Znaleziono 0 artykułów
19.09.2018

Morderstwo niedoskonałe

Justyna Kopińska (Fot. Jakub Pleśniarski)

Marek kupił zaprawę murarską, worki foliowe, linkę. W sądzie tłumaczył, że chciał wyrównać podjazd. A linki użyć do nauki jazdy córki na rowerze. Tylko, że córka umiała już na nim jeździć. Historię zaginięcia jego żony, Anny opisałam w reportażu „Ten trup się nie liczy”.

Anna zaginęła 7 lipca 2012 roku. Szczupła, zielone oczy i kręcone włosy. Jej mąż Marek przyszedł na posterunek policji w Czeladzi dwa dni po tym, jak zniknęła. Mówił, że się pokłócili. Żona po kłótni spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do dużej walizki na kółkach, zabrała dokumenty i około dwudziestej trzeciej wyszła z domu. Mąż Anny jest policjantem. Po zgłoszeniu wrócił do domu. Nie szukał żony.

Parę dni później o zaginięciu dowiedzieli się rodzice kobiety. Dzwonili do niej, ale telefon był wyłączony. Matka Anny, Michalina tłumaczyła policjantom, że wersja zięcia jest mało prawdopodobna. – Ania ma małą córeczkę, bardzo ją kocha. Ma pracę w Sosnowcu. Zawsze była odpowiedzialna. Przecież nie zostawiłaby wszystkiego tak nagle. Późnym wieczorem sąsiedzi byli w domach, usłyszeliby, jak Ania ciągnie za sobą dużą walizkę. A nie było żadnego hałasu – przekonywała.

Justyna Kopińska (Fot. Jakub Pleśniarski)

Prosiła policjantów, by sprawdzili monitoring i przeszukali porośnięty krzakami teren w okolicy mieszkania córki. Ale funkcjonariuszka, która w pierwszych tygodniach prowadziła sprawę zaginięcia, nie chciała ani pytać sąsiadów, ani przeszukać okolicy. „Może córka pojechała nad morze? Zarobi i wróci”. Pani Michalina mówiła mi: – Poczułam, jakby policjantka robiła z mojej córki prostytutkę. Policjanci przez dwa miesiące nie umieścili nawet córki w swojej bazie osób zaginionych. Gdyby ktoś w innym miejscu Polski posługiwał się jej dowodem, policjanci nie wiedzieliby, że to osoba zaginiona.

Dopiero w grudniu sprawdzono monitoring. Niestety okazało się, że po pół roku taśma została nagrana tyle razy, że nie da się już odtworzyć dnia zaginięcia. Nurkowie szukali ciała w stawach. Anny nie udało się odnaleźć.

– Zięć zachowuje się bardzo dziwnie – mówiła mi pani Michalina. – Jakby nic się nie stało. A jego rodzina powtarza, że moja córka jest złą matką, która opuściła własne dziecko. Czytałam dużo o tym, że przy zabójstwach najpierw podejrzewa się najbliższą osobę, czyli męża, i dokładnie sprawdza mieszkanie. Czy nie było pobicia? Czy nie ma krwi na meblach? Tak samo powinno się robić w przypadku osoby zaginionej. Bo inaczej zabójca ma czas, by usunąć wszystkie dowody.

Historię zaginięcia Anny opisałam w reportażu „Ten trup się nie liczy” w Dużym Formacie. W tekście poruszyłam kilka zaginięć, które miały wyraźne przesłanki do zabójstwa. Jednak przez brak sprawy prokuratorskiej nie można było przeszukać mieszkania czy odtworzyć monitoringu. By to zrobić, potrzebna jest zgoda podejrzanego.

Adam, policjant z wieloletnim stażem w sprawach zabójstw, tłumaczył mi wówczas: – Funkcjonariusze, którzy prowadzili sprawę Anny, byli naciskani przez przełożonych, aby nie informować prokuratury o tej sprawie. Oczywiście ustnie, więc żadnych dowodów nie ma. Ale dobrze pamiętam, jak mówili, że są mocne przesłanki, że to mąż zabił zaginioną. Pamiętam, że poczułem wtedy gniew, bo śledztwa są często wszczynane dopiero wtedy, gdy mamy już niezbite dowody, kto zabił.

Okładki książek Justyny Kopińskiej (Fot. Materiały prasowe)

Po publikacji tekstu zapowiedziano kontrolę we wszystkich poruszonych sprawach. Kilka miesięcy później Marek został aresztowany. Siostra Anny napisała, że jest wdzięczna za nagłośnienie zachowania szwagra właśnie w kontekście statystyk w policji. Bo sam pracował jako policjant. I mógł wykorzystać ten mechanizm.

Niedawno rozmawiałam o statystkach z komendantem głównym, Jarosławem Szymczykiem. Zapytałam: – Co pan myśli na temat niewszczynania śledztw mimo silnych przesłanek do zabójstwa? – Ja się na to kategorycznie nie godzę. To jest patologia. Sam byłem podwładnym osób, które oczekiwały trendów spadkowych, tam gdzie statystyki miał spadać, i chętnych do tego, by kreować rzeczywistość – odpowiedział.

Policja, szczególnie w tych województwach, gdzie jest dużo zabójstw i gwałtów, musiała czasem wykazywać się wykrywalnością, której nie była w stanie uzyskać bez manipulacji. Przez te zaniedbania w pierwszym etapie śledztwa prokurator i inni policjanci mieli później niezwykle trudne zadanie.

Ustalono, że Marek tej nocy nieustannie wydzwaniał do żony. Choć miał jej telefon przy sobie. Nagrał się na jej komórkę: „Aniu, gdzie jesteś, nie wygłupiaj się, wracaj, co ja powiem rano córce”. Telefon Anny wysłał w kopercie do Niemiec. Kupił zaprawę murarską, worki foliowe, linkę. W sądzie tłumaczył, że chciał wyrównać podjazd. A linki użyć do nauki jazdy córki na rowerze. Tylko, że córka umiała już na nim jeździć.

Sprawdzał w internecie jak oszukać wariograf.

W piątek, siódmego września, czyli sześć lat po zaginięciu Anny, Marek został skazany przez Sąd Okręgowy w Katowicach za zabójstwo żony.

Ciała Anny nigdy nie odnaleziono.

Kontakt z autorką przez stronę www.justynakopinska.pl.

Justyna Kopińska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę