Znaleziono 0 artykułów
05.11.2019

„Mroczne materie”: Kompas moralny

(Fot. materiały prasowe)

Dla dzieci i dorosłych, fanów „Harry’ego Pottera” i „Podróży za jeden uśmiech”, emancypantek i odkrywców. – Chciałam, żeby moja Lyra pozostała dziewczęca. Cieszę się, że może nosić grzywkę, ubierać spódnice i zachować delikatność, ale jednocześnie mieć w sobie ogromną potrzebę eksplorowania świata, bo ja też taka jestem – mówi Dafne Keen, 14-letnia odtwórczyni głównej roli w ekranizacji pierwszej części trylogii Philipa Pullmana, którą można już oglądać w HBO i HBO GO.

Pancerne niedźwiedzie polarne, dajmony, które ze swoim właścicielem tworzą wyjątkową parę, podróże balonem – to tylko namiastka wizualnej maestrii twórców. Przedstawionym w serialu światem trudno się nie zachwycać.

(Fot. materiały prasowe)

Musiałam pamiętać, że obok mnie znajduje się mój dajmon, i wyliczać, w którą stronę powinnam obrócić głowę, żeby w naturalny sposób do niego mówić. Nie było problemu, kiedy stała przy mnie udająca go kukiełka, ale kiedy biegłam, zwracałam się w pustą przestrzeń. Wiele razy miałam poczucie, że praca aktora to nic innego jak zabawa w piaskownicy, zwłaszcza kiedy musiałam pędzić co sił w nogach i w trakcie mówić do dajmona siedzącego na moim ramieniu. W rzeczywistości zwracałam się przecież do mojej łopatki! – śmieje się Dafne Keen, serialowa Lyra Belacqua, główna bohaterka, gdy spotykamy się na dniu prasowym serialu w Los Angeles.

Keen udowodniła, że ma talent, dzięki roli w „Logan: Wolverine” (scena, w której bierze z nagrobka krzyż, by zrobić z niego „X”, znak X-menów, została uznana za jedną z najbardziej wzruszających w 2017 roku). W tamtym filmie wydobyła ze swojej bohaterki mrok i dzikość. W „Mrocznych materiach” zdobywa naszą sympatię od pierwszej sceny. Jest bystra, pogodna i zwinna. To jedna z tych bohaterek, które wzywa zew przygody. Napędzana przez ciekawość, odkrywa miejsca, przed którymi inni odwracają wzrok.

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)

Chcieliśmy przypomnieć młodym widzom, że najbardziej fascynujący jest świat za oknem, a nie ten na ekranie tabletu. Zależało nam, żeby wydobyć fizyczne skutki obcowania z przedmiotami i naturą. Dlatego aktorzy są cały czas w ruchu. Nie mogą zachować równowagi, gdy suną pociągiem bądź lecą balonem, z dajmonami się przekomarzają, a nie tylko grzecznie je głaszczą, a gdy wchodzą do zakurzonych, tajemniczych pomieszczeń, to kichają i się drapią, bo kurz wywołuje w ich ciałach konkretne reakcje. Takich atrakcji nie może zaoferować wirtualny świat – podkreśla Jack Thorne, scenarzysta i producent wykonawczy.

Serial ma więc odrobinę staroświecki urok. Przedmioty wymagają znajomości napędzającego je mechanizmu. By je uruchomić, nie wystarczy wcisnąć przycisku. Lyra przez kilka odcinków będzie się męczyć z tajemniczym kompasem, który mówi prawdę o ludziach. Ale kiedy w końcu pozna sposób jego działania, jeszcze bardziej doceni, że się nie poddała w swoich staraniach. Do tego właśnie „Mroczne materie” zachęcają – tu ceni się upór, zawziętość i dążenie do realizowania pasji. I pieczołowitość, którą twórcy udowadniają na każdym kroku.

(Fot. materiały prasowe)

Jak możemy się domyślić, głos dajmonów, które komunikują się ze swoimi właścicielami, nagrywano w studiu w czasie postprodukcji. Ale aktorzy, którzy użyczają czworonogom głosu, musieli być obecni na planie przy każdej scenie, w której pojawiają się ich bohaterowie. – Zależało nam na jak największej spójności świata przedstawionego. Zapraszamy widzów w podróż do zupełnie nowej krainy, która rządzi się swoimi prawami. Żeby te prawa zostały zaakceptowane, muszą być logiczne i wiarygodne. Nic mnie tak nie drażni w produkcjach fantasy jak nieścisłości. Stąd tak duże przywiązanie do tego, by w „Mrocznych materiach” zachowania bohaterów były konsekwentne, a przyczynowość stała zawsze ponad potrzebami scenariusza – przekonuje mnie Jane Tranter, producentka serii.


Stąd też decyzja o adaptowaniu jednej książki Pullmana na jeden sezon serialu. Tranter nie ukrywa, że ekipę kusiło, żeby powyciągać ciekawsze wątki z drugiego i trzeciego tomu, ale ostatecznie skończyło się na wykonaniu pierwotnego planu. – Oczywiście, czasami niezbędne było sięgnięcie do wydarzeń z „Magicznego noża” i „Bursztynowej lunety”, żeby zbudować ich genezę w pierwszym sezonie, będącym adaptacją „Złotego kompasu”. Język literatury rządzi się jednak innymi prawami niż gramatyka filmu, pewne zmiany były więc też niezbędne. Uważam, że nawet najbardziej zagorzali wyznawcy trylogii przekonają się, że przedłożyliśmy wierność prozie ponad chęć oszołomienia widza – tłumaczy Tranter. Podkreśla, że najbardziej zależało jej, żeby wejść w głowę Philipa Pullmana i spojrzeć na wykreowany przez niego świat jego oczami.


Szacunek do powołanej rzeczywistości czuć na ekranie także dzięki ruchom kamery, która stara się pokazać rozległe panoramy (co skutecznie uświadamia nam, do czego zdolni są dziś animatorzy komputerowi), by za chwilę podejść jak najbliżej detalu. Tu nie ma miejsca na półśrodki. Dla Tranter takie podejście do sprawy było szczególnie ważne również ze względu na bohaterkę kobiecą w głównej roli.

Jestem przekonana, że gdyby za ekranizację powieści Pullmana zabrał się Marvel, w głównej roli zobaczylibyśmy Lorda Asriela, wuja Lyry. Świat fantastyki wciąż jest mocno zmaskulinizowany, do wyjątków należą opowieści o silnych kobiecych bohaterkach na pierwszym planie. Pullman napisał swoją trylogię w latach 90., na długo przed #MeToo i Time’s Up, przykładając w ten sposób rękę do rewolucji, która w ostatnim czasie wybuchła z tak wielką siłą. Czuję się spadkobierczynią jego literatury, dlatego tak ważne było dla mnie, żeby na ekranie nie było fałszu – tłumaczy producentka.

Mimo młodego wieku także Keen ma świadomość, że wzięła udział w emancypacyjnym projekcie. – Czuję się niesamowicie uprzywilejowana, że mogłam się wcielić w silną, ciekawą i żądną przygód bohaterkę. Mam wrażenie, że jeśli takie postaci pojawiają się w kinie, to są wykreowane na podobieństwo chłopaków – noszą krótkie włosy, kaleczą kolana i łokcie, są gruboskórne i obowiązkowo noszą spodnie. Takie bohaterki nie przemawiają do mnie. Chciałam, żeby moja Lyra pozostała dziewczęca. Cieszę się, że może nosić grzywkę, ubierać spódnice i zachować delikatność, ale jednocześnie mieć w sobie ogromną potrzebę eksplorowania świata, bo ja też taka jestem – mówi mi dojrzale 14-letnia aktorka.


Ekranowe spotkania Lorda Asriela i Lyry mają jasno określoną dynamikę. Podczas gdy mężczyzna (gra go James McAvoy) robi rzeczy wiekopomne, zmieniające bieg wydarzeń w filmowym świecie, to nastoletnia bohaterka jest jego kompasem moralnym. To ona poddaje etycznej ocenie ich działania. I choć jej samej też przydarzają się niezwykłe przygody, to jednak nigdy nie ma wątpliwości, co jest najważniejsze: przyjaźń, szacunek do drugiego człowieka i lojalność, o których zdarza się zapomnieć Asrielowi. Jego bohater reprezentuje bowiem współczesnego człowieka: zagonionego, skupionego na realizowaniu własnych celów i ogłuszanego bodźcami.

W literaturze Pullmana znalazłam rozmyślania nad otaczającą mnie rzeczywistością. Filozoficzna strona jego trylogii dotyka problemów, które przez ćwierć wieku tylko się nasiliły. „Mroczne materie” mówią o opresji, o kontrolowaniu informacji, o fake newsach jako narzędziu sprawowania władzy, która spoczywa w rękach Magisterium, organizacji złożonej z połączenia Kościoła i rządu. Brytyjskiemu pisarzowi udało się coś niezwykłego – opisał uniwersalny mechanizm, który funkcjonuje w historii od wieków. Gdy jego proza ukazała się w księgarniach, jedni doszukiwali się w niej inspiracji wynalezieniem druku, który skutecznie ukrócił kontrolę informacji przez kler, a inni widzieli w niej rozliczenie z zimną wojną. My dopatrzyliśmy się w niej opisu negatywnych skutków działania internetu, który coraz skuteczniej fałszuje nasz ogląd świata – podkreśla Tranter.

Kiedy w 2007 roku w kinach pojawił się „Złoty kompas”, adaptacja pierwszego tomu trylogii Pullmana, to właśnie religijny aspekt krytykowano najbardziej. Protestanckie media w Stanach Zjednoczonych pisały, że ekranizacja obnaża antychrześcijańskie przesłanie książek Brytyjczyka. Gdy przygotowywała się do produkcji serialu, Tranter najczęściej słyszała pytanie właśnie o to, jak ma zamiar uniknąć podobnych oskarżeń. – Wystarczy przeczytać „Mroczne materie”, żeby dostrzec, że są przepełnione spirytyzmem, wiarą w dobro i w moralność. Nigdy nie postrzegałam ich jako atak na religię. Widziałam w nich za to ostrą krytykę organizacji, które wykorzystują ludzi traktujących wiarę dogmatycznie. A to wielka różnica – mówi.

Z przesłania „Mrocznych materii” wiadomo już, że ekipy Tranter nie interesuje politykowanie. Jak w każdej klasycznej opowieści dla młodych widzów najważniejsze są tutaj dwa aspekty: walka dobra ze złem i zachowanie własnych zasad w świecie, który cały czas domaga się ich naginania. Reguły te nie dotyczą jedynie relacji międzyludzkich. W serialu o tym, jacy jesteśmy, świadczą także nasze relacje ze zwierzętami i naturą. To właśnie ta zgodna z duchem czasów lekcja wybija się ponad oszałamiające efekty specjalne.

Artur Zaborski
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę