Znaleziono 0 artykułów
03.01.2019

Trend na 2019 rok: spinki

Rejina Pyo jesień-zima 2018-2019 (Fot. Imax Tree)

Na wybiegach oglądamy je u Gucci i Versace, na Instagramie prezentują je Bella Hadid, Pandora Sykes i Leandra Medine, a w Polsce sprzedają już postępowe butiki – Kyosk i Lui Store. Nośmy więc spinki – te, które kojarzą się z luksusem vintage, ale także kontrolowanym kiczem lat 90-tych – po kilka naraz, na co dzień i do każdej stylizacji. Byle bez spiny.

Jutlandia, rok 2015. Najzimniejsze wakacje letnie, które dane mi było przeżyć. Nad morzem spacerować się nie dało, postanowiłam więc pospacerować po sklepach w okolicznych miasteczkach. Za niepozornymi witrynami kryły się sukienki Ganni, sweterki Custommade, koszulki Filippy K oraz… kosze pełne spinek. Kolorowych, w różnych kształtach i wielkościach, oderwanych od tego, co lansowały wówczas magazyny mody. Kobieta za ladą ma włosy częściowo spięte żółtą klamrą. Kupuję identyczną. Tak zaczyna się mój powrót do przeszłości. Albo przedwczesny krok w przyszłość. Bo spinki, bez wyraźnego ostrzeżenia, właśnie wróciły.

Versace wiosna-lato 2019 (fot. East News)

Kto bardziej spostrzegawczy, ten zauważył sygnały. Zwłaszcza jeśli odwiedzał w minionych latach Skandynawię. Bo nie są spinki widoczne na pierwszy rzut oka. Tu w kawiarni mignie szylkretowa elipsa, tam wysadzany cyrkoniami, nieco kiczowaty kwiatek. Zdobią proste fryzury, korespondują z dziewczęcymi sukienkami, ale też świetnie przełamują inspirowany męską garderobą styl. Ale na wydostanie się z Danii czy Szwecji musiały cierpliwie poczekać do 2017 roku. Nie bez znaczenia jest tu Instagram, bo to w końcu on jest najdoskonalszym nośnikiem trendów.

Girls. Anxiety. Sex.

Burberry wiosna-lato 2017 (Fot. David M. Benett, Getty Images)

Zdjęcie niedbałego koku podpiętego spinką z cyrkoniami ułożonymi w napis „Girls” okrążyło naszą planetę zapewne kilkakrotnie, a zapisane zostało kilkadziesiąt tysięcy razy. Kok należał do Alexy Chung, kobiety wyposażonej od urodzenia w nadzwyczajną intuicję do stylu, a spinkę zaprojektowała Ashley Williams na sezon jesień-zima 2016/2017. „Girls” to słowo klucz. Świetnie określające sytuację społeczną, niosące w sobie jednocześnie siłę i niepokój, na stałe wpisane w slogan „Girls power”, obecne w niekończących się dyskusjach o pozycji kobiet. Stanowiło jednak zaledwie preludium. Bo lista haseł u Williams wciąż się powiększa: Anxiety, Sex, Maybe, Paranoia, Misery, Hell, Paradise, Happy. Wachlarz emocji i najróżniejsze ich konfiguracje stanowią dowód na to, że spinki już dawno opuściły przedszkole i podstawówkę. Są gotowe towarzyszyć nam w dorosłym, nie zawsze różowym, życiu.

Alexa Chung (Fot. Christian Vierig, Getty Images)

Wyprodukowano w Polsce

Zgadza się ze mną Julia, która wraz ze swoim partnerem Michałem, tworzy polską markę spinek, Turtle Story. Choć sama marka na rynku obecna jest od niedawna, doświadczenie i wiedzę w temacie Julia ma ogromne. Jej rodzice założyli manufakturę spinek w latach dziewięćdziesiątych. Obecnie ich firma zaopatruje największe domy mody (kontrakty nie pozwalają na ujawnienie nazw, ale są to jedne z pierwszych, które przychodzą do głowy na hasło „moda”) oraz galerie handlowe (m.in. El Corte Ingles w Hiszpanii czy Simons w Kanadzie). Turtle Story zasłynęło kształtami puzzli, nożyczek i okularów (bestseller!), a w tym sezonie poszerzyło ofertę o spinki w bardziej wyrafinowanych, nieregularnych kształtach oraz tzw. „łapacze”. Te ostatnie z czysto praktycznych zmieniają funkcję w ozdobne. Dlaczego? Z pewnością istotny jest surowiec oraz sposób, w jaki powstają. Nie są to popularne w sieciówkach odlewy. Każda z nich jest wycinana z płyty octanu celulozy o najróżniejszym zabarwieniu i wzorze, następnie polerowana w maszynie, gięta na ciepło, klejona i ręcznie ozdabiana maleńkimi złotymi kulkami lub cyrkoniami. Jej tworzenie trwa osiem-dziewięć dni. Oczywiście powstają one w większych ilościach, ale pewnych rzeczy nie da się przyśpieszyć. Każdy egzemplarz przechodzi przez ludzkie ręce, będzie więc doskonały. A pozostały materiał służy do wykonania spinek w bardziej fantazyjnych kształtach. Albo jedzie do Francji, gdzie poddawany jest recyklingowi. Można więc śmiało stwierdzić, że Turtle Story działa w duchu zero waste.

Z Seulu do Kopenhagi

Rozmawiam z Edytą Rojek, właścicielką concept store’u Kyosk w Warszawie, która jako jedna z pierwszych uwierzyła w moc spinek. W sklepowych gablotkach obok włoskiej czy duńskiej biżuterii cieszą oko zdobione cyrkoniami klamry właśnie z Turtle Story. O intuicji Edyty miałam okazję przekonać się już nie raz. Sprowadziła przecież do Polski mało wtedy znaną markę Ganni czy siatkowe sandałki Naguisa. Minęły dwa sezony i wszyscy chcą je mieć. A ona już sięga po nowe. Przyznaje, że podpowiedź znalazła już parę lat temu na targach mody, w które odwiedza w poszukiwaniu nowych produktów do sklepu. CIFF Copenhagen zaskoczył ją różnorodnością kształtów i natężeniem kiczu. Do niedawna kicz był ostatnią rzeczą, której po Skandynawii można się było spodziewać. Tymczasem marki Pico czy Seoul Import (obydwie są duńskie, choć zlecają produkcję koreańskiemu wykonawcy) zwiększyły produkcję. I zaczęły dosłownie zalewać rynek. Najpierw lokalny, świetnie wpasowując się w przekorny ozdobny trend w opozycji do stereotypowego minimalizmu. A potem globalny, bo na wiosnę prawdopodobnie nie znajdziemy marki, która choć pary spinek w tym stylu nie wypuści.

Dolce & Gabbana jesień-zima 2018-2019 (Fot. ImaxTree)

Stara świecka tradycja

W niektórych markach wysyp spinek wzbudzi co najwyżej uśmiech politowania. Bo to, co prawdopodobnie okaże się jedno- czy dwusezonowym szaleństwem, one oferują niemal od pół wieku. Najlepszym przykładem jest Alexandre de Paris. Nazwa, nieprzypadkowa, to pseudonim artystyczny słynnego paryskiego fryzjera, Louisa Alexandre’a Raimona. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tworzył fryzury dla gwiazd światowego formatu oraz rodzin królewskich. Wieść niesie, że Sofia Loren czesała się u niego ponad pięćset razy. Współpracował też z projektantami: Coco Chanel, Christianem Diorem, Hubertem de Givenchy. W latach siedemdziesiątych stworzył pierwszą ozdobę do włosów: grzebień o nazwie Vendôme. Kolekcja luksusowych akcesoriów szybko się rozrosła. Siłą rzeczy powstała marka, której logo, postać krótko ostrzyżonej kobiety sfinksa, zaprojektował przyjaciel mistrza, Jean Cocteau. Kultowe modele, kamelia i kokarda, wciąż są w sprzedaży, co sezon przybierając nieco odmienioną, zgodną z trendami postać. Choć spinki Alexandre de Paris osiągają ceny do kilkuset euro za egzemplarz, chętnych nie brakuje. Produkowane we Francji, ręcznie wysadzane kamieniami, perłami i kryształami, prędzej zaliczymy do kategorii luksusowej biżuterii niż przypadkowej klamerki z łazienkowej półki.

Joan Collins w 1961 roku (Fot. Bettmann, Getty Images)
Sonia Lyson (Fot. Christian Vierig, Getty Images)

Gorące powroty

W poszukiwaniu modeli vintage udaję się do internetowego komisu Vestiaire Collective. Pierwszy wynik? Klamra Chanel z cyrkoniami z 1984 roku za, bagatela, 2400 zł. Prawie połowę więcej niż hit ostatnich miesięcy, żywicowa klamerka Gucci. Czy to znaczy, że tegoroczne zakupy mają szansę stać się pewną inwestycją w przyszłość? Nostalgiczna wycieczka w minione lata skusiła niejednego projektanta. Alessandro Michele po mistrzowsku przywrócił do życia stary dobry grzebyk czy wspomniane wcześniej klamry. U Versace w kolekcji wiosennej rządzą wsuwki zdobione kwiatkami lub złotymi guzikami z nieodłączną mityczną meduzą. Z ilością zaszaleli Faustine Steinmetz czy Marco de Vincenzo. Ta pierwsza już w kolekcji na jesień-zimę 2018/19 wpięła modelkom maksymalną liczbę spinek na głowy. Włoski projektant powtórzył ten zabieg podczas tegorocznych pokazów wiosennych w Mediolanie. Powrót do przeszłości, zahaczający nieco o Art Deco, funduje nam Luiza Kubis, która prowadzi warszawski butik Lui. Ofertę biżuterii Niny Kastens i Justine Clenquet uzupełniają iskrzące cyrkoniami gwiazdy i księżyce oraz małe klamerki z rzędem pereł. Mogłyby je nosić Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego” albo Keira Knightley w „Pokucie”. Zresztą po inspiracje warto się udać do archiwalnych zdjęć hollywoodzkich gwiazd. Albo przenieść się w czasie o dwie dekady – włączyć serial „Przyjaciele” i dokładnie obserwować fryzury Phoebe Buffay.

Łapacz na Instagramie

We wrześniu 2018 roku świat obiegło zdjęcie Belli Hadid z włosami spiętymi dużym plastikowym łapaczem od Alexandra Wanga. Skoro ona sobie pozwoliła na taką fryzurę, to i my możemy. Choć to spinka prosto z wybiegu, jej cena wydała się zaskakująco niska. Tak bardzo, że niejeden portal rozpisywał się o jedynych trzydziestu pięciu dolarach, za które możemy poczuć się jak Bella. Niezastąpiony w poszukiwaniu spinkowych marek okazuje się Instagram. Noszą je m.in. Pandora Sykes, Leandra Medine, Sabina Socol. Poprzez konta influencerek trafiam m.in. na australijską Valet, kolejne duńskie Sui Ava i Kanel, nowojorską Jennifer Behr czy amerykańsko francuską Winden. Każda z nich zachowuje charakterystyczny styl, zawsze oferując coś nieco innego niż konkurencja. Niektóre z nich powstały niewiele ponad rok temu. Ale są też takie, które produkcji spinek nie porzuciły od lat dziewięćdziesiątych lub dwutysięcznych. Które przetrwają? Czas pokaże.

Tine Andrea (Fot. Christian Vierig, Getty Images)

W Polsce wciąż mierzymy się z własną niepewnością. Chętniej kupujemy spinkę na prezent niż dla siebie. To obserwacje Turtle Story z ostatnich tygodni. Ale coś się zmienia, nawet w kwestii podejścia do bardziej ozdobnych egzemplarzy. Edyta z Kyosku lubi obserwować skrajne reakcje na zawartość gablotki. Niektóre kobiety zaczynają wspominać dzieciństwo, toaletki mam i babć, pełne szylkretowych ozdób. Inne wzdrygają się na myśl, że plastikowy koszmar z podstawówki ma czelność powrócić. Tu jednak należy zaznaczyć, jak bardzo istotna jest jakość tych akcesoriów. Gdzie przebiega granica? Podobnie jak w przypadku biżuterii, nie ma miejsca na niedbalstwo. Widoczny klej, krzywo wpasowane kamienie, matowiejący metal – jeśli nie od razu, wady ujawnią się bardzo szybko, bo spinki eksploatujemy dość mocno.

Po spotkaniu z Julią i Michałem wiem już, w jaki sposób oglądać produkty i jak ocenić ich jakość. Udaje mi się więc powstrzymać przed kompulsywnym zakupem dwóch klamerek w pewnej znanej sieciówce, bo mają niedbale wykończone brzegi. Na Aliexpress widzę sporo całkiem interesujących modeli. Ale nie kupię ich, bo chcę, żeby moja kolekcja przetrwała długie lata. Nasze prababcie przekazywały biżuterię wnuczkom, bardzo bym chciała tę tradycję kontynuować. Nawet jeśli za pewien czas schowam wszystkie spinki do szuflady. Choć nie sądzę, żebym szybko z nich zrezygnowała. Moda dopiero się rozkręca.

Harel
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę