Znaleziono 0 artykułów
15.08.2020

Pezet: Wszystko wolno, ale nie wszystko warto

(Fot. EastNews)

Na scenie od ponad 20 lat. W tym roku Paweł Jan Kapliński, kiedyś PZU, czyli Paweł z Ursynowa, skończył czterdziestkę. Koncert „Muzyka współczesna” zarejestrowany w grudniu 2019 roku na Torwarze można teraz oglądać na HBO GO. – Nie używam już żadnych substancji psychoaktywnych. Jedynym moim uzależnieniem jest praca – mówi Pezet.

Gdy wrzucałeś na profil na Instagramie fragmenty koncertu, którego premiera miała miejsce na platformie HBO, fani pisali w komentarzach, że to było jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych w ich życiu.

Mam podobne odczucia. Dla mnie to też było ważne doświadczenie. Wcześniej długo nie występowałem na scenie. Przez ostatnich siedem lat zagrałem może z 15 koncertów, najczęściej kameralnych, w klubach. A tu miałem wystąpić na wielkiej scenie. Nie wiedziałem, czy dam radę, bo byłem w słabszym momencie życia – emocjonalnie i zdrowotnie. Okazało się, że koncert ma zbawienny wpływ na moją psychikę, moje ciało i na całe moje życie.

Scena cię wyłącznie napędza czy czasami spala?

Trochę spala. Teraz stresuję się koncertami bardziej niż na początku kariery. Nie dopada mnie trema, tylko odczuwam napięcie, czy wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Przejmuję się logistyką. Show-biznes nie jest do końca zdrowy. Pomyśl sobie, że przez miesiąc pracujesz niemal całą dobę, a potem masz trzy miesiące luzu. To rozbija rytm.

Na filmie z koncertu widać, jak zróżnicowana jest twoja publiczność. Pełen przekrój pokoleniowy – od 15- do 50-latków. Jak udało ci się to osiągnąć?

Rap łączy pokolenia. Na koncert przyszli fani, którzy są ze mną od początku, czyli od ponad 20 lat. Dorastaliśmy razem. Część z nich przyprowadziła pewnie swoje dzieci. Nowych słuchaczy zyskałem też dzięki współpracy z młodymi MC. Ostatnio nagrywałem kawałek z 19-latkiem. Podszedł do mnie jego kolega ze słowami: „Dzień dobry panu, mój tata jest pana fanem”. Wtedy poczułem, że się starzeję.

(Fot. materiały prasowe)

To ma swoje dobre strony?

Tak, ale trzeba się pilnować, żeby nie zdziadzieć. Pielęgnować w sobie dziecko. Warto być odpowiedzialnym człowiekiem, ale nie stracić spontaniczności. W kwietniu skończyłem 40 lat. Nigdy nie czułem się lepiej. Gdyby nie problemy zdrowotne, które przeszedłem, pewnie w ogóle czułbym się jak młody bóg. A na pewno lubię teraz moją głowę. Jest mi ze sobą dobrze. Gdy byłem młodszy, więcej mogłem, bo szybciej się regenerowałem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wszystko wolno, ale nie wszystko warto, więc robiłem wszystko. Nie szanowałem zdrowia. Teraz nie używam już żadnych substancji psychoaktywnych. Jedynym moim uzależnieniem jest praca. Lubię być w wirze, lubię, gdy się dużo dzieje. Najgorzej czuję się, gdy nie mam nic do roboty. Podczas pandemii nie mogłem na żywo spotkać się z publicznością. Na szczęście przeszedłem ten czas gładko, ale wiem, że mógł zadziałać na mnie destrukcyjnie.

Czujesz, że oczekiwania wobec mężczyzn się zmieniły?

Od faceta wymaga się dziś naprawdę dużo. To lepsze niż patriarchat z dawnych lat. Ale zdarza mi się zatęsknić za bardziej tradycyjnym podziałem ról… Ten aktualny wymaga elastyczności. Z jednej strony kobiety wciąż oczekują od nas, że będziemy myśliwymi, a z drugiej pragną partnerstwa. Trzeba to jakoś pogodzić. Próbuję, chyba z powodzeniem. Nie lubię mówić o ojcostwie, bo to moja prywatna sprawa. Ale rola taty jest dla mnie naprawdę ważna. Córka codziennie uczy mnie dojrzałości.

Amerykańscy raperzy lansują często styl życia oparty na furach, kasie i laskach. Ci z mainstreamu nie są specjalnie postępowi w poglądach i w ekspresji.

Nigdy mi to nie przeszkadzało. W amerykańskim rapie, nawet tym płytkim, jest energia, która mnie porywa. A tradycja gloryfikowania siebie – swoich fur, pieniędzy i lasek – sięga lat 70. XX wieku. Ta konwencja, umowna konwencja, jest nieodłącznym elementem rapu.

Wraz z wejściem rapu do mainstreamu coraz więcej u artystów kreacji, a coraz mniej autentyczności.

Wiem, że niektórzy kreują wizerunek od A do Z. Ja tak nie potrafię. Jestem naturalny. Oczywiście na potrzeby zdjęć, teledysków i koncertów trochę się zmieniam, bo tak to działa, ale nigdy nie tracę kontaktu ze sobą. Wkurza mnie, gdy ktoś rapuje tylko o kasie. Nie pasuje mi to do kraju, w którym żyjemy. Mamy kapitalizm i fajnie. Pieniądze są środkiem do tego, żeby uczynić życie fajniejszym. Ale nie są najważniejsze. A mogę to powiedzieć dlatego, że długo były najważniejsze. To one były celem mojej pracy, moją motywacją. Nie miałem ich za wiele, więc chciałem mieć więcej. Gdy miałem lat 20, to myślałem, że w wieku 40 będę mieć dom i dwa jachty. I nie będę musiał już więcej pracować. Nadal tego nie mam, ale cieszę się, że mogę dalej rapować.

(Fot. materiały prasowe)

My dorastaliśmy w czasie transformacji. Mieliśmy mało, więc chcieliśmy mieć więcej. Dzisiaj dzieciaki myślą inaczej.

Tak. Dla naszego pokolenia pieniądze nadal bywają najwyższym celem. Wielu z nas nie potrafi się zatrzymać, żeby się samym sobie przyjrzeć. A gdy nagrywałem ostatni album z młodymi ludźmi, zrozumiałem, że oni mają inne wartości. Wychowali się w zamożniejszych domach, więc nie musieli i nie muszą walczyć o pieniądze. Uważają, że nie dają im szczęścia.

Ja nie pochodzę z biednego domu, tylko zupełnie jak na tamte czasy zwyczajnego. Wychowałem się na warszawskim Ursynowie. Blokowiska były wtedy trochę mroczne. Narkotyki na każdym rogu. W domu się nie przelewało. Zwłaszcza w latach 90. Za czasów PRL wszyscy mieliśmy mniej więcej po równo. Potem nierówności zaczęły się pogłębiać. Moi rodzice nie zrobili w transformacji wielkich biznesów. Wręcz przeciwnie, stracili pozycję. Wspominali PRL z nutką nostalgii.

Od tego wczesnego wieku czułeś, że muzyka może być sposobem na wyrwanie się?

Często myślę o tym, co mnie przywiodło do muzyki. Pamiętam, że w pierwszej klasie liceum buntowałem się, nie chciałem się uczyć, nie uznawałem autorytetów. Na lekcjach zamiast robić notatki, rysowałem w zeszycie albo pisałem jakieś głupoty. Potrafiłem powiedzieć wychowawczyni, że nie będę zajmował się szkolnymi bzdurami, bo będę tworzył muzykę, wyrwę się i będę sławny. A prawda jest taka, że ja wtedy w ogóle w siebie nie wierzyłem. To było tylko na pokaz. Tak naprawdę muzyka wydarzyła się przez przypadek. Po prostu wolałem spędzać czas na słuchaniu i rapowaniu niż na czymkolwiek innym.

(Fot. materiały prasowe)

Do dziś pamiętam jedne z najfajniejszych dni w życiu. Pierwsza klasa liceum, wagary, deskorolka i hip-hop z głośników jamnika. Może gdybym sumiennie chodził do szkoły, byłbym teraz kimś zupełnie innym, np. nauczycielem.

Może nie zostałeś nauczycielem, ale dla młodych muzyków jesteś mentorem. Jak się z tym czujesz?

Od większości młodych muzyków dostaję szacunek z automatu. To jest bardzo miłe. Ale trzeba uważać, bo łatwo się tym zachłysnąć. Jestem otwarty na młodych. Dzięki temu moja nowa płyta ma świeży klimat. Ale to, czego nie lubię, to kopiowanie. Mam poczucie, że niektórzy młodzi raperzy w Polsce to kalka jeden do jednego np. Travisa Scotta. A tak się nie da. Rap w każdym miejscu na świecie musi brzmieć inaczej. Nie zrymujesz tak samo na blokowisku pod Paryżem, na Bronksie i na Ursynowie.

Ale wszędzie rymuje się o gangsterce.

Kiedyś rap uliczny robili ci, którzy naprawdę byli z ulicy. My z kolegami robiliśmy rap podwórkowy. Dla mnie to jest subtelna różnica, bo nigdy nie robiłem z siebie gangstera, ale mogłem o tym mówić, bo w bliskim otoczeniu byli tacy ludzie. Niektórzy młodzi raperzy nigdy się z tym nie zetknęli, a grają wielkich gangsterów.

Ty przetrwałeś w branży ponad 20 lat pewnie właśnie dzięki autentyczności.

Tak, ale nie ma nic pewnego. Ta kariera ma górki i dołki. Gdy wydałem pierwszy album, to był wielki boom. Drugi, bardziej melancholijny „Muzyka klasyczna” z 2002 roku, dziś uchodzi za kultowy, wtedy się średnio spodobał. A ja miałem 20 lat, wciąż mieszkałem z rodzicami. Chciałem wynająć mieszkanie z dziewczyną, ale nie miałem kasy.

Raperzy coraz częściej zabierają głos w sprawach społecznych. Ty też masz taką pokusę?

W moich tekstach stronię od polityki. W Polsce łatwo zostać napiętnowanym za poglądy. Ale jestem przekonany, że trzeba namawiać młodych ludzi, żeby interesowali się tym, w jakim kraju żyją, co chcą z tym życiem zrobić i kto ma nimi rządzić. Najgorsza jest obojętność.

Anna Konieczyńska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę