Znaleziono 0 artykułów
11.09.2021

Demontaż atrakcji: „Żeby nie było śladów”

Fot. Łukasz Bąk

Niby film historyczny, a obnaża przemoc, jaka panuje dziś na ulicach. O brutalności policji, przed którą nikt nas nie obroni. O matactwach władzy, której wszystko uchodzi na sucho. Pokazywany w konkursie głównym w Wenecji „Żeby nie było śladów” mówi o morderstwie Grzegorza Przemyka w latach 80. Jan P. Matuszyński idzie w ślady Andrzeja Wajdy, tyle że zamiast człowieka z marmuru albo żelaza lepi swojego człowieka z odwagi.

Kto ufa policji? Może małe dzieci, które mogą wziąć za rękę funkcjonariusza, gdy zgubią rodziców. Raczej nie dorośli, rozczarowani brakiem pomocy, gdy jest potrzebna. Na pewno nie nastolatki, które są ulubionym celem ataku dorosłych mężczyzn – można je zatrzymać pod byle pretekstem. Nad nimi łatwo poczuć władzę, bo wiadomo, że miewają różne nastroje w hormonalnej burzy, bywają podpite i awanturują się bez powodu. Tak się dzieje na co dzień, gdy dojrzewają stadnie, włócząc się po parkach w drodze ze szkoły, że nieraz zupełnie bez powodu bywają zatrzymani. Najbardziej boją się policji i żuli, lecz z tymi drugimi czasem zawierają pakt, by menel kupił im fajki czy piwo, póki nie mają dowodu. Przed policją uciekają, jeśli to jeszcze możliwe. Gdy się nie da, walczą, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego: psy wyłapują najłatwiejsze ofiary.

Tak się stało 12 maja 1983 r.: na placu Zamkowym w Warszawie bawili się maturzyści, jeden wskoczył drugiemu na barana, przewrócił się, przeklął i nie pozwolił wylegitymować. Zaczęło się wleczenie do suki, wiezienie na dołek i katowanie chłopca, uznanego za wariata – w ten sposób systemowo załatwiało się kłopoty: unieszkodliwić i zamknąć w psychiatryku. Bić trzeba było w brzuch, „żeby nie było śladów” – od tych słów wziął się tytuł reportażu Cezarego Łazarewicza, zaadaptowanego na film Jana P. Matuszyńskiego. Reżyser wziął na warsztat rozliczeniową historię o tuszowaniu zbrodni PRL-u, żeby potępić przemoc odziedziczoną po okresie komunistycznym.

Fot. Łukasz Bąk

Oczywiście, nikt z twórców tego nie powie. Istnieje zbyt duża obawa, że byłyby tego konsekwencje – odcięcie od dotacji, wydalenie z różnych komisji, wpisanie na czarną listę. Ale widz dostaje jasny przekaz. Ostatnie słowa, jakie padają z ekranu, to cytat z listu Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka: „Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości. Nie przypuszczam, żeby nastąpiło to prędko. Będzie to w takich czasach, kiedy systematyczne bezczeszczenie grobu mojego świętej pamięci syna Grzegorza będzie już tylko haniebnym znakiem dzisiejszej rzeczywistości”.

Echo „dzisiejszej rzeczywistości” zostaje po wyjściu z kina i wraca falami, przejmując przerażeniem. Tylko w zeszłym miesiącu polska policja „podczas interwencji” zabiła trzech młodych chłopców: pałując do obrzęku mózgu 29-letniego Polaka w jego mieszkaniu, gdzie chciał popełnić samobójstwo, dusząc 32-letniego Polaka pod blokiem, do którego policję wezwała matka w obawie, że jest naćpany, oraz stosując obie te metody plus rażenie gazem wobec 25-letniego Ukraińca na izbie wytrzeźwień. Wszyscy trzej zmarli.

Fot. Łukasz Bąk

Kiedy kończy się seans na Lido, zalewa nas słoneczne światło i uderza myśl „W jakim kraju żyję?”. Pośród pokazanych w konkursie na festiwalu w Wenecji tytułów z tylu krajów, polski ogląda się dojmująco. Nie dlatego, żeby było się czego wstydzić. Jest zrealizowany na najwyższym poziomie. Ale dlatego, że przypomina o tym, czego na co dzień staramy się nie widzieć.

„Żeby nie było śladów”: Człowiek z odwagi

Jan P. Matuszyński idzie w ślady Andrzeja Wajdy, tyle że zamiast człowieka z marmuru czy żelaza lepi człowieka z odwagi. Najważniejszą postacią robi Jerzego Popiela, świadka zdarzeń, który walczy o skazanie sprawców morderstwa. 23-latek staje się najbardziej poszukiwaną osobą w kraju, ale nie rezygnuje z prób ujawnienia prawdy. Wytrzymuje napięcie podczas okazania, gdy spośród 60 niemal identycznych mężczyzn wskazuje tych, którzy katowali Przemyka. Wytrzymuje w sali sądowej, gdy sadystyczna prokuratorka wszystkimi siłami próbuje wyprowadzić go z równowagi. Powtarza jak mantrę: „Świętej pamięci Grzegorza Przemyka pobił chłopak w brązowym swetrze, a łysy w golfie kazał bić tak, żeby nie było śladów”. Słowa w tym filmie mają moc sprawczą, nimi można odczarować rzeczywistość. Grający główną rolę Tomasz Ziętek przeobraża się z młodego gniewnego w skupionego dorosłego z poczuciem misji. Dojrzewa na oczach widzów. Pochopny, lękliwy, łatwowierny, staje się kimś, kto wie, że może coś zmienić i bierze za to odpowiedzialność. Na placu boju zostają sami. On i historia.

A wcale nie zapowiadał się na bohatera. Choć nie ma tego w filmie, wiadomo, że ojciec wojskowy wsadzał go do poprawczaka za ucieczki z domu, a kobieta, z którą był związany, cierpiała na depresję oraz alkoholizm. Jerzemu Popielowi dano też fikcyjne imię i nazwisko. Prawdziwy nazywał się Cezary Filozof. Bo film to przecież opowieść, fabuła osnuta wokół faktów. Pewne wątki i postaci, obecne w reportażu Cezarego Łazarewicza, zostały usunięte, inne dodano, przesunięto akcenty, by stworzyć metaforę. „Żeby nie było śladów” to nie dokument ani ekranizacja. Gdy widz narzeka, że film nie pokazuje „całej prawdy”, nie mówi mu, „jak było”, niech obejrzy ilustracje w książce dla dzieci albo poczyta podręcznik do historii. Wtedy dowie się, jaka wersja wydarzeń jest obecnie obowiązująca i jak odrysować zadany kształt. Z tego filmu dowie się zupełnie czego innego.

„Żeby nie było śladów”: Potężna kinowa fabuła

Scenariusz „Żeby nie było śladów” ma dramaturgię bliższą serialowi niż kinu, dlatego seans ponad dwuipółgodzinny jest tak sążnisty, że może wydawać się kolubryną. Wręcz widać momenty, gdzie mogłyby kończyć się kolejne półgodzinne odcinki. Jednak nie przeszkadza to się w nim zanurzyć, choć wyobrażam sobie też telewizyjną wersję w kilku epizodach. Podobnie działał film „25 lat niewinności” Jana Holoubka. Kinowa fabuła potężna jak kobyła – może na takie filmy należy stworzyć nowe określenie: „fabyła”?

Matuszyński włożył ogrom pracy w oddanie realiów epoki. Zdjęcia SB łudząco przypominają te, na których śledzono figurantów. Mnóstwo jest smaczków z lat 80. Pączki na szklanej paterze to znak wystawnej domowej kolacji. Brzęczenie lodówki zagłusza rozmowę. Polonez czy fiat po drzwi są zakopane w śniegu. A przede wszystkim muzyka: ballada Cohena lub Janis Joplin w mieszkaniu opozycjonistki, a polskie piosenki w mieszkaniu partyjnego komentują wydarzenia: „Wybacz mi, ojcze” prosi Beata Kozidrak, „Szczęśliwej drogi już czas” śpiewa Ryszard Rynkowski, gdy bohater odchodzi z domu. „Małe tęsknoty” Krystyny Prońko oddają niepewność, co należy zrobić. Finał domyka szlagier muzyki poważnej, fragment „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Góreckiego, napisany na cześć dziewczyny więzionej przez gestapo. To akurat nie jest utwór, który mógłby polecieć w latach 80., bo niedoceniony w Polsce, karierę zrobił dopiero w następnej dekadzie, gdy nagrała go londyńska orkiestra. Jednak nieprzypadkowo znalazł się na ścieżce dźwiękowej. Przypomina, że reakcja świata może czasem uprzytomnić coś naszym rodakom.

Fot. Łukasz Bąk

Reżyser Jan P. Matuszyński wraca do rodzinnych relacji

Jan P. Matuszyński, reżyser „Ostatniej rodziny”, wraca do tematu patologicznych relacji w rodzinie. Pokazuje mieszkanie styropianowej opozycjonistki: tu drzwi się nie zamykają, krążą publicyści, studenci, działacze związkowi i księża. Pokazuje ostro alkoholowy, kontrolujący dom wojskowego w Siedlcach: patriarcha sprawuje władzę, terroryzuje żonę i syna. Jeden dom zanadto otwarty nie daje poczucia bezpieczeństwa. Drugi dom zamknięty uważa jednego z domowników za zagrożenie, dlatego wpuszcza esbeka, żeby przekonał syna do zmiany zeznań. Oba domy nie są przystanią, nie można w nich odpocząć. Dlatego gdy Jurek się ukrywa w domu przyjaciół księdza Popiełuszki, wersalka, na której leży, dryfuje jak tratwa. Pilnują go święci z obrazków i piosenka „New Year’s Day” U2 z magnetofonu. Znów utwór – hołd dla ofiar stanu wojennego w Polsce – sygnalizuje nadzieję, że świat się dowie, co się u nas dzieje. Zapowiada depeszę Karola W. Małcużyńskiego w BBC o morderstwie Przemyka, dzięki której wyszło ono na jaw. Kultowe studio Radio 1 Matuszyński odtworzył z nostalgią jako symbol uczciwego dziennikarstwa, wiary, że da się coś zmienić.

A zmienić trzeba całą wierchuszkę, te kukły, które grają role generałów, ministrów, pierwszych sekretarzy. Są cyniczni, świadomi własnej farsy. Robert Więckiewicz w roli Kiszczaka robi kwaśne miny, mierzi go, czym przyszło mu rządzić. Jego podnóżek grany przez Tomasza Kota daje sobą sterować, tnie ciszę uśmiechem ostrym jak żyletka. Opalony prokurator generalny (Mikołaj Grabowski) zachowuje się niepoważnie i jest dowodem na to, że partia wiele wybaczy, póki się wiernie służy, aż zdejmie ze stanowiska. Pojawia się też Jaruzelski jak z obrazka – wszyscy mężczyźni cmokają, burczą, dokładnie tak, jak brzmią w nagraniach z tamtego czasu. Jesteśmy przyzwyczajeni, że rozmowy partyjniaków są suche, ponure, przygnębiające. Tu jest odwrotnie, Kaja Krawczyk-Wnuk napisała je soczyście, z przymrużeniem oka. Dialogi w gabinetach syczą od siarki dowcipu, trzaskają przewrotnością, bo spryt tych ludzi został użyty do podłych celów.

Brutalność następuje dopiero, gdy brunatne siły wykonują polecenia oficjeli. Po to, by ci na górze mieli czyste ręce, policjanci dokonują pobić i morderstw, a lekarze tuszują ich efekty. Najstraszniejsza scena w „Żeby nie było śladów” to zmuszanie sanitariuszy z pogotowia ratunkowego, żeby „zrekonstruowali” przebieg wydarzeń, a właściwie wykreowali je na nowo. W końcu jeden z nich zostaje psychicznie złamany. Grany przejmująco przez Sebastiana Pawlaka ratownik przyznaje się do mordu, którego nie popełnił, ponieważ tak bardzo boi się, że ktoś zrobi krzywdę jego rodzinie. Wstydzi się sam przed sobą, dokąd doczołgał się w lęku.

„Żeby nie było śladów” stawia pytania o manipulację

Tematem filmu jest manipulacja: na poziomie rodziny i na poziomie polityki. Pytanie, co było pierwsze: czy to chory system sprawił, że jego patologia – donosy, kłamstwa, groźby – zepsuła polskie rodziny? Czy odwrotnie: manipulacja i przemoc w rodzinach pozwoliła zaprowadzić w kraju taki system? Przez dłuższy czas nie wiadomo, czy sprawa Przemyka jest w ogóle sprawą polityczną? Czy pobito go, bo był synem działaczki, czy przez przypadek. Polityczny staje się pogrzeb, za trumną idą tysiące demonstrantów. Sceny na szczytach władzy przeplatają się ze scenami w domach. Nikt tu nie ma przyjaciół, wytchnienia w prywatnej przestrzeni. Widać jak na dłoni, jak fałsz i szantaż zatruwają relacje między ludźmi. Tematem jest też kontrola wychowawcza. „Trzeba było pilnować gówniarza” to zdanie, którym dorośli przerzucają się między sobą jak gorącym kartoflem.

Fot. Łukasz Bąk

Który system wychowania jest lepszy? Jedna matka uczy syna politycznych idei i znajomości własnych praw, konstytucji, ale wycofuje się w chwili, gdy coś mogłoby zagrozić jej opinii. Listy, które pisała do młodzieńców, by ich uwieść, rodzą strach, że zostanie skompromitowana. Co pomyślałby o niej ksiądz Popiełuszko, gdyby wiedział, jak prowadzi się jego parafianka?

Druga matka usuwa się w niebyt, boi odebrania koncesji w zakładzie fryzjerskim i rezygnuje z lojalności wobec dziecka z lęku przed mężem. Ślepe posłuszeństwo uniemożliwia miłość. Obie kobiety przeżywają dramat. Matuszyński pokazuje wahania postaci, zatrzymuje się w momentach, gdy mogły zdecydować inaczej. Jest za późno, na więź z dzieckiem pracuje się przez całe życie. Jeśli więc polityka i rodzina są nierozerwalne – chcąc zdrowych relacji w państwie, trzeba w szacunku wychować swoje dzieci.

Jan P. Matuszyński odkrywa ważną zależność

Dziwi mnie tylko mizoginia tego filmu. Są tu kobiety dobre, które popełniają błędy, ale można je zrozumieć, i są kobiety złe, które uosabiają bezmyślny żywioł nienawiści. Tą drugą jest prokurator Wiesława Bardon, grana przez Aleksandrę Konieczną kreatura w ludowym przebraniu, cyniczna i głupia, która zostaje tępym narzędziem władzy, by znęcać się nad świadkiem i robić z siebie widowisko. Gdyby położyć na szali Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych mężczyzn z aparatu władzy, a na drugiej ją – przeważyłaby od razu. Pokazywana jest tak, że jej cielesność budzi wstręt: jedzenie wylatuje jej z buzi, ma krzywo pomalowane oko, rozmazaną szminkę. Rozumiem, że dla aktorki rola była karkołomnym wyzwaniem, ale spełniła uprzedzenie, żeby za wszystko obwinić obrzydliwą, starą babę. Ubraną jak lala z Cepelii, którą pogryzł pies i wpadła mu do miski.

Owszem, mężczyźni aparatczycy też są odrażający, ale żaden nie jest spocony, obsypany łupieżem, z rozpiętym rozporkiem. Wszyscy są czyści, noszą gładkie garnitury. Zaś jej sceny są poniżej pasa. Ktoś, kto znał realną Wiesławę Bardon, wspominał, że taka właśnie była. A jednak film jest fabułą, która rządzi się swoimi prawami. Skoro ominięto tyle szczegółów i dodano nowe, ten też nie jest bez znaczenia. Film bywa jak puzzle złożone z różnych zestawów, które muszą jednak do siebie pasować.

Inne kobiety zgadzają się w układance. Agnieszka Grochowska gra zahukaną żonę, która odbija sobie poza domem. W pracy czuje się sprawcza. Nosi się niesłychanie stylowo. Nawet w trwałej ondulacji wygląda modnie, w asymetrycznej spódnicy, oryginalnej biżuterii zachwyca nonszalancją, póki nie wróci do kuchni, by przeistoczyć się w kurę domową. W jednej chwili przestaje wierzyć, że wszystko zawdzięcza sobie, najbardziej na świecie boi się męża.

Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej jest ponurą, nieszczęśliwą osobą o zwichniętej optyce. Jakoś się jej jednak współczuje, w końcu jest matką zrozpaczoną po stracie syna. Choć nie tak wyobrażamy sobie bohaterki Solidarności – Matuszyński wydobył coś ważnego.

Aktorka wolno cedzi słowa, przez co brzmią jak wygłaszane ex cathedra. Gardzi głupszymi od siebie, ludźmi z niższej klasy, mniejszej miejscowości. Gdzie więc to przymierze, które obiecano robotnikom?

Klasowy dystans, na którym zbudowano powojenne społeczeństwo, podkreślają obrazy niby mimochodem obecne w tym filmie: krowa pasie się na trawniku pod blokiem, babcia w fartuchu i chustce na głowie buja wnuki na huśtawce. Wygląda to jak fotografie Chrisa Niedenthala – przenikliwe spojrzenie na to, czego wtedy nie dostrzegano. Miasto szybko zrobione ze wsi posadowione jest na kompleksach, frustracji, przemocy. Tym kosztem państwo podniosło się po zniszczeniach wojny, wyzwoliło się z socjalizmu i wpadło w karuzelę transformacji. Matuszyński sięga wstecz i w przyszłość: pokazuje przyszłe posolidarnościowe elity, które nigdy nie wyzbyły się poczucia wyższości. Zamiast równości, wybierają dominację.

Adriana Prodeus
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę