Starego Testamentu, opisujący wydanie żony do zbiorowego gwałtu, które nijak nie zostało przez Boga potępione. [Księga Sędziów 19,22-30].

(Fot. archiwum prywatne)

Paradoksalnie z religii zawsze miałam piątki i szóstki. Lubiłam wytykać słabe punkty w chrześcijańskiej narracji, więc znałam ją lepiej niż ktokolwiek w klasie. Księża, w przeciwieństwie do zakonnic, lubili ze mną dyskutować, byłam wyzwaniem. W liceum trafiłam na katechetkę, którą trudno było określić inaczej niż jako skrajną dewotkę. Lubiła podkreślać, jak ważna dla zbawienia jest czystość przedmałżeńska i szacunek do swojego ciała, rozumiany jako abstynencja seksualna, kiedy w każdej klasie było kilka ciężarnych dziewczyn. Nie chcę oceniać jej kondycji psychicznej, bo nie jestem lekarką, ale podczas lekcji przekonywała nas, że jej znajomej objawił się sam Bóg. Kazała nam słuchać, jak owa kobieta opisuje przez telefon swoje cudowne doświadczenie. Twierdziła też, że w przeciwieństwie do większości świętych nigdy nie miała kryzysu w wierze, a za Jezusa dałaby się spalić na stosie. Wtedy jedna z koleżanek rzuciła „idziemy po chrust”, a katechetka wyszła z siebie. I z klasy. Przestała nas uczyć, choć do dziś nikt nie podważył jej kompetencji do wykonywania zawodu nauczyciela.

Wyznanie niewiary

Podobne artykułyJustyna Kopińska: Orzeczenie TK dotyka wszystkichJustyna Kopińska Kiedy miałam 15 lat, po raz pierwszy powiedziałam rodzicom, że jestem niewierząca. Niespecjalnie im to przeszkadzało, ale wymagali, bym zachowywała pozory. Chodzenie do kościoła i udział w sakramentach uznawali za część tradycji, którą należy szanować. Tak zawsze było i już, trzeba się dostosować, nie wychylać. Sami od kołyski byli poddawani nachalnej indoktrynacji, wiedzieli, że muszą się dostosować, uszanować wolę swoich rodziców. Refleksja nie była mile widziana. Narzucali mi gusła swoich rodziców, tak jak ich rodzice przekazali im niepodważalne świętości poprzednich pokoleń. Nie mam do nich żalu, inaczej nie potrafili.

Nie chciałam pogodzić się z ideą grzechu pierworodnego – dlaczego miałabym odpowiadać za coś, co według chrześcijańskiej wykładni przeskrobali ludzie żyjący przed milionami lat? Lub ktokolwiek, kto nie jest mną? Gdzie ten sprawiedliwy i miłosierny Bóg? Czułam się wmanewrowana w system patrzenia na świat, który był mi obcy, a w dodatku wrogi. Do bierzmowana przystąpiłam, bo babcia prosiła, a rodzice oczekiwali. Na tyle, na ile mogłam, chciałam zrobić to na własnych warunkach. Wybrałam imię Marianna, po Marianne Faithfull, którą uwielbiałam. Kiedy ksiądz dowiedział się, że nie kierowałam się cnotami żadnej świętej Marianny, wyrzucił mnie z zajęć, a przyzwyczajona do moich wybryków mama załatwiła mi sakrament w innej parafii.

Przez jakiś czas szukałam czegoś, czym mogłabym zastąpić katolicki system wartości. Fascynowałam się buddyzmem, hinduizmem, neopogańską wiccą. Odrzucałam jednak nadprzyrodzony wymiar religii. Nie rozumiałam, dlaczego wiara w coś, na co nie wskazują dowody ani logiczne uzasadnienia, miałaby być cnotą. Podobały mi się za to niektóre rytuały, barwna mitologia, zwłaszcza hinduistyczna. Chrześcijański Bóg, wprost przyznający się do zawiści, nieobliczalny i okrutny, był mi szczególnie daleki – zastanawiałam się, dlaczego wszechmogącemu bytowi najbardziej zależy na tym, by wierzył w niego jeden konkretny gatunek ssaka z planety Ziemia.

Apostazja: Dojrzewanie do decyzji

Kolejne afery pedofilskie niewiele zmieniły w moim postrzeganiu Kościoła. Były kroplami przelewającymi czarę, ale już wcześniej miałam o nim fatalną opinię – ze względu na stosunek do kobiet, mniejszości seksualnych, osiągnięć nauki, którym przez całą swoją historię się przeciwstawiał, upatrując w nich (słusznie) zagrożenia. 

Decyzję o apostazji podjęłam, zanim skończyłam 18 lat. Ale choć byłam do niej przekonana, musiałam poczekać do 26. roku życia. Za każdym razem, kiedy wspominałam o tym mamie, wpadała w rozpacz, a jej koleżanki dzwoniły do mnie, mówiąc, że szanują mój wybór, ale zaszkodzę jej w pracy. Jarosław to małe miasto, w którym olbrzymie wpływy ma pewien bogaty proboszcz – rozdmucha sprawę i będzie miała nieprzyjemności. Przez siedem lat przyjmowałam ten argument. Tłumaczyłam sobie, że to tylko symboliczny gest, który niczego w moim życiu nie zmieni.
W końcu śledztwa dziennikarskie w sprawie tuszowania pedofilii i zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej uświadomiły mojej mamie, jak tragiczne w skutkach są działania Kościoła. Tym razem nie próbowała mnie powstrzymywać. 

W parafii chrztu bez problemu odebrałam swoje świadectwo, nikt nie zadawał pytań ani nie próbował przekonać do pozostania we wspólnocie. Później znalazłam parafię w Warszawie, która odpowiada mojemu miejscu zamieszkania. Okazało się, że informacje w internecie są nieaktualne. Ksiądz, który mnie przyjął, nie mógł mi pomóc, ale rozmawiając, wziął do ręki kopertę z aktem chrztu i zatrzymał ją. W roztargnieniu nie zauważyłam, że zostawiłam ją na biurku, a kiedy wróciłam kilkanaście minut później, inny ksiądz stwierdził, że jej nie widział i odmówił zwrócenia się z pytaniem do swojego poprzednika. Byłam wściekła, bo to oznaczało, że muszę jechać przez pół Polski, by zdobyć drugi odpis. Udało się w święta. Kolejnym razem trafiłam już do właściwej parafii. Poszło gładko, choć z niewiadomego powodu zostałam poproszona o dowód osobisty i podanie dokładnego adresu zamieszkania. Później dowiedziałam się, że przepisy tego nie wymagają. 

Co oznacza apostazja?

Wiem, że apostazja nie oznacza wykreślenia z oficjalnego rejestru wiernych ani kościelnych ksiąg. Jedyne, na co możemy liczyć, to adnotacja przy nazwisku. Nie możemy więc realnie wypisać się z organizacji, do której zapisano nas bez naszej zgody, wykorzystując nieświadomość niemowlęcia. Dla Kościoła zgoda jednostki nigdy nie miała znaczenia – również w kontekście ciąży czy stosunku płciowego.

Dlaczego więc zdecydowałam się na ten krok? Apostazja miała dla mnie wymiar symboliczny – była zwieńczeniem procesu terapeutycznego, który uświadomił mi, jak chore przekonania, m.in. na temat seksualności, wpajano mi od najmłodszych lat. I jak wielką wyrządziły mi krzywdę. Dziś wiem, że nie byłam jedyna – rozmawiałam z mnóstwem kobiet, znajomych i obcych, którym kościelne wychowanie obrzydziło, a nawet uniemożliwiło czerpanie przyjemności ze swojego ciała. Zaczynamy o tym mówić, choć to zbyt intymne, by przychodziło z łatwością. Jednak dzielenie się doświadczeniami, zwłaszcza kiedy są wspólne dla całych grup, to pierwszy krok do zmiany. 

Do apostazji zachęcam wszystkich, którzy czują, że przyniesie im ulgę. Mnie przyniosła. A także tych, którzy chcą okazać sprzeciw wobec ograniczania praw kobiet, osób mogących zajść w ciążę (a więc również transpłciowych mężczyzn i niebinarnej mniejszości), szerzenia nienawiści wobec osób LGBT+ (wiedzieliście, że 75 proc. nastolatków z tej grupy ma myśli samobójcze?), zorganizowanego procederu tuszowania pedofilii, poczucia bezkarności kleru, roszczeniowości i buty. Nie dla wszystkich będzie to łatwa decyzja, ale dziś wymaga jej zwykła przyzwoitość.

Wysłuchała Basia Czyżewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę