Znaleziono 0 artykułów
04.10.2018

Momenty graniczne w człowieku

(Fot. R.Palka)

Z Martą Konarzewską, scenarzystką filmu „Nina”, który wygrał konkurs Inne Spojrzenie na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni rozmawiamy o tym, dlaczego w kinie warto dotykać takich tematów, jak płeć, seksualność i tożsamość.

Debiutancka „Nina” w reżyserii Olgi Chajdas (na ekranach od 5 października) do polskich kin wędrowała szlakiem filmowych nagród, by przypomnieć główny laur festiwalów w Rotterdamie i Karlskronie oraz trzy świeżutkie gdyńskie wyróżnienia ze Złotym Pazurem na czele. Najprościej można by powiedzieć, że to film o miłości, która wywraca życie tytułowej Niny do góry nogami. I opisać to tak: ona i on, syci mieszczanie, żyją w eleganckim, ale dziwnie martwym domu i od lat bezskutecznie starają się o dziecko. Wtedy pojawia się „ta trzecia”, młoda i nieokrzesana Magda – jest kandydatką na zastępczą matkę dziecka Niny, a okazuje się dla niej kimś znacznie ważniejszym. Kimś, kto obudzi nauczycielkę w średnim wieku do życia „naprawdę”.

–  To historia o tym, że coś musi być zepsute, żeby coś zostało znalezione – mówi Marta Konarzewska, literaturoznawczyni oraz działaczka feministyczna, która została scenarzystką. „Ninę” napisała we współpracy z reżyserką Olgą Chajdas, w oparciu o jej pomysł i własne zainteresowania literackie oraz naukowe związane z płcią i tożsamością. Powstał niejednoznaczny, rozwibrowany emocjami i kolorami, fenomenalnie zagrany przez Julię Kijowską oraz Elizę Rycembel obraz spotkania dwóch kobiet, które jak tornado zdemolowało ich życie. Teraz Marta Konarzewska przygotowuje się do podjęcia produkcji swojego kolejnego scenariusza „Włast”.

(Fot. R.Palka)
Reklama

Raz jesteś publicystką i redaktorką, a za chwilę działaczką i feministką, badaczką literatury i queeru, a także „nauczycielką i lesbijką”, by sparafrazować tytuł twojego głośnego tekstu w „Gazecie Wyborczej”. Ale przez ostatnie lata coraz bardziej stajesz się jednak scenarzystką, czego ostatecznym potwierdzeniem była nagroda Script Pro. Co to wszystko łączy? 

Ja! Prawda, że te role – od performerki do wykładowczyni akademickiej – czasem są trudne do pogodzenia, bo występują w różnych rejonach rzeczywistości. Ale na uczelni mówię językiem naukowym o tym samym, o czym opowiadam jako scenarzystka w filmie „Nina”. 

Czyli o czym? O miłości? O seksualności? O tożsamości?

Przede wszystkim zajmuję się kobietami i relacją kobiet z ich własną kobiecością. Interesuję się momentem, w którym stajemy się kobietami, czyli okresem dojrzewania. Tym, jak być córką, jak być matką i jakie się z tym wiążą pułapki. No i na koniec – interesuje mnie też nasza seksualność i wszystko, co związane z wielorakim obrazem płci. Znajdziesz to w książce, którą napisałam z Piotrem Pacewiczem „Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu”, ale i w filmie „Nina”, którego bohaterka zderza się z tym, co to znaczy być kobietą i córką. Co to znaczy spotkać w życiu kogoś, kto miał być matką mojego dziecka, ale być może jest kimś w rodzaju córki, a może kochanką. Takie „miejsca” mnie interesują, ta nieoznaczoność w nas. Podobnie jest w scenariuszu planowanego filmu „Włast” – o osobie, która część swojego życia przeżyła jako kobieta, a część jako mężczyzna. 

Dzisiejsza oficjalna społeczno-polityczna narracja wymaga od nas raczej jednoznacznych określeń. Czujesz się tym sprowokowana? Chcesz rozsadzać jednowymiarowe wizje płci i seksualności w kinie?

Ciekawią mnie momenty graniczne w człowieku. Takie, które nie są jeszcze dobrze opowiedziane. Dlatego myślę, że to nie ja rozsadzam, tylko po prostu tam wchodzę. Najprościej powiedzieć, że to moment w życiu człowieka, kiedy się dojrzewa. Ale on się oczywiście powtarza, bo nie jest tak, że raz dojrzejesz i już jesteś na zawsze mądra. Ja po prostu nie wiem, co to znaczy być sobą. Niby każdy jest na swój sposób sobą, ale jest też w nas jakaś wielość i właśnie zderzenie z tą wielością mnie fascynuje.

Być może na tym polega sekret twoich filmowych opowieści, że one są niejednoznaczne. Można opisać je jakimś wytrychem, np. „Ninę” jako film o lesbijskim romansie, albo o „nietypowym trójkącie”, ale to w istocie nie oddaje tego, o czym jest ta – bardzo ludzka i czuła – historia. O czym dla ciebie jest „Nina”?

Dla mnie to opowieść o kobiecie, która poszukuje. Jakoś sobie w życiu poradziła, ale ma trudną relację ze swoją matką. Ta relacja jest zamrażająca, trzyma ją na uwięzi.

Mój temat!

I nie tylko twój, to temat wielu rozmów między kobietami. Dla Niny ta relacja jest paraliżująca. A jak się w niej szarpiesz – wtedy boli, więc najlepiej znieruchomieć. Bardzo mi się podoba, jak Olga Chajdas razem z Tomkiem Naumiukiem odczytali te emocje światłem, kolorem. To, co chciałam skonstruować psychologicznie, oddali obrazem. A Julia Kijowska dała Ninie swoją wewnętrzną prawdę. Wyszedł film nie tylko piękny wizualnie, ale też mądry na poziomie obrazu. Super praca zespołowa. 

Jak relacja Niny z matką przekłada się na jej życie uczuciowe? 

Nina zrobiła sobie jakieś tam życie. Jest nauczycielką francuskiego, związała się z miłym facetem, którego jej matka niespecjalnie ceni i co jest rodzajem buntu córki. Ale ten bunt do niczego Niny nie prowadzi, bo wciąż materialnie, zawodowo i psychicznie jest zależna od matki. Do tego nie może mieć dzieci i to też jest coś nieruchomego w niej. Nie ma również dostępu do bardziej twórczej sfery w sobie, choć próbuje być fajną, eksperymentującą nauczycielką, ale to nie do końca jej wychodzi. I wtedy spotyka Magdę. Najpierw jest kandydatką na surogatkę mogącą urodzić Ninie dziecko, ale ich relacja się komplikuje. 

Magda jest w jej życiu „poruszycielem”, otwiera ją na świat namiętności, ruchu, ognia, żywiołu. Nawiązują romans – to fabuła, ale co ona naprawdę oznacza? Chodzi o sytuację, kiedy kochasz naprawdę, bo trafiasz na kogoś, kto cię porusza na wielu poziomach. I Nina jest poruszona. Znajduje w sobie żywe, pulsujące miejsce, z którym wreszcie może się skontaktować i jest to miejsce erotyczne. Jest ono pragnieniem życia, seksualnością. Tak więc to film o tym, że coś musi być zepsute, żeby coś zostało znalezione.

(Fot. R.Palka)

Dlaczego to akurat dziewczyna? Czy to mógłby być też chłopak o podobnej energii?

To musiała być dziewczyna, bo strasznie dużo jest już tych heteroseksualnych filmów! Ale też wszystko inaczej by wyglądało, gdyby to był facet. Nina jest starsza, Magda młodsza, ale są tajemniczo do siebie podobne, jest w nich coś lustrzanego. I jest to właśnie chodzenie po swojej i cudzej kobiecości, odnajdywanie się w różnych rolach. W naszej kobiecej logice doskonale rozumiemy, co to znaczy odbijać się w swojej siostrze, co to znaczy zatracić granice między sobą a swoją matką. Chciałam też powiedzieć coś bardzo ważnego dla mnie. Otóż rozpoznanie na temat miłości lesbijskiej, ugruntowane w naszej kulturze domorosłą psychoanalizą, jest takie, że związki między kobietami są infantylne, nieprawdziwe. Naśladują i przedłużają związek z matką i trwają, dopóki książę nie obudzi księżniczki pocałunkiem, jak w bajkach. Jeśli to nie nastąpi, ciągle tęsknisz za matką, niczym Kopciuszek, zamiast iść do księcia i stać się królową. Zależało mi, by pokazać, że chodzi o tę osobę, za sprawą której coś się w tobie obudzi. I to może być kobieta! Nina wykonała ten ruch z mężczyzną już ileś lat wcześniej, ale wylądowała w emocjonalnej zamrażarce, bo to nie była po prostu ta osoba. A Magda okazała się „tą” osobą.

To w końcu Nina jest heteroseksualna czy homoseksualna?

Nina mówi: jestem Magdoseksualna. Zakochujesz się i ten człowiek jest. Czasem ludzie tak głęboko przed samymi sobą skrywają swoje potrzeby! Znam też sytuacje, że są sobie dwie przyjaciółki i nie ma żadnych podtekstów, a potem coś się między nimi wydarza i wszystko się zmienia. Dlaczego w to nie pójść? Ta namiętność Niny w filmie też jest dla niej czymś szokującym. Na początku reaguje jakąś dziwną agresją na Magdę, bo nie może sobie z tym poradzić. I możemy tak robić, oczywiście. Ja pytam tylko – po co? Może dobrze jest otworzyć się na: „a co wtedy?”. 

Żal mi Wojtka, męża Niny. Na początku jest osobą, z którą można sympatyzować, ma w sobie czułość dla żony, ale potem budzi się w nim element agresji.

Dla mnie Wojtek też jest postacią bardzo ważną. To również film o męskości, w pewnym sensie. Wojtek nie potrafi być mężczyzną takim, jakim stereotypowo mężczyzna ma być. Nie umie z tą półhisteryczną, smutną ciągle Niną poradzić sobie „po męsku”. Bo mężczyźni też są różni. I Wojtek, który próbuje dogonić maskę męskości, przegrywa w tej pogoni. Agresja w nim bierze się z odrzucenia, z bycia zranionym chłopcem. Ma prawo do tej agresji, ale objawia się ona zachowaniem, które należy do kanonu męskiej przemocy w kinie. I w końcu się z tego wycofuje. Wydaje mi się, że to bardzo dużo mówi o tym, czym jest męskość i czemu faceci są też w tym schemacie uwięzieni. To była trudna rola do zagrania i uważam, że Andrzej Konopka ją udźwignął.

Porzućmy na moment „Ninę”, która tryumfalnie wkracza na ekrany kin. Twój kolejny scenariusz to „Włast”. Nie nabrał jeszcze filmowego ciała, ale już dostał najważniejszą polską nagrodę scenariuszową Script Pro, przyznawaną przez Netia Off Film Festival w Krakowie i PISF. Jest oparty na życiorysie młodopolskiej poetki Marii Komornickiej, która w wieku 30 lat ogłosiła się mężczyzną - Piotrem Odmieńcem Włastem. Legenda mówi o spalonych sukniach i wyrwanych dla oszpecenia zębach. Jako Włast żyła przez kolejnych 40 lat. Jaka jest ta historia w twojej interpretacji? Była już oglądana przez różne filtry: emancypacji kobiet, literatury, feminizmu, gender, choroby psychicznej…

To historia, którą dobrze znałam, ale postanowiłam na potrzeby pisania scenariusza jak najwięcej z niej zapomnieć. Żeby nie robić dokumentu, ale złapać to coś najważniejszego z historii życia tej postaci. Wewnętrznego życia, bo kiedy piszesz o poetce/poecie, to masz je w wierszach podane jak na tacy. Zaczyna się w Krakowie na przełomie XIX i XX wieku – Maria Komornicka to „genialne dziecko”, młodziutka poetka robiąca furorę w męskim środowisku. Co znaczące, już pierwszą powieść pisze w rodzaju męskim, choć podpisuje ją: Marja. Opowiada w niej o mentalnie starym człowieku, który ma poczucie straconego życia, braku sensu. A sama ma wtedy tylko 16 lat! Jak wówczas wyglądała? Nie wiadomo, bo mamy jeden portret i to przemalowany. Wiemy tylko, że miała bardzo szybko zepsute zęby, była raczej nerwowa, bardzo intelektualna, więc na pewno, nie była to typowa piękność. Nie była też sentymentalną kobietką piszącą o miłości. Dlatego jej relacje z mężczyznami były ambiwalentne – nie wiadomo, czy w tym układzie z jej pierwszymi artystycznymi mentorami: Władysławem Nałkowskim i Cezarym Jellentą, chodzi o romans czy o kumpelstwo. Kiedyś Maria notuje: „Byliśmy we trzech” i chodzi o to, że poszła z nimi na jakieś czytanie i prawdopodobnie świadomie pisze to w gramatyce męskiej.

(Fot. R.Palka)

Tytuł „Włast” sugeruje, że skupiasz się bardziej na męskim wcieleniu Marii/Piotra.

No właśnie nie. To bardzo trudny do realizacji scenariusz, bo rozciąga się od 16 roku życia Marii niemal do jego do końca, czyli śmierci w 1949 roku. Historia jest opowiedziana w rozdziałach. Najpierw bohaterka jest nastolatką, która wchodzi w środowisko literackie z wielkim „bum”. Potem jest Maria mężatka, gdy wychodzi za pisarza i satyryka Juliana Lemańskiego. I wtedy nie chciałam szukać jakiegoś gejowskiego „klucza”, czy uciekać od prawdy, że w relacji z tym mężczyzną Maria była bardzo kobieca. To jest ta nieoznaczoność, o której mówiłyśmy wcześniej. Ale też, to była relacja artystów, oni rywalizowali ze sobą, odgrywali przed jakieś teatry, jak to w modernizmie. Z kulminacją w postaci strzelania – najpierw on strzelał do niej, potem próbował do siebie, ale zabrakło mu kul, w końcu wszyscy się śmiali. Oboje z mężem byli związani z „Chimerą”, pismem Zenona „Miriama” Przesmyckiego, który stał się „mistrzem” Marii. Ona chciała traktować go jako nieskazitelnego boga, a tymczasem on związał się z tzw. zwykłą kobietą, szefową pensji, i Maria była tym rozczarowana. We wszystkim chciała dotknąć rzeczywistości, która jest wyżej, niż nasz świat. Dla niej to był trudny czas po rozwodzie. Nie przyjęto do druku kawałka jej powieści, przyszła depresja, stany psychotyczne i straszny natłok myśli związanych z męskością, co zostało wyrażone w jej długim poemacie „Biesy”. Strasznie szarpało - już wtedy chyba - nim. No a potem następuje słynny atak i dalej jest już on – Piotr Włast. Tak się nazwała, a właściwie – nazwał.

Może uważała, że jedynie jako mężczyzna będzie poważnie traktowana w świecie literatury? 

Jestem pewna, że nie chodzi o teatr, ale o życie. Płeć nie jest teatrem, nie można sobie powiedzieć: założę inne kostiumy i zabawię się. Nie przez 40 lat! Ja bym się więc przychylała do transpłciowego wytłumaczenia. Męskość to nie było to, co ONA wybrała, ale to, w czym ON był. 40 lat, które przeżył jako mężczyzna, to bardzo trudne życie. Dwie wojny, szpital psychiatryczny, brak zrozumienia rodziny. Choć to wcale nie wyklucza obłędu! Widać w niektórych listach, że miał epizody psychotyczne. Ale… Kto by nie miał, kiedy się zmaga z takim problemem, a nie może światu go wyjaśnić ani dobrze opowiedzieć. 

Dla kogo tworzysz te opowieści?

Dla ludzi, którzy chcą oglądać kino, w którym trochę mniej będą się bezrefleksyjnie śmiać, a trochę więcej konfrontować z jakimś niepokojem. Dla tych, którzy lubią oglądać kino, poprzez które mogą się trochę rozpaść, ale tylko po to, żeby potem się samodzielnie, z satysfakcją, poskładać.

Teraz jest czas na takie kino? W tym zero-jedynkowym świecie?

Ja mam czas tylko na takie kino.

 

Marta Konarzewska (ur.1977 w Warszawie). Feministka, scenarzystka, badaczka kultury, dziennikarka. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Łódzkim i Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim. Współtworzyła magazyn „Furia. Nieregularnik lesbijsko-feministyczny”. W 2010 roku w Gazecie Wyborczej opublikowała głośny tekst „Jestem nauczycielką i jestem lesbijką”. Wspólnie z Piotrem Pacewiczem wydała książkę „Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu” (2010). Była nauczycielką w łódzkim liceum i prowadziła dyskusyjny klub czytelniczy dla młodzieży „Czytaj dalej”. Autorka i współautorka scenariuszy filmowych: „#wszystkogra”, reż. Agnieszka Glińska (2006), krótkometrażowy „Trzeba uważać na słońce” reż. Wojciecha Tubaja (2017), serial „Za marzenia” (jako scripts doctor, 2017) i „Nina” (2018) – oba w reż. Olgi Chajdas. Obecnie pracuje nad kolejnym scenariuszem.

Anna Sańczuk
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę