Znaleziono 0 artykułów
01.09.2018

Moda ze Wschodu: „Bajecznie bogaci Azjaci”

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

Bohaterki komedii romantycznej „Bajecznie bogaci Azjaci” noszą suknie od Diora, Elie Saab i Valentino, udowadniając niedowiarkom, że to właśnie dalekowschodnie trendy stają się wiążące dla paryskiego haute couture. W tym roku rozwijający się prężnie azjatycki rynek mody będzie odpowiadał za 40 proc. światowej sprzedaży ubrań i dodatków.

To, że film „Bajecznie bogaci Azjaci” na podstawie bestsellera Kevina Kwana z 2013 roku doczeka się sequelu (a potem pewnie także trzeciej części, bo do zekranizowania zostały dwa tomy trylogii) było pewne zaraz po premierze. W ciągu pierwszych pięciu dni obraz zarobił 34 miliony dolarów. Od premiery międzynarodowe edycje „Vogue’a” kilka razy dziennie serwują nowe informacje o kinowym fenomenie. Gemma Chan, czyli filmowa Astrid, pochwaliła się już, że to jej przypadnie w udziale główna rola w drugim filmie z serii. Kevin Kwan komentuje paryski tydzień haute couture, za to Henry Golding, odtwórca roli amanta Nicka Younga, został obwołany nowym Carym Grantem.  

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

„Bajecznie bogaci Azjaci” z ich złotymi fontannami na dziedzińcach willi podpartych klasycystycznymi kolumnami, przyjęciami podczas których drużyny narodowe uprawiają w przydomowym basenie pływanie synchroniczne, oraz sesjami lepienia pierożków w sukniach od projektantów, sztywnych kokach i pełnym makijażu z pozoru wyglądają jak umiarkowanie błyskotliwy żart. Albo gorzej, krzywdzące powielanie stereotypów. Czyli cultural appropriation, którego Amerykanie boją się jak diabeł święconej wody. 

– To więcej niż film. To początek nowej ery Hollywood – mówi jednak reżyser Jon M. Chu, który w swoim filmie po raz pierwszy od 25 lat obsadził wyłącznie aktorów azjatyckiego pochodzenia (ostatnio udało się to w „Klubie szczęścia” z 1993 roku o chińskich imigrantach w Stanach). Sam pochodzi z Palo Alto, z rodziny o chińsko-tajwańskich korzeniach. – Ta fala jest nieodwracalna– wtóruje mu Michelle Yeoh, którą uważni widzowie pamiętają pewnie z bondowskiego „Jutro nie umiera nigdy”, a już na pewno z „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”. Dodając, że nareszcie dobiega końca czas whitewashingu. Bielutkie jak śniegEmma Stone i Scarlett Johansson nie zagrają już więcej Azjatek. 

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

Yeoh gra Eleanor Young, żonę jednego z najpotężniejszych singapurskich deweloperów i matkę Nicka, który chce ożenić się z nowojorską profesor ekonomii Rachel Chu. Niewłaściwą dla Younga nie tylko ze względu na skromny posag, ale także sekrety rodzinne, a przede wszystkim egoistyczną w opinii Eleanory postawę – Rachel chce, póki co, robić karierę, a nie piastować dzieci. Tę zarysowaną grubą kreską Złą Teściową poznajemy jednak od innej strony w pierwszej scenie filmu, gdy obsługa zachodniego hotelu nie chce dać jej kluczy do zarezerwowanego wcześniej przez jej męża apartamentu. Oczywiście ze względu na kolor skóry. Proszę udać się do Chinatown – słyszy. Nic dziwnego, że ma problem z Zachodem, a przede wszystkim z „bananami”, czyli imigrantami tak mocno wrośniętymi w amerykańską kulturę, że w środku są już cali biali.

Eleanor jest przedstawicielką matriarchatu. Matką, która chroni swoje dzieci, walczy, żeby miały jak najlepsze życie, kultywuje tradycję. Świat „Bajecznie bogatych Azjatów” zamieszkują właściwie wyłącznie kobiety. Wielkim nieobecnym jest ojciec Nicka, sam główny bohater to raczej mydłek niż rycerz, liczni bracia i kuzyni to postaci służące wyłącznie slapstickowym żartom. 

To kobiecy świat nie tylko dlatego, że kobiety w przeważającej mierze chodzą do kina na komedie romantyczne, a „Bajecznie bogaci Azjaci” ten gatunek mają wskrzeszać. Film próbuje udowodnić, że cała kultura Wschodu działa właśnie dzięki kobietom. Nie zdradzi się nieprzewidywalnego, zwracając uwagę na finałową rozgrywkę. Przy partyjce mahjonga, która uczy sztuki negocjacji, strategii i współpracy, o losie Nicka decydują najważniejsze kobiety jego życia. A Astrid zostawia niewiernego męża słowami: – Mogę zamieszkać sama w jednym z moich 14 apartamentowców.

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

„Bajecznie bogatym Azjatom” już udało się wylansować pierwszoligowe gwiazdy. Do niedawna aktorzy z Dalekiego Wschodu grywali co najwyżej mistrzów sztuk walki, właścicieli chińskich restauracji albo okrutnych satrapów. 

Henry Golding, którego zaraz zobaczymy w kolejnej głównej roli, tym razem męża postaci granej przez Blake Lively w „Zwyczajnej przysłudze”, jest inny. „To taki azjatycki Bachelor” –  mówi najlepsza przyjaciółka Rachel. Bachelor, czyli dosłownie najgorętszy kawaler do wzięcia, ale i idealnie plastikowy uczestnik reality show. Ojciec Goldinga jest Brytyjczykiem, matka Malezyjką, on sam przez 17 lat mieszkał w Singapurze. Dla BBC i Discovery Channel z akcentem członka brytyjskiej rodziny królewskiej prowadził programy podróżnicze. Dla kina odkrył go jego księgowy. – Azjaci są pewni siebie, pełni pasji i seksowni. Chcemy dostawać role, które pokazują wszystkie nasze odcienie – mówił Golding w wywiadzie.

Jego filmową ukochaną Rachel Chu gra Constance Wu, znana z sitcomu „Przepis na amerykański sen”. Wychowała się w Richmond w Virginii w rodzinie z Tajwanu. Ojciec był profesorem genetyki, matka programistką. Na ekranie Wu wciela się w rolę profesor ekonomii na Uniwersytecie Nowojorskim, która dopiero podczas podróży do Singapuru, rodzinnego kraju chłopaka, dowiaduje się, że jest bogaty. Bajecznie bogaty. A o niej wszyscy myślą, że chce na tę fortunę zapolować. Mimo przewidywalnej fabuły piękny w swoim przegięciu świat kryształowych kandelabrów nie traci na szczęście ani przez chwilę kampowego dystansu. 

To zasługa ironicznego spojrzenia wychowanego w Teksasie Kevina Kwana. Swoją trylogię napisał z inspiracji własnymi dziadkami. W jego żyłach płynie krew Kwanów, Ohów i Husów. Jego babcia była córką założyciela najstarszego singapurskiego banku. A rodzice wyjechali do Stanów, żeby uciec od klasowego społeczeństwa, w których każdy mezalians traktowany jest jak zbrodnia na tradycji. 

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

A tradycja jest słowem kluczem dla „Bajecznie bogatych”. Pozycja Youngów nie zmieniła się od XVIII wieku, odkąd przybyli z Chin. Gardzą nuworyszami. Te animozje miały być widoczne także w kostiumach. Arystokratki noszą zwiewne szyfony od Valentino, ci pozbawieni gustu złoto od Versace. 

Kostiumografka Mary E. Vogt spełniła marzenie reżysera o strojach niczym z „Kopciuszka”. Zmieszanych ze „Spragnionymi miłości” Wonga Kar-waia. Jak w każdej komedii romantycznej, Rachel przechodzi przemianę. Na uniwersytecie w Nowym Jorku wykłada teorię gier ubrana w biały podkoszulek, a z Nickiem randkuje w ramonesce z Zary. Gdy w Singapurze postanawia stawić czoła Eleonorze, staje się łabędziem w błękitnej kreacji z tiulu od Marchesy.Jej pastele ścierają się z burgundami i szmaragdami przyszłej teściowej. Nick nosi białe garnitury od Dolce & Gabbana, w których wygląda jak Gatsby. A it-girl Astrid w garderobie ma kreacje tak cenne, że wymagały na planie specjalnej ochrony. W pudrowej sukience Diora i ciemnych okularach wygląda jak świeższa wersja Audrey Hepburn ze „Śniadania u Tiffany’ego”. Ale ona zamiast oglądać klejnoty zza szyby, u jubilera kupuje kolczyki za półtora miliona dolarów. 

Grająca ją Gemma Chan, znana z serialu „Humans”, podczas promocji filmu skorzystała z okazji, żeby promować także projektantów azjatyckiego pochodzenia. Na czerwonym dywanie nosiła chociażby sukienki Laury Kim, Amerykanki o koreańskich korzeniach, która pracuje dla domu mody Oscar de la Renta.  

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

Moda, oczywiście ta najbardziej luksusowa, jest bodaj najważniejszą bohaterką „Bajecznie bogatych Azjatów”. Kevin Kwan wychował się w kulcie paryskiego krawiectwa. W babcinych kufrach odkrywał skarby z lat 20. i 30. Dziś z zachwytem spogląda na dalekowschodnie ikony stylu, które zdobywają miliony lajków na Instagramie, pokazują modę na czerwonym dywanie w Cannes, a w rodzinnych stronach noszą kreacje prosto z wybiegów haute couture. 

Należą do najbardziej elitarnego klubu świata. Zamkniętej grupy dwóch tysięcy kobiet, które mogą sobie pozwolić na suknie szyte na miarę przez krawców z Paryża. Są wśród nich Feiping Chang, jedna z najważniejszych influencerek Azji, Heart Evangelista, aktorka i dziedziczka fortuny z Filipin, bliźniaczki Rachel i Michelle Yeoh z chińsko-malezyjskiej rodziny, które w 2015 roku zadebiutowały na balu Queen Charlotte w Kensington Palace, zarezerwowanym do niedawna dla europejskiej arystokracji. Dwa lata później można je było oglądać na wybiegu Dolce & Gabbana. W pierwszym rzędzie zasiadały od jedenastego roku życia. – To u nas rodzinna tradycja – mówiły Kwanowi w wywiadzie, nieprzypadkowo znów stawiając na piedestale dziedzictwo. 

Kadr z filmu „Bajecznie bogaci Azjaci” (Fot. Materiały prasowe Warner Brothers)

Azjatyckie ikony stylu kochają barokowe, misternie zdobione, spektakularne sukienki księżniczek. Aktorka Li Yuchun o błękitnych włosach to pierwsza azjatycka gwiazda, która włożyła Givenchy haute couture, a teraz ubiera ją Gucci. Angelababy to jedna z twarzy Diora, a Yang Mi – Michaela Korsa. Razem z nimi do Cannes zawsze przyjeżdża także aktorka Fan Bingbing, ambasadorka takich projektantów jak Tajwańczyk Shiatzy Chen. Co nie zmienia faktu, że ma słabość także do haute couture z Paryża, z Valentino na czele. 

W modzie środek ciężkości przenosi się więc na Wschód. W tym roku już 40 proc. ubrań i dodatków świata sprzeda się właśnie w Azji. Zgodnie z raportem firmy konsultingowej McKinsey & Company Chiny są najszybciej rozwijającym się rynkiem dla dóbr luksusowych. Azja przewodzi w pokryzysowym odrodzeniu się mody. Wzrost sięga tu 7,5 proc. rocznie, podczas gdy w Stanach osiąga zaledwie 1-2 proc., a w Europie 2-3 proc. W ślad za rozwojem rynku idzie także innowacja technologiczna. W Azji powstaje dwie trzecie wszystkich sklepów internetowych świata. Marki ze Wschodu planują też ekspansję na Zachód. W koreańską firmę Gentle Monster zainwestował koncern LVMH, a współpracuje z nią Alexander Wang. Coraz więcej projektantów z Korei, a także Chin i Japonii pokazuje kolekcje na światowych tygodniach mody. Nie mówiąc już o nowojorskiej plejadzie gwiazd. Alexander Wang, Joseph Altuzarra, Derek Lam, Peter Som i Phillip Lim, którzy od dobrych pięciu lat trzęsą przemysłem mody w Stanach, wszyscy urodzili się w rodzinach imigrantów z Azji. Wpływy działają więc w dwie strony. Azjatki lansują paryską modę u siebie, a projektanci o chińskich, koreańskich czy tajwańskich korzeniach robią desant na modę na Zachodzie. 

Oczywiście modą kieruje polityczna poprawność, otwartość i inkluzywność, ale też dobry interes. It-girls ze Wschodu chcą nosić suknie haute couture, azjatycka emigracja w Ameryce chce oglądać się na wielkim ekranie w mainstreamowym hicie. Zarówno Hollywood, jak i Paryż wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom. Dlatego powstanie sequel „Bajecznie bogatych Azjatów” i dlatego Elie Saab, Maria Grazia Chiuri u Diora czy Pierpaolo Piccioli u Valentino będą szyli zgodnie z gustem swoich najwierniejszych klientek. Kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę