Znaleziono 0 artykułów
31.08.2019

Love Me Tinder: Happy end

(il. Iza Kacprzak)

– Było trochę rozczarowań. Spotykałam frustratów, kłamców i nieszczęśników. Ale gdyby nie tamte doświadczenia, nie poznałabym Maćka – opowiada kolejna bohaterka naszego cyklu. – Na Tinderze poznałam superczłowieka, partnera na życie. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że zostanę matką, nie uwierzyłabym. Za miesiąc urodzę dziecko.

Za miesiąc urodzę pierwsze dziecko. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że zostanę matką, nie uwierzyłabym. Obserwowałam wtedy znajomych, którzy brali śluby, budowali domy i zakładali rodziny. Czułam, że mnie to nie dotyczy, mnie się to nie przydarzy, to nie dla mnie. Moi rodzice są małżeństwem od 35 lat. W ich środowisku nie wypada się rozwieść, nie mówi się też o problemach, związki mają trwać. Teraz po swojemu realizuję schemat. I jestem szczęśliwa. Wiele zawdzięczam Tinderowi. To przez aplikację poznałam ojca mojego dziecka, superczłowieka, partnera na życie.

Na Tindera weszłam po rozstaniu z chłopakiem, z którym byłam pięć lat. Do decyzji o tym, żeby odejść, zbierałam się pół roku. Nie wyobrażałam sobie budowania z nim przyszłości, ale wiedziałam, że ryzykuję, zostając sama. Miałam 33 lata, wcześniej nigdy nie byłam bez partnera. Nieszczególnie ufałam relacjom z internetu. Internetowe randki wydawały mi się wymuszone.

Po rozstaniu dużo się w moim życiu – prywatnym i zawodowym – zmieniło. Na lepsze. Jedne zmiany prowokowały kolejne i uczyły dystansu. Od dawna przyjaciółki namawiały mnie na założenie Tindera, w końcu postanowiłam dać szansę aplikacji. Okazało się, że miały rację – Tinder ułatwia sprawę. Nie potrafię flirtować w sytuacji niejednoznacznej. Nie mam intuicji, czy ktoś czegoś ode mnie chce, czy po prostu jest sympatyczny.

Pierwsza randka była stresująca, ale oswoiła temat. Zaczął się czas eksperymentów. Nadrabiałam czas. Solidnie odrobiłam pracę domową.

W międzyczasie zrozumiałam, że wcale nie jestem samotna. Mam świetne życie – pracę, którą lubię, zaufanych przyjaciół, własne mieszkanie. Zresztą moje poukładanie niejednokrotnie okazywało się przeszkodą. Samodzielność budziła w mężczyznach niepokój. Nie mogli przy mnie włączyć trybu opiekuńczego. Za to sami niejednokrotnie wymagali ratowania. Zdarzały się spotkania, podczas których faceci wypłakiwali mi się w ramię, bo zostawiła ich partnerka. Oni nie wiedzieli, dlaczego zostali porzuceni. Dla mnie jako dla kobiety powody często były oczywiste. Staram się nie ulegać stereotypom, ale dowodów na kryzys męskości miałam sporo. Maciek, mój obecny partner, był jedynym, który wiedział, dlaczego jego małżeństwo się rozpadło. I jako jedyny też sam podjął decyzję o rozstaniu.

W półtora roku odbyłam około 30 randek – ze specem od komiksów, pisarzem, prawnikiem, ilustratorem. Po drodze było trochę rozczarowań. Spotykałam frustratów, kłamców i nieszczęśników. Ale gdyby nie tamte doświadczenia, nie poznałabym Maćka.

Zwykle, jeśli człowiek wydawał się interesujący, dążyłam do spotkania, żeby zweryfikować pierwsze wrażenie. Na randce często okazywało się, że facet jest w związku. Wtedy zapalała mi się czerwona lampka. Szybko urywałam kontakt, gdy widziałam, że ktoś ma problem z alkoholem. A zdarzały się sytuacje, w których randka była raczej pretekstem do swobodnego ubzdryngolenia się. Ważna była dla mnie zgodność poglądów. Chociaż z ciekawości raz umówiłam się ze skrajnym prawicowcem. Doprowadziło to do kilku całkiem inspirujących rozmów.

Zdarzyła mi się one night stand z hiszpańskim dziennikarzem. Zaliczyłam też relację opartą na seksie. W łóżku było przyjemnie, ale wiedziałam, że związku z tego nie będzie. Niektórych chłopaków mam wśród znajomych na Facebooku. Lajkują moje zdjęcia w ciąży. O kilku myślę ciepło. Zakochałam się raz. Zwykle spotykałam się ze sporo starszymi facetami, zauroczył mnie mężczyzna grubo po czterdziestce, po przejściach. Robił krok do przodu i dwa kroki do tyłu. Przez pół roku na niego czekałam. Byłam gotowa sporo zaryzykować.

Gdy nic z tego nie wyszło, umówiłam się z Maćkiem. To miało być remedium na złamane serce. Powiedział mi potem, że na pierwszym spotkaniu wydałam mu się smutna. I miał rację. Teraz ceni we mnie pogodę ducha. Ja go odebrałam jako otwartego, pogodzonego ze sobą. Ale nie spodziewałam się, że spotkałam człowieka na życie. Najpierw rozczulił mnie zdjęciem z kotami. Nie zgrywał supermacho.

(il. Iza Kacprzak)

Maciej do Tindera podchodził zadaniowo. Czasami umawiał się nawet na dwie randki dzienne. Ze mną też szybko doprowadził do spotkania. W piątek odbyliśmy długą rozmowę telefoniczną. Okazało się, że ma piękny, niski głos. I świetne poczucie humoru. Na niedzielę umówiliśmy się na kawę, która przerodziła się w całodzienną randkę. Na początku bałam się powiedzieć, że to jest „wow”. Ale szybko uświadomiłam sobie, że nie muszę się niczego bać. Połączyły nas wspólne wartości, ale też codzienne sposoby spędzania czasu. Już na pierwszych randkach gotowaliśmy, oglądaliśmy filmy, nocowaliśmy u siebie. Nie było wielu wątpliwości, że obydwoje jesteśmy zaangażowani. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem, po kolejnych kilku zaczęliśmy planować wspólną przyszłość. Nie stosowałam żadnej strategii, nie uciekałam się do gierek, wyznawałam zasadę, że uczciwość popłaca. Niech mnie bierze z dobrodziejstwem inwentarza i bez pudru, w drugą stronę też to działa.

Maciek jest pierwszym młodszym chłopakiem, z którym się spotykałam. Ale gdy randkowałam z czterdziestolatkami, rzadko miałam wrażenie, że spotykam się z dorosłymi facetami. W Maćku ujęła mnie dojrzałość. W dzieciństwie sporo przeszedł. Jako nastolatek sporo pisał, zdobywał nagrody literackie. Dość wcześnie się ożenił. Chociaż jest po rozwodzie, nie dał mi powodów do zazdrości. Wiedziałam, że jego relacja z byłą żoną jest domknięta. Jesteśmy razem od dwóch lat. Mam poczucie, że znamy się kawał życia. Maciek natychmiast zakumplował się z moimi przyjaciółmi – proponował spotkania, gotował kolacje, urządzał imprezy. Dziś z moją przyjaciółką często rano rozmawiają przez telefon.

Decyzja o dziecku była świadoma. Zaskoczyło nas, że tak szybko się udało. Test ciążowy zrobiłam w toalecie podczas kursu gotowania na wakacjach w Azji. Wszyscy uczestnicy bili nam brawo, bo nie udało się ukryć naszej radości. W ciąży ugruntowuje się moje przekonanie, że tak miało być. Nie mamy presji związanej ze ślubem. Być może, ale na spokojnie, gdy już zostaniemy rodzicami. Wtedy zorganizujemy go na Mazurach. W gospodarstwie agroturystycznym, które otworzymy.

Wysłuchała Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę