Znaleziono 0 artykułów
13.02.2020

Kariera w modzie: Założycielka 4Element London

(Fot. Getty Images)

Monika Wojtal była na prostej drodze do kariery dziennikarskiej, ale niespodziewana przeprowadzka do Londynu pokrzyżowała jej plany. Teraz prowadzi markę 4Element, a jej biżuterię vintage od topowych domów mody może wypożyczyć każdy. 

Stworzyłaś prężnie działający biznes – firmę wypożyczającą unikatową biżuterię vintage od największych projektantów. Ale to wcale nie moda była twoim pierwszym pomysłem na siebie, prawda?

Moda fascynowała mnie od zawsze, ale życie zawodowe zdecydowanie wiązałam z dziennikarstwem – tym politycznym, newsowym, czyli według mnie prawdziwym, surowym. Pierwszą pracę zaczęłam w wieku 22 lat w redakcji „Faktów” w stacji TVN, później dołączyłam do kierowanego przez Tomasza Lisa zespołu „Wydarzeń” w Polsacie. Miałam ogromne szczęście, szkolili mnie najlepsi.

Klipsy Chanel, lata 80. (Fot. 4Element London)

I wtedy postanowiłaś przeprowadzić się do Londynu?

Postanowiłam? Możemy to tak określić, choć inicjatorem wyjazdu był mój mąż. Dostał wyjątkową ofertę pracy w Wielkiej Brytanii, propozycję nie do odrzucenia. Nasza córka Oliwia miała wtedy trzy lata. Nie chciałam rozdzielać rodziny, żyć na dwa domy. Spakowałam walizki i poleciałam.

To musiała być bardzo trudna decyzja. Praca marzeń, kariera…

Bardzo trudna. Wychodzisz z redakcji, swojej pracy marzeń, a lądujesz… w domu. Nie zrozum mnie źle, kocham zajmować się domem, ale coś w środku nie dawało mi spokoju. Gotowałam obiad i wspominałam, jak jako pierwsza osoba wdarłam się do szpitala z zakamuflowanym mikrofonem po katastrofie rządowego helikoptera z Leszkiem Millerem na pokładzie. Podobnych historii miałam tysiące. Byłam przekonana, że dziennikarstwo jest mi pisane. Ciężko było mi zaakceptować siebie nieaktywną zawodowo. Całe szczęście, że w niedługim czasie, przy wsparciu byłych przełożonych z TVN, dostałam pracę w Londynie, w redakcji amerykańskiej stacji CNBC. Współtworzyłam nadawany na trzy kontynenty program, „Strictly Money”. Rano łączyliśmy się z Hongkongiem, później nadawaliśmy z Londynu, by po południu przełączyć się na Nowy Jork.

Czułaś się pewnie, wchodząc do londyńskiej redakcji CNBC? 

Na początku absolutnie nie. Angielski był moim drugim językiem, wyuczonym w szkole. W codziennej komunikacji był bardzo dobry, ale wyobraź sobie, że jesteś na kolegium redakcyjnym wśród najlepszych dziennikarzy w tej części świata i próbujesz przekazać swoje pomysły, ale wciąż myślisz po polsku. Automatycznie upraszczasz, to naturalne, gdy nie mówisz w języku ojczystym. Jestem perfekcjonistką, więc było to dla mnie wyjątkowo frustrujące, ale i niesamowicie hartujące doświadczenie. Trafiłam na niezwykły zespół, który cenił moją inność. Podobało im się, że mam odmienny sposób myślenia, na inne rzeczy zwracam uwagę.

Komplet YSL, lata 80. (Fot. 4Element London)
Monika Wojtal (Fot. dzięki uprzejmości bohaterki)

Wydawałoby się, że wszystko się ułożyło. 

Nie na długo. Po raz kolejny moje życie wywróciło się do góry nogami. Trudna sytuacja rodzinna zmusiła mnie do powrotu do Warszawy. Zdecydowałam się zostać prawnym opiekunem młodszego rodzeństwa mojego męża. Miałam 27 lat, a mój dom rozrósł się w jeden dzień. Po dwóch latach sytuacja ustabilizowała się na tyle, że zaczęłam planować powrót do Wielkiej Brytanii. Równolegle zaczęłam jednak myśleć o alternatywnej drodze zawodowej, o czymś swoim.

Wypożyczalnia unikatowej biżuterii vintage – Yves Saint Laurent z lat 70., Dior z czasów Galliano, który może być nasz na parę dni w przystępnej cenie… Jak wpadłaś na ten pomysł? 

To był naturalny proces. Dorastałam w ciekawym domu. Razem z rodzicami i dziadkami mieszkaliśmy na obrzeżach Warszawy. Trudne lata 80., początek 90., a moja babcia zawsze wyglądała jak kolorowy ptak. Wysokie obcasy, skórzane spodnie, futra, suknie, które szyła po nocach. Na każdym palcu miała wielkie pierścienie, za które wielokrotnie otrzymywała komplementy. Odbierała mnie po szkole, a prosto z zajęć jechałyśmy na kawę do jej przyjaciółki, Violetty Villas. Mam stare zdjęcia, na których pozujemy we trzy. Obie wyglądają niesamowicie – jak szalone! (śmiech) Pióra, cekiny, wielka biżuteria. Już wtedy zrozumiałam, jaką siłę mają akcesoria. To właśnie babcia i Violetta nauczyły mnie, by mody nie traktować śmiertelnie poważnie, nie przejmować się tym, co myślą inni i zawsze podkreślać swoją indywidualność. 

Powoli zaczęłam zbierać własną kolekcję biżuterii. Oszczędzałam, by móc kupić wyjątkowe okazy. Koleżanki i znajome znajomych zaczęły pożyczać ode mnie rzeczy na specjalne okazje. Pamiętam, jak przeszukałam cały internet, by sprawdzić, czy istnieje firma, która prowadzi takie usługi. Uwierz mi, po latach pracy w redakcjach potrafię w sieci znaleźć dosłownie wszystko. Niczego takiego nie było. 

Komplet Miu Miu (Fot. 4Element London)

Możesz pochwalić się naprawdę niesamowitym zbiorem. Często są to ostatnie, pojedyncze sztuki. Jak je wyszukujesz? 

Specjalizuję się w biżuterii kostiumowej od największych domów mody, takich jak Chanel, Dior czy Givenchy. Głównie skupiam się na tej vintage, a tego typu rzeczy znajdują się praktycznie w całości w rękach prywatnych. Tylko niewielki procent znajdziesz w second-handach. W większości takie klipsy czy naszyjniki są pozamykane w szkatułkach, leżą głęboko schowane w szafach. Tutaj pomaga moja umiejętność wyszukiwania informacji. Okazy znajduję w zbiorach prywatnych na całym świecie. Gdzie? W Europie, Stanach Zjednoczonych, Australii, a nawet Azerbejdżanie.  

I jak sprawdzasz ich autentyczność? 

Waga, materiał, z którego są zrobione, uchwyty. Biżuteria to moja pasja, więc dokładnie wiem, jak i w jakich czasach była produkowana. Dużo czasu poświęciłam na studiowanie materiałów z tamtych lat. Trzeba dobrze znać historię mody i np. pamiętać, że w latach 70. i 80. na wybiegach głównie królowały klipsy, nie kolczyki. Najlepszą rękę i oko trzeba mieć do Chanel. To dom mody, którego projekty są najczęściej kopiowane. Jeśli coś wpadnie mi w oko, potrafię szukać latami. Nazywam to polowaniem. Półtora roku tropiłam klipsy wykonane na pokaz haute couture Yves Saint Laurent w latach 90., które nosiła Carla Bruni. Ciężkie, intensywnie czerwone, obłędne. Teraz może je nosić każdy.

Pamiętam, jak robiłam sesję w Londynie z Georgią May Jagger i napisałam do ciebie, czy jest szansa wypożyczyć biżuterię 4Element. Wróciłaś wtedy z Nowego Jorku z całą masą nowych błyskotek. Często podróżujesz w poszukiwaniu nowości?

Złapałaś mnie, jak lądowałam na Heathrow! Zamiast pojechać do domu, przyjechałam prosto do ciebie, na Hackney. Jeśli chodzi o podróżowanie, biżuterii szukam przy okazji rodzinnych wyjazdów. Niedawno byliśmy z mężem w Monte Carlo, gdzie znalazłam uroczy vintage shop. Za ladą siedziała cudowna, starsza kobieta. Byłam, jak zwykle zresztą, obwieszona błyskotkami. Tego dnia wybrałam duży naszyjnik i kolczyki, parure [z francuskiego komplet – red.] Yves Saint Laurent z lat 70. Elegancka sprzedawczyni od razu zwróciła na niego uwagę. Okazało się, że należała do bliskiej grupy przyjaciół Saint Laurenta i razem z Loulou de la Falaise kilka razy w roku podróżowała do domu projektanta w Marrakeszu. Pokazała mi nigdy nieopublikowane zdjęcia z ich wspólnych imprez i paryskich pokazów. Słuchałam, chłonęłam. I choć spóźniłam się tydzień, bo całą biżuterię, którą miała na sprzedaż, wykupił parę dni wcześniej książę Arabii Saudyjskiej, zaoferowała mi swoją prywatną kolekcję. Rzeczy, które otrzymała od samego Yvesa. To jest dokładnie to, czego nauczyłam się w pracy dziennikarskiej. W każdym miejscu jest historia. Trzeba się tylko zatrzymać, otworzyć oczy, rozmawiać z ludźmi i nauczyć się słuchać.

Klipsy Chanel, lata 80. (Fot. 4Element London)

Biżuterię 4Element można podziwiać na okładkach topowych magazynów, noszą ją też gwiazdy. Miałaś jakąś konkretną strategię, by to osiągnąć? 

Zupełnie nie. Nigdy nie byłam związana ze światem mody, nie znałam tam nikogo. Zawsze z pasją opowiadałam o mojej firmie i o tym, jak ważne jest, by branża zaczęła myśleć o ochronie środowiska. Jestem olbrzymią zwolenniczką sharing economy, gospodarki współdzielenia. Szybko okazało się, że znajomi moich znajomych znają stylistów różnych magazynów. W kwietniu zeszłego roku otrzymałam e-maila z redakcji brytyjskiego „Vogue’a”, która nie tylko wykorzystała moją biżuterię w sesji, lecz także napisała o 4Element artykuł. Od tamtego czasu byłam w ośmiu światowych edycjach „Vogue’a”. Ostatnio na grudniowej okładce arabskiej, niebawem moja biżuteria ukaże się w „Vogue Italia”. Współpracuję też z takimi magazynami, jak „Dazed”, „Another” czy „Harper’s Bazaar”. Po chwili zaczęli się odzywać styliści gwiazd – aniołków Victoria’s Secret, Elsy Hosk i Candice Swanepoel, sióstr Hadid, Pussycat Dolls, a ostatnio Seleny Gomez czy Margot Robbie. Część mojego zbioru poleciała właśnie do Włoch, do firmy Roberto Cavallego oraz do Sankt Moritz na głośny ślub Dashy Zhukovej i Stavrosa Niarchosa. 

Najbardziej jednak cieszy mnie zadowolenie moich klientek na co dzień. Mottem mojej firmy jest: I believe that great fashion belongs to all of us (wierzę, że wielka moda należy do nas wszystkich – z ang.). Dlatego każdy dostaje takie same pudełko, które skrywa nie tylko wybraną biżuterię, lecz także tzw. kartę wspomnień z historią danej błyskotki, np.: Te klipsy Christiana Diora nosiła na festiwalu w Wenecji Candice Swanepoel, były na okładce „Vogue Arabia”, a teraz ty piszesz ich historię.

Co było najtrudniejsze, z czym musiałaś się zmierzyć, prowadząc własny biznes w Londynie? 

Było tego sporo. Na poważnie ruszyłam z firmą w 2017 r. i od początku wiedziałam, że większość rzeczy będę robić sama. Mój tata zawsze powtarzał: „Jeśli zdecydujesz się oddać pracownikowi część swoich zadań, oddaj tę, na której znasz się najlepiej. Wówczas łatwiej zweryfikujesz jego działania. Sama zajmij się tym, co sprawia ci problemy, wtedy zaczynasz się rozwijać”. Największą trudnością było zaprojektowanie strony, wtyczek i pozycjonowanie w Google. We wszystko byłam w stu procentach zaangażowana, a nie jestem informatykiem. Wymagało to cierpliwości i samozaparcia. Czasem byłam tak sfrustrowana, że waliłam pięściami w stół. To jednak procentuje. Ostatnio prowadziłam rozmowy z amerykańskimi inwestorami, gigantami z Doliny Krzemowej i dokładnie wiedziałam, o czym mówię. Rozumiem ten biznes od podstaw, sama go zbudowałam.

Jak zdobyłaś środki na założenie firmy?

Przeznaczyłam na to całe oszczędności, wszystko, co miałam. Zaczęłam też sprzedawać rzeczy, których nie nosiłam. Sukienki, torebki, buty… Pieniądze, które zarobiłam, od razu przeznaczyłam na zakup biżuterii, opłacenie wykonania packshotów [zdjęć produktów na białym tle – red.] i na sprawy operacyjne.

Masz tak niezwykłą kolekcję, że zgłaszają się do ciebie domy mody. Jestem ciekawa, kiedy zaczną się z tobą kontaktować muzea. 

To moje marzenie! Wyobraź sobie, że idziesz do nowojorskiego Metropolitan Museum of Art na wystawę vintage biżuterii, a po miesiącu możesz ją założyć na wesele przyjaciółki. I o to dokładnie chodzi: wielka moda należy do nas wszystkich!

Kara Becker
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę