Znaleziono 0 artykułów
29.08.2025

„Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego. Magiczna przypowieść o katastrofie klimatycznej

29.08.2025
(Fot. lukasz staniszewski)

„Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego to książka dla tych, którzy lubią zanurzać się w opowieści utkane z realizmu magicznego, pachnące ziemią, mlekiem i gniewem. Fani prozy Radosława Raka, Justyny Hankus czy pierwszych powieści Jakuba Małeckiego mogą już zacierać ręce.

Tutaj świat zwyczajny – obora, wiejska droga, wyschnięta ziemia – płynnie stapia się z tym, co nadprzyrodzone. Są dybuki, jest „to złe”, są plagi jako kary za grzechy.
A wszystko to dzieje się na Warmii – nie tej pocztówkowej, pełnej jezior i lasów, ale dusznej, przesyconej zabobonami, gdzie sacrum codziennie ściera się z profanum, a kropla wody może decydować o życiu całej wspólnoty. Ale demony nie zawsze są nadprzyrodzone. Czasem kryją się w ludzkiej niegodziwości. I takich demonów mamy tu mnóstwo, bo mała apokalipsa – susza, która wyciąga z ludzi najgorsze instynkty – zamienia wieś Skowycze w pole walki o przetrwanie.

Warmia jak wieża Babel

Warmia w tej powieści nie jest sielska. Nie ma nic wspólnego z pocztówkowym krajobrazem jezior i lasów, które znamy z folderów turystycznych. W świecie Staniszewskiego nawet Śmierć się myli, diabły wpadają na plebanię, a zwierzęta – jak wieprzek Szymon – wydają się mówić ludzkim głosem. 

Autor daje nam jednak coś więcej niż katalog cudowności. Jego Warmia jest przestrzenią mityczną, a jednocześnie boleśnie realną. „Opisywanie Warmii to tłumaczenie ślepcowi, jak wygląda kropla wody. (…) Warmia nie ma jasno wyznaczonych granic, chociaż wszyscy są świadomi, kiedy je przekraczają. (…) Jest wieżą Babel, o której opowiada się naraz wieloma językami” – czytamy. To wizja regionu, który sam w sobie jest opowieścią, wielogłosową i nigdy nieukończoną.

Antybohater wśród krów

W centrum tej historii stoi Bernard Witten – majętny gospodarz, który nade wszystko kocha swoje krowy. „Bernard lubił tę woń i może nie zdawał sobie sprawy, a może nigdy by się do tego nie przyznał, lecz zaciąganie się zapachem obory to była jego wieczorna modlitwa”.

To człowiek porywczy, pełen gniewu, którego paliwem w działaniu zawsze była złość. „Złość była dla niego jak masło, którym smaruje się suchy chleb” – mówi narrator. To dzięki niej zdobył majątek i szacunek, to ona uczyniła go silnym i – na swój sposób – pięknym. Problem w tym, że gdy Bernard zaczyna robić dobre uczynki, na jego ciele pojawiają się bolesne wrzody. Skóra reaguje chorobą na przebłyski dobra. A potem z ciała wyrasta coś jeszcze – narośl nad pośladkami przypominająca ogon.

U boku Bernarda jest jego żona Anna – kobieta niewidzialna, jakby zrośnięta z cieniem męża. „Ludzie na Warmii mają dusze ulepione z gliny. Ta, która należała do Anny Witten, była zwarta i nie przepuszczała światła. (…) Jego wola była jej wolą i zawsze chciała tego, czego on pragnął”. Jej historia, w cieniu pragnienia dziecka i tęsknoty za własnym głosem, to jeden z najboleśniej opisanych wątków w powieści.

Wittenowie przygarniają Kubusia i Mirkę – dzieci o duszach, jak pisze autor, ulepionych „z gliny, w której utknęły ziarna piasku: śmierć, głód i obezwładniający strach”. To dzieci, które wchodzą do powieści jak echo biedy, jaka toczy całą wieś. Dzieci są źródłem szczęścia Anny, ale początkiem nieszczęścia Bernarda. Pozwalając im mieszkać we własnym domu, uczynił dobro, które zaczyna – dosłownie – zjadać go od środka. 

Groteskowi święci i grzesznicy

Obok osobliwej rodziny Wittena pojawiają się bohaterowie, którzy są jak soczewki skupiające w sobie przesądy, śmiesznostki i pragnienia warmińskiej wsi. Jednym z nich jest doktor Antoni Piechowicz – jedyny „miastowy”, którego Bernard nie darzy pogardą. Groteskowy, czasem wręcz komiczny, towarzyszy gospodarzowi z mieszanką profesjonalizmu i naiwności. To właśnie on odkrywa u Bernarda narośl nad pośladkami przypominającą ogon – i nie potrafi zdecydować, czy należy to potraktować jak medyczną ciekawostkę, czy raczej jak zwiastun diabelskiej przemiany.

Na drugim biegunie stoi ksiądz Pieczonka – duchowny, którego religijność sprowadza się do rachunku zysków i strat. Zamiast troszczyć się o dusze parafian, woli naciągnąć ich na remont kościelnego dachu albo na własne nowe pantofle. U Staniszewskiego sacrum bywa podejrzanie bliskie karykaturze – kościół nie jest tu przestrzenią zbawienia, a raczej transakcji.

Nie mogło też zabraknąć postaci Baby – znachorki, która na Warmii jest tak samo oczywista jak kapliczka przy drodze. To ona podsuwa ludziom kulki chleba z dodatkiem mysich bobków, po których wieś Skowycze wymiotuje własne grzechy. Jej „leczenie” balansuje między szarlatanerią a symbolicznym oczyszczeniem – a jednocześnie doskonale pokazuje, jak mocno mieszkańcy tkwią w świecie zabobonów, który Bernard tak zawzięcie próbuje zwalczać.

Bernard Witten całe życie powtarzał, że „nie istnieją zdarzenia z przyczyny ducha, demona ani diabła”. Brutalnie tępił wszelkie „bajania o dybukach”. A jednak właśnie jemu ukazuje się ojciec – zmarły, powracający duch, który ostrzega przed katastrofą i nakazuje zbudować zbiornik na wodę. Bernard, choć pogardzał marzycielami, słucha tego głosu.

Niszczycielska moc suszy i woda jako narzędzie władzy

Kiedy nadchodzi apokaliptyczna susza, to właśnie ten zbiornik staje się ostatnią nadzieją wsi Skowycze. Woda w nim nigdy się nie wyczerpuje – jest jak cud albo jak przekleństwo – bo wciąż coś w niej stuka. Ludzie walczą o każdy łyk, a Bernard, który przez lata uciekał od wspólnoty, nagle staje się jej strażnikiem.

„Wciąż pozostawał wierny swojej zasadzie: nie interesować się światem, jeśli go nie dotyka. (…) Dzięki temu żył zatopiony w ciszy, wolny od codziennej histerii, która każe ludziom robić rzeczy żałosne”. W pewnym momencie cisza ta ustępuje jednak miejsca krzykom i błaganiom spragnionych sąsiadów.

Woda staje się tu narzędziem władzy – to od niej zależy hierarchia i przetrwanie. Ten wątek można czytać nie tylko jako lokalną przypowieść o Warmii, ale też jako opowieść uniwersalną: literacką metaforę kryzysu klimatycznego i świata, w którym zasoby naturalne stają się walutą ostateczną.

Poetyckość i naturalizm

Największą siłą tej powieści jest język – jednocześnie liryczny i bezlitośnie dosadny. Staniszewski potrafi jednym zdaniem wznieść się ku poetyckim obrazom Warmii, by w kolejnym zepchnąć czytelnika w świat ropy, fekaliów i gnijącego ciała. Widać to już w scenach głodu: „Z głodu na powrót zamieniali się w zwierzęta. Najpierw stali się krowami, bo jedli trawę. Potem przemienili się w zające i obgryzali korę z drzew. Na końcu zaś w lisy, ponieważ żywili się padliną. Gdy Witten podarował najuboższym dwie padłe od udaru krowy, nie pozostały po nich nawet kopyta”.

To literatura cielesna, ale też pełna oniryzmu. Warmia bywa tu przestrzenią szeptów i wizji – jak wtedy, gdy Bernardowi objawia się zmarły ojciec – a jednocześnie miejscem, w którym cielesność nie daje o sobie zapomnieć. Witten ucieka od zbliżeń z żoną, ale widząc nagie ciało innej kobiety, myśli: „Emanowały własnym światłem. Z podobnym pięknem zetknął się Bernard tylko pośród swoich najdroższych krów”. Anna, jego żona, zna szczęście tylko przez pryzmat cierpienia: „Skąd ona miałaby wiedzieć, jak się szczęście odczuwa? Lepiej znała się na bólu, dlatego to na podobieństwo bólu jej ciało przeżywało radość”.

Staniszewski nie boi się też groteski. Wieprzek Szymon, zjadany od środka przez robaki, rzyga pasożytami i przy tym wydaje dźwięki przypominające ludzką mowę: „– Błe… błe… błękitny – mówił, chociaż nie wiadomo po co. – Kłu… kłu… kłująca cze… czeluść – dodawał”. Te obrazy balansują na granicy komizmu i horroru, podobnie jak sama Warmia, w której „ludzie mają dusze ulepione z gliny”, a dybuki decydują o losach człowieka.

„Pieśni łaciatych krów” są więc jednocześnie opowieścią metafizyczną i głęboko fizyczną. Humor miesza się tu z grozą, erotyka z religijnym uniesieniem, a brutalny naturalizm idzie w parze z poetycką melodyjnością zdań. To język, który pozwala pisać o gniewie, bólu i traumie – i robi to w sposób, który zapada w pamięć mocniej niż sama fabuła.

Aleksandra Pakieła
  1. Kultura
  2. Książki
  3. „Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego. Magiczna przypowieść o katastrofie klimatycznej
Proszę czekać..
Zamknij