Znaleziono 0 artykułów
27.06.2021

Demontaż atrakcji. „Sweat”

Fot. materiały prasowe

W „Sweat” brakuje przemiany. Grana przez Magdalenę Koleśnik trenerka jest taka sama przez cały film. Udaje się pokazać sztuczność internetowych emocji.

Kot nie zrozumie treningu. Przez tyle miesięcy ćwiczeń online leżał tuż przy macie, próbował ją drapać i patrzył z niedowierzaniem na nasze wysiłki. Czemu dyszą, czemu się tak pocą? Zaciśnięte szczęki, stękanie i nerwy. Nie wygląda to na zabawę ani chęć rozmnażania. Nie przypomina polowania ani igrania z ofiarą. O co chodzi ludziom, którzy męczą się na hejnał? Przecież ich wydajność jest zerowa, chyba że ma nią być spalenie kalorii. Nic dziwnego, że ta aktywność Grzybkowi wydaje się absurdalna. Kot mierzy siły na zamiary, biega, skacze, przebiera łapami, zużywając tylko tyle energii, ile naprawdę konieczne. Poza tym zawsze można się zdrzemnąć. Wykonywać fizyczne zadania tak, żeby się zanadto nie zmęczyć, to jego idea. Wspólna z człowiekiem, zanim oderwał się od fizycznego świata.

 

„Ciało, które miało status zwierzęcia roboczego, obecnie ma status domowego zwierzątka; nie zapewnia transportu, jak koń, jest natomiast gimnastykowane, tak jak pies jest wyprowadzany na spacer” – jak pisze Rebecca Solnit. Fabryki odebrały ludziom gimnastykę, zestaw naturalnych ruchów zmieniły w obsługę maszyny. W wyniku rewolucji przemysłowej oddaliśmy konieczny wysiłek urządzeniom, ale jeszcze bardziej męczy nas ich używanie obejmujące tylko jeden powtarzalny ruch, a więc obciążające dla ciała. Czujemy zmęczenie, więc żeby odpocząć, zaczynamy ćwiczyć. W tym celu konstruujemy kolejne maszyny, które pozwalają nam rozwijać różne grupy mięśni. Wyciskając sztangę, robiąc martwy ciąg albo rozpiętki, naśladujemy czynności, które były codziennością naszych przodków. Noszenie wiadra, rąbanie drwa, otwieranie okiennic imitujemy teraz, leżąc na specjalnych konstrukcjach. Pompujemy bez wody, wiosłujemy w powietrzu, nosimy belki, niczego nie nalewając, nigdzie nie docierając i nic nie budując. Staram się o tym nie myśleć, ale wtedy konieczne jest skupienie na własnym ciele. Czasem, gdy biegnę w pustkę na siłowni, mielę swoją ścieżkę (ang. treadmill), myślę, że fajnie byłoby użyć tej energii. Jeśli nie do tego, żeby naprawdę gdzieś dobiec, to choć wytworzyć prąd do ulicznej latarni. Zobaczyć wpływ własnego wysiłku na rzeczywistość. Trenerzy zapewniają, że godzina na siłowni trzy razy w tygodniu pozwala dowolnie rzeźbić swoje ciało, czuć siłę, szybkość, sprawczość. Ale zdecydowanie więcej efektu widać, gdy przeniesie się tonę drewna z jednego miejsca w drugie i ustawi w równy stosik. Gdy podleje się ogród, odkurzy podłogę, uporządkuje piwnicę. Mimo to wolimy spocić się na bieżni, a zapłacić komuś za umycie okien. Dobrowolnie zrzekamy się związku z fizycznym światem i delegujemy go na innych. Siadamy na ławeczce, wkładamy słuchawki i w upojeniu machamy hantlami.

Sylwia Zając (Magdalena Koleśnik) uczyniła z tego swoje życie – pokazuje innym, jak skutecznie budować siebie w oderwaniu od fizycznego związku z otoczeniem. Bohaterka filmu „Sweat” Magnusa von Horna jest trenerką-celebrytką, przez live’y na Instagramie, imprezy w galeriach handlowych pomaga fanom czuć się lepiej, odzyskać chęć życia. Jak każdy idol, tworzy złudzenie wspólnoty, w której każdy może czuć się zrozumiany. To złudzenie ma niebywałą siłę. Przecież każdy wie, że nie jest prawdziwą przynależnością do wspólnoty być fanem tej czy innej osoby, lecz nie przeszkadza to zagubionym duszom wstąpić do grona followersów, których oprócz wspólnego języka odniesień, właściwie nic nie łączy. Zając coś ludziom daje i sama od nich czerpie – uwagę, podziw i bliskość, których brak w jej życiu. Jest jedną z nich, mówi bez cienia przesady, jedyna różnica to, że ona tę więź kreuje i kapitalizuje. Nie ma chłopaka ani kochanka. Trening zastępuje jej seks – pokazuje to scena, gdy leży na brzuchu i wyciska ciężary nogami. Zbliżenie na jej twarz pokazuje wyraz rozkoszy i zapomnienia się w ruchu, jaki przeważnie widać w scenach erotycznych. Trening to rodzaj wyszukanej masturbacji. Sylwia czuje flow tylko wtedy, gdy jest sama ze sobą. Rzeczywisty kontakt z ludźmi przychodzi jej trudno. Woli ten przez internet, gdy całkowicie kontroluje przekaz. Podczas imprezy w realu czuje się zagubiona, podobnie podczas imienin mamy. Nie jest w stanie odnaleźć się w sytuacji, która nie jest o niej. Walczy o uwagę, ubiera się efektownie, daje okazałe prezenty, by mówić wciąż o sobie, pokazać swój trening. W tym celu kupuje nie tylko DVD z własnym programem, lecz także taszczy z auta telewizor. Chce, by bliscy kochali ją tak samo jak fani. Nie rozumie, że rodzina parodiuje jej ruchy, by odrzucić maskę, którą Sylwia zakłada dla świata. Pod nią – idealną konstrukcją, która nie potrzebuje filtra na Instagramie, jest buzia małego dziecka, zasmarkana od płaczu. Zając odkrywa się z prawdziwymi emocjami tylko w internecie, ale szybko dowiaduje się od swego agenta, że wylał się hejt, odwrócili sponsorzy i taka jak teraz nie zostanie sprzedana.

Fot. materiały prasowe

Czy „Sweat” portretuje prawdziwy świat influencerów, trudno powiedzieć. Na pewno łączy wyobrażenia o takim życiu. Osoba z małej miejscowości przybyła do dużego miasta i stworzyła siebie od nowa. Wszystko osiągnęła własną pracą, jej kariera jest dumą nie tylko całej rodziny, lecz także całej wsi, miasteczka, gminy. Przyjeżdża tu często, triumfalnie jak królowa. Podkreśla w wywiadach, że wywodzi się stąd, że wszystko zawdzięcza mamie. Bo tak trzeba, bo tak wypada. A i tak czuje się zdana wyłącznie na siebie. Sądzi, że materiały na jej temat wykupiono z kiosków, bo ktoś życzliwy pewnie gromadzi o niej wycinki, uzupełnia jej hasło na Wikipedii. Żyje w bardzo małej bańce, w której jest tylko miejsce dla niej i jej subskrybentów. Gdy spotyka koleżankę ze szkoły, czuje obcość. One miały cokolwiek wspólnego? Na wieść, że tamta straciła ciążę, odpowiada, że byłoby to dla niej, jak skasować swoje konto na Instagramie. Tyle że nie było mowy o aborcji, ale o poronieniu. I jak porównać żałobę po dziecku z manipulacją kontentem w serwisie społecznościowym?

Wyobrażamy sobie mniej więcej, jak wygląda dzień takiej trenerki. Oczywiście podstawą jest wchodzenie po schodach, by nigdy nie ominąć możliwości treningu. Zdjęcia zalanej endorfinami twarzy po wysiłku mają zachęcić innych, by też go podjęli. Nie zobaczymy nic, o czym byśmy wcześniej nie wiedzieli. Rozkład dnia celebrytki oprócz unboxingu niepotrzebnych gadżetów, otwierania pudełek z dietą i miksowania zdrowych koktajli zawiera jeszcze jazdę autem, spanie, trening i wizytę na paznokciach. Brak tu bólu, syfu, korków – zamętu codzienności. Jedynym obowiązkiem jest spacerek z psem rasy jack russell terrier jakby z nakręcaną zabawką na sznurku. Akurat te właśnie pieski pojawiają się w kinie zazwyczaj jako pupile niedojrzałych dorosłych – na przykład postaci Ewana McGregora z „Debiutantów” czy psychiatry z serialu „Frasier”. Pies to bardzo fotogeniczny jak i jego właścicielka, ale w jej życiu nie jest niczym więcej niż pluszakiem.

Fot. materiały prasowe

Jaki jest zatem cel życia takiej szczęśliwej tylko w sieci, samotnej osoby? Oczywiście, utrzymywanie na sobie uwagi, bo jako celebryta jesteś wart tylko tyle, ilu w danej chwili masz followersów. To ich czas monetyzujesz, z tego opłacasz rachunki. Przyszłość? Mieć większy zasięg, zarabiać więcej, ustawić się i skończyć tę wyczerpującą pracę. A jak to wygląda w filmie? Magnus von Horn daje swojej postaci cel pójścia z wizytą do telewizji śniadaniowej. To ma napędzać całą akcję „Sweat”. Czy pokazanie się Sylwii Zając w „Dzień dobry TVN” rzeczywiście radykalnie zmieni jej status, będzie trampoliną do dalszej kariery? Wątpię, dziś telewizje naziemne raczej pasożytują na celebrytach Instagrama i YouTube’a, niż ich tworzą, więc ten powód wydaje się pierwszą słabością filmu, którego scenariusz najwyraźniej nie został dobrze udokumentowany. Kolejnym minusem jest brak przemiany bohaterki. Jaka była na początku, taka jest i na końcu. Uczy się płakać w studiu, jak płakała w sieci? Jeśli to ma być subtelne przesunięcie i sygnał jej rozwoju, to jestem chińską cesarzową. Trudno o bardziej statyczny obraz niż ten z filmu von Horna.

To, co udaje mu się dobrze oddać, to sztuczność emocji generowanych przez reakcje w sieci. Lajki, hejty, nadmiar albo brak uwagi – to wszystko trzyma nastrój w ciągłym rozedrganiu. Wystarczy szczegół, aby gwałtownie wywindować albo obniżyć humor. Wszystko trwa tu moment, bo nie ma korzeni w rzeczywistym świecie. Przeżywanie ciągłego pobudzenia całą dobę jest wykańczające i film to pokazuje. Pozwala wejść w skórę osoby uzależnionej od życia w sieci.

Fot. materiały prasowe

Kamera jest strasznie blisko, wciąż przy uchu, oku, ustach bohaterki. Klaustrofobicznie czuwa tuż przy jej ciele. Widzimy spocone włoski na ramionach, rozchylone nozdrza i równiutkie zęby. Doczepione włosy, rzęsy, tipsy – cały ten osprzęt pozornie zadbanej kobiety. Pozornie, bo pod tym wszystkim zieje czarna dziura wypełniona kleistą mazią rozpaczy. Tę czeluść chciałabym zobaczyć, jak prześwieca przez gładką powłokę skóry bez widocznych porów. Wszystko jedno, czy reżyser pokazałby w tym wizerunku jakąś szparę, czy poszedłby na całość, korzystając z efektów specjalnych. „Sweat” potrzebuje rewersu instagramowej rzeczywistości. Nie tylko w otoczeniu poza Sylwią, lecz także w niej samej. Przecież nawet celebryci są skomplikowani. A przepaść istnieje, czołgamy się w niej wszyscy w bezsennych godzinach, rozstroju żołądka, napadach paniki. Wypełza z niej stalker celebrytki – zaburzony psychicznie mężczyzna w średnim wieku o imieniu Ryszard (Tomasz Orpiński). Parkuje pod domem dziewczyny i tam, podglądając ją, onanizuje się. Zaskakujące, że do rozkoszy potrzebuje realnego kontaktu. Pewnie większość fanów zadowala się, śledząc Sylwię przy klawiaturze. On jednak chce się do niej zbliżyć. Po wysłuchaniu rozdzierającego wyznania, że jego idolka czuje się smutna i niekochana, Ryszard rusza do akcji jak rycerz, ale sytuacja go przerasta i zostaje w samochodzie. Sylwia znajduje więc lepszego rycerza, Klaudiusza (Julian Świeżewski) – asystenta jej publicznych treningów, który jest dla niej czuły, oddany, opiekuńczy, a zatem idealnie się nadaje. Królewna bierze go więc do swojej wieży i zachęca do walki ze smokiem. Niestety, chłopak przesadza z przemocą i dziewczyna ma wyrzuty sumienia. Co więcej, Klaudiusz wchodzi w rolę stalkera. Teraz to on masturbuje się, patrząc na nią, tyle że za jej pozwoleniem. Chce z nią uprawiać seks, ale bez powodzenia. Bliskość z Sylwią okazuje się niemożliwa, ona musi pozostać obrazem. Piękną fatamorganą, którą można się napawać, ale która sama nic nie czuje. Uwięziona w murach swego wizerunku, znajduje furtkę do działania – bycie dzielną ratowniczką.

To zdecydowanie najlepszy moment filmu, gdy Sylwia wiezie Ryszarda do szpitala. Brudna od jego krwi i wymiocin znajduje się w nowej roli z niebywałą łatwością. W jednej chwili uczy się kochać obcego, obrzydliwego faceta. Niesie go, podpiera – wreszcie do czegoś przydają się te fizyczne ćwiczenia. Warto było chodzić na treningi, żeby dać teraz taki popis sprawności. Akcji medycznej towarzyszy ogromne skupienie i euforia. Sylwia dowiaduje się, jak to jest, robić coś naprawdę, a nie tylko obracać w powietrzu niewidzialne wiosła. Jej gotowość do niesienia pomocy jest zadziwiająca. Równie błyskawicznie może się zakochać. Tu mógłby zacząć się nowy akt jej życia.

Fot. materiały prasowe

Już widzę lepszą wersję tej historii. Sylwia zaczyna być w związku ze stalkerem, rozpoznaje w nim kogoś, kto cierpi tak samo jak ona. Zabiera go na kolejną wizytę do rodzinnego domu i przedstawia bliskim. Nie zazdrości już mamie, że odnalazła się w szczęśliwym związku. Przedstawia ukochanego jako zboczeńca, o którym mówiła ostatnim razem. Wszyscy patrzą po sobie z obawą, czy młoda aby nie zwariowała. Ale ona wierzy w tę miłość. Opowiada o niej w live’ach i telewizji śniadaniowej. Sylwia i Ryszard wygrywają konkursy plotkarskich magazynów na najlepszy związek. Inne gwiazdy za ich przykładem odsłaniają przeszłość swych partnerów. Celebryci przyznają się do defektów psychicznych, które skłoniły ich do wyboru tego, a nie innego zawodu. Przedmiot influencerstwo wchodzi do programu nauczania początkowego jako wsparcie dla dzieci, które nie odnajdują się w grupie. Ryszard wydaje poradnik, w którym opowiada, jak zdobyć serce wymarzonej osoby publicznej, nawet będąc nikim. Para zaczyna mieszkać razem, gotować, sprzątać, uprawiać seks, ćwiczyć w domu na macie. Sprawiają sobie kota. A ten nic a nic z tego nie rozumie.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę