Znaleziono 0 artykułów
13.04.2019

Rachel Kushner: Bohaterowie moich książek to różne wersje mnie

Rachel Kushner (Fot. Getty Images)

Amerykańska pisarka dwukrotnie nominowana do nagrody Bookera w swojej najnowszej powieści „Mars Room” pokazuje zamknięty świat kalifornijskiego więzienia dla kobiet. I drogę, która do niego prowadzi. Dosłownie i w przenośni. Autorka kreśli bowiem przejmujący obraz życia w San Francisco, koncentrując się na tym, jak stygmatyzujące może być urodzenie się w niewłaściwej części miasta.

Dlaczego zdecydowałaś się napisać powieść, której akcja dzieje się w kobiecym więzieniu?

Tak naprawdę nie myślałam o tym, że tematem książki powinno być kobiece więzienie. Po prostu chciałam napisać powieść o współczesności, a praca nad nią doprowadziła mnie właśnie do tego miejsca. Moje dwie poprzednie książki opowiadały o przeszłości. Fabuła pierwszej toczyła się w połowie XX wieku, kolejnej w latach 70. To były ważne dla mnie historie, ciekawiły mnie, ale były osadzone w świecie, który przeminął. Gdy skończyłam pracę nad nimi, zaczęłam się zastanawiać, jak widzę teraźniejszość. Co chciałabym powiedzieć o czasach sobie współczesnych? Mieszkam w Los Angeles, ale pochodzę z San Francisco. Brutalne życie tego miasta w dużym stopniu mnie ukształtowało. Podobnie jak ludzie, których spotkałam na swojej drodze. „Mars Room” wyrasta z emocji, które w sobie odkryłam, myśląc o tym, co „teraz”. To moja próba zanalizowania współczesnego życia w Kalifornii. I nie chodzi mi o takie dosłowne „teraz”, pod rządami Donalda Trumpa, ale o rzeczywistość, którą ukształtowała dezindustrializacja. Kiedy o tym myślałam, uświadomiłam sobie, że brak jakichkolwiek perspektyw dla wielu osób oznaczał po prostu więzienie. Ludzie masowo trafiali za kratki i nadal tam tkwią. Chciałam sprawdzić, co się dzieje z tymi, którzy pewnego dnia wsiadają do okratowanego autobusu i ślad po nich znika na zawsze. Z drugiej strony to także odpowiedź na moją poprzednią książkę, w której głos należał do mężczyzn. W tej mówią kobiety. Chciałam napisać powieść, w której pozwolę przemówić ludziom spotkanym na swojej drodze. Ich los mnie żywo obchodził.

Czy kobiety radzą sobie z więzienną rzeczywistością inaczej niż mężczyźni?

Nie lubię generalizowania w sprawach płci ani opiniowania, jak inni radzą sobie w konkretnych sytuacjach, ale nie wydaje mi się, żeby mężczyźni przyjmowali fakt skazania na dożywocie inaczej niż kobiety. Różnica polega na tym, jak są traktowani przez system penitencjarny i pracowników więzień. Mężczyźni są postrzegani jak potwory. Kobiety jak nieporadne dzieci.

Stworzyłaś galerię postaci, których trudno nie polubić. Jest wielki transwestyta Conan, pyskata więzienna weteranka Sammy czy skazana na wyrok śmierci była modelka Betty, która wciąż uważa się za gwiazdę. Wszyscy jednak są, jakby nie patrzeć, przestępcami. Chciałaś, żeby czytelnik spojrzał inaczej na skazańców, czy po prostu chodziło o to, żeby rozjaśnić mroczny koloryt powieści?

Poruszyłaś kwestię, która jest dla mnie kluczowa. Kim w ogóle jest kryminalista? A kim niekryminalista? Czym jest przestępstwo? Czy to jakaś stała kategoria, czy zależy to od tego, jak oceniamy czyjeś działanie pod względem prawnym, a może moralnym? Ja sama nie chcę kategoryzować ludzi, chociaż interesuje mnie to, jak są kategoryzowani i jak te kategorie obciążają ich istnienie lub odwrotnie – sprawiają, że jest im w życiu lepiej, bo mieli to szczęście, że urodzili się w innej rodzinie i zamiast popełniać przestępstwa poszli na studia. To, co bardzo podoba mi się w byciu pisarzem, to to, że mogę być po prostu obserwatorem opisującym świat. Nie jest moją rolą kogokolwiek oceniać. Pisarz powinien przede wszystkim starać się zrozumieć ludzi. Ale skoro określiłaś tych ludzi jako przestępców, muszę powiedzieć z własnego doświadczenia obcowania z osobami skazanymi na więzienie – znajomymi, którzy trafili za kratki, czy tymi, których poznałam, pracując nad powieścią – że oni naprawdę nie różnią się niczym od tych, którzy nie siedzą za kratami. Niektórzy znaleźli się w złym czasie w złym miejscu. Inni zostali kozłami ofiarnymi, a jeszcze inni po prostu urodzili się w takich warunkach, że siłą rzeczy zeszli na złą drogę. Moi bohaterowie pozostali po prostu ludźmi. Owszem, niektórzy mają czyjeś życie na sumieniu, ale potrafią być wrażliwi, mieć dobre serce i być dobrymi przyjaciółmi. Ocenianie ich tylko po tym, że mają na koncie wyrok sądowy, jest niesprawiedliwe.

Rachel Kushner (Fot. Getty Images)

Pracując nad powieścią, poznałaś wielu więźniów. Czy było coś, co szczególnie cię zaskoczyło, kiedy z nimi rozmawiałaś?

Nie mogę powiedzieć, że coś mnie zaskoczyło, bo nie miałam żadnych konkretnych oczekiwań wobec nich. Najbardziej uderzający był dla mnie fakt istnienia w więzieniach czegoś, co nazwałabym kolektywną inteligencją. Ludzie wykazują się pomysłowością, by obejść reguły panujące w tym miejscu. Ale te wszystkie patenty czy to, że w ogóle mogą one zadziałać, nigdy nie jest rezultatem geniuszu jednej osoby. To spryt zasilany wieloma umysłami, dostosowujący się do zmieniających się warunków. Kiedy zmieniają się zasady, zmieniają się też taktyki radzenia sobie z ograniczeniami.

W książce opisujesz wiele niezwykłych szczegółów dotyczących więziennej codzienności. To, które książki Danielle Steel są najbardziej popularne, jak zrobić bimber z keczupu czy szmuglować papierosy lub słodycze przez rury kanalizacyjne. Wymyśliłaś to czy to autentyczne patenty opracowane przez tę „kolektywną inteligencję”?

Wszystkie szczegóły, o których mówisz, zdradziła mi jedna osoba, moja przyjaciółka i mentorka Theresa Martinez, która spędziła w sumie 23 lata w więzieniu. Wynajęłam ją jako konsultantkę. Osoba, która nigdy nie siedziała w więzieniu, nie mogłaby mi zdradzić tego, co ona. Niezwykłe było wniknięcie do jej umysłu, czerpanie z jej osobistych doświadczeń, poznanie jej perspektywy. To ona powiedziała, że ulubioną powieścią więźniarek jest „W sieci” Danielle Steel. Zaskoczyło mnie, że kobiety za kratami chcą czytać o więzieniu. Ale wtedy Theresa powiedziała: „Dziewczyno, to że nasze życie wygląda tak, jak wygląda, nie oznacza, że koniecznie chcemy uciekać w świat wyobraźni. Chcemy czytać o kobietach, które żyją tak jak my”. Musiałam przyznać jej rację.

Czy znasz osoby podobne do Romy, głównej bohaterki? Ofiary amerykańskiego snu?

Dorastałam z dziewczynami takimi jak Romy. Dobrze je znałam. Żyjemy w społeczeństwie, w którym pozycja społeczna w dużej mierze decyduje o tym, jak potoczy się twoje życie. To, w jakiej rodzinie się urodzisz, decyduje o tym, jakie masz przed sobą scenariusze. To jest samonapędzająca się machina i często nie da się z tego zaklętego kręgu ot tak, po prostu wyrwać. Poznałam wiele dzieciaków, które dorastają w mroku. Ich życie wygląda tak, jak opisałam w swojej książce.

Okładka książki Mars Room / (Fot. Materiały prasowe)

Czy San Francisco jest naprawdę tak odpychające, jak widzi je Romy? Z kartek powieści wyłania się miasto pustych parkingów, na których małolaty piją tanie wino i palą skręty, ciemnych zaułków, moteli, gdzie można nawalić się kokainą, błota na ulicy.

W powieści pada takie zdanie, że uroda tego miasta jest niewidzialna dla tych, którzy musieli tam dorastać. Romy nie podziwiała widoków, kiedy była wolna, dopiero w więzieniu zauważa, że to miasto jest piękne, tylko ona była od tego piękna odgrodzona. Nie było czymś, co mogła docenić. San Francisco jest urokliwe i bardzo zamożne. Widoki są olśniewające. Ale Sunset, okolica, w której dorastałam, nie jest piękna, tylko mglista i ponura. Setki domów zbudowano na wielkiej wydmie. Wszystkie wyglądają tak samo, na ulicach właściwie nie ma drzew. Wszystkie drogi prowadzą do Ocean Beach. Ale zawsze strasznie tam wieje i jest zbyt zimno, by można było się kąpać. Wzdłuż plaży ciągnie się wielki betonowy falochron, a okolica zdominowana jest przez ogromny parking, na którym młodzież spędza czas, popijając piwo. Teraz wspominam to z nostalgią. To była moja młodość. Ale kiedy dorastaliśmy, z pewnością nie było wokół nas pięknie.

Zdecydowałaś się wprowadzić do swojej powieści także męską perspektywę. Dlaczego?

To nie był jakiś planowany zabieg. Po prostu konkretni bohaterowie w jakiś sposób do mnie przemówili, domagając się więcej uwagi. Jedną z pierwszych postaci, które opisałam, był Doc – skorumpowany gliniarz odsiadujący dożywocie na oddziale o zaostrzonym rygorze. Postać tę wzorowałam na autentycznym byłym policjancie, którego poznałam podczas jednej z wizyt w więzieniu. Zostałam z nim na chwilę sam na sam w jego celi, a on bez żadnych oporów opowiedział mi o tym, jak zabijał ludzi. Mówił również o tych przypadkach, za które wcale nie był karany. Stałam tam i zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć, zatkało mnie. Ale poczułam wtedy, że wchłaniam w jakiś sposób jego osobowość. Musiałam stworzyć bohatera, któremu mogłam przekazać ducha tego mężczyzny. Inną postacią, której oddaję głos, jest prześladujący główną bohaterkę Kurt, weteran wojenny. Przez większość powieści widzimy go tylko z perspektywy Romy, czyli jako uciążliwego natręta. W pewnym momencie dotarło do mnie, że on nie prześladował Romy dlatego, że chciał ją wystraszyć czy się napraszać. Robił to, bo obsesyjnie wierzył, że musi z nią porozmawiać, zobaczyć ją. Chciałam, żeby czytelnik był w stanie wczuć się w jego tok rozumowania. To zresztą niejedyni mężczyźni w powieści. Bo tak naprawdę mnie interesują ludzie, a nie mężczyźni czy kobiety. Pisząc „Mars Room”, chciałam opowiedzieć o ludziach w konkretnej sytuacji i konkretnym miejscu. O tym, jak to miejsce funkcjonuje, jak oddziałuje na ludzi i jak trudno jest tam przeżyć komukolwiek, kto do niego trafi. Bez względu na to, czy to kobiety, mężczyźni, czy osoby transpłciowe. Więzienie nie jest miłym miejscem dla nikogo.

Który z bohaterów jest dla ciebie postacią najbliższą?

Bardzo trudno mi na takie pytanie odpowiedzieć, bo tak naprawdę jestem po trochu każdym z nich. To niezwykłe w pisarstwie, że możesz rozdysponować pomiędzy postaci przeróżne swoje cechy – poczucie humoru, nastrój, charakter, postawę wobec pewnych spraw czy nawet cechy fizyczności. Kiedy jestem w złym nastroju, jestem Dokiem, czasami, kiedy dopada mnie poczucie dogłębnej przegranej, czuję się jak Kurt, kiedy czuję się jak twardzielka, jestem Romy, a gdy wracałam z wizyt w więzieniu, czułam się dokładnie tak jak Gordon Houser – więzienny nauczyciel. Z kolei mój wydawca po przeczytaniu powieści stwierdził, że bez dwóch zdań jestem jak Conan. I to pewnie też trochę prawda. Jego wisielcze poczucie humoru jest najbliższe mojemu własnemu. Wszyscy moi bohaterowie są jakąś wersją mnie.

Sylwia Kawalerowicz
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę