Znaleziono 0 artykułów
22.11.2018

Wolna od złotych kajdanek

Izabela Godlewska z Undress Code (Fot. Luka Łukasiak)

Założycielka marki bieliźnianej Undress Code Izabela Godlewska nie skończyła jeszcze trzydziestki, a już ma na koncie studia na SGH, karierę w korporacji i własną firmę. Jej sposób na sukces? Stawiać sobie ambitne cele, ale pozwolić życiu je weryfikować.

Zawsze myślałaś o założeniu firmy?

Nie, kiedyś chciałam śpiewać! Pochodzę z artystycznej rodziny, mój brat jest aktorem i sama mam artystyczną duszę. Chodziłam do szkoły muzycznej, grałam też na fortepianie, ćwiczyłam wokal.

Reklama

Nie chciałaś studiować na Akademii Muzycznej?

Moi rodzice uważali, że śpiew nie jest najpewniejszym pomysłem na przyszłość. W akcie buntu poszłam na SGH. I, o dziwo, spodobało mi się. Otworzył się przede mną zupełnie inny świat i poznałam zupełnie innych ludzi. O ekonomii, finansach i zarządzaniu wcześniej niewiele wiedziałam, więc tym bardziej miałam motywację, żeby się uczyć. Kręciło mnie to, że muszę szybko podciągnąć się w umiejętnościach w ramach zupełnie nowego obszaru. Wiesz, muzycy żyją często w oderwaniu od rzeczywistości. Rozmawia się o emocjach, impresjach, inspiracjach. O pieniądzach się nawet nie myśli. Na uczelni poznałam przyjaciół z jasno rozpisanymi celami. Pędzących po to, by je zrealizować. 

Już na studiach zaczęłaś pracę w korporacji?

Na pierwszym roku poszłam na staż. Po kilku projektach awansowałam w firmie konsultingowej Accenture. I mnie wciągnęło. Czułam moc, realizując kolejne projekty. Podobało mi się to, że dawałam radę. Ale pracowałam od rana do nocy, więc po kilku miesiącach, gdy emocje opadły, zaczęło mi brakować realizacji kreatywnej. Wiedziałam, że niekoniecznie chciałabym podążać w tym kierunku.

Izabela Godlewska z Undress Code (Fot. Luka Łukasiak)

Co ci się nie podobało?

To, że nie miałam wpływu na finalny efekt pracy. Byłam częścią dużego tworu, a nie kimś, kto naprawdę coś zmienia. Nie czułam też, że moja praca pomaga ludziom.

Odchodząc, nie bałaś się utraty stabilizacji?

Wiadomo, że tak. Korporacja to złote kajdanki. Przyzwyczaja cię do poczucia bezpieczeństwa finansowego. Cieszę się z mojego doświadczenia korporacyjnego, bo gdyby nie to, że nauczyłam się ciężko pracować, trudniej byłoby mi prowadzić własną firmę.

Potem pojawił się na twojej drodze Biznes w Kobiecych Rękach?

W programie Biznes w Kobiecych Rękach wzięłam udział w 2015 roku. Wymogiem jego ukończenia było założenie firmy. Bardzo tej motywacji, tego popchnięcia  do przodu, potrzebowałam. Potem wyjechałam na rok studiować zarządzanie modą i designem na uniwersytecie Bocconi w Mediolanie. Tam dostałam mnóstwo feedbacku – od wykładowców i znajomych z całego świata. To pozwoliło mi  porządnie przygotować się do wypuszczenia marki w świat. Dowiedziałam się, że na start marki potrzebne są ogromne oszczędności. W porównaniu do potrzebnych kwot miałam naprawdę niewiele, ale okazało się, że pieniądze to nie wszystko. Udało się.

Izabela Godlewska z Undress Code (Fot. Luka Łukasiak)

Co cię jeszcze zaskoczyło?

W biznes planie ekspansję na zagraniczne rynki miałam wpisaną na za kilka lat. Życie miało inny pomysł. Gdy firma miała zaledwie dwa miesiące, zalajkowaliśmy na Instagramie profil paryskich targów paryskich. Skusiła ich nasza komunikacja, wizerunek marki i wyróżniające się produkty, więc zaproszono nas na wydarzenie, gdzie wystawia się czterysta marek. Gigant pokroju Chantelle dysponuje tam stoiskiem wielkości 280 mkw. Nas było stać na osiem metrów kwadratowych w sekcji niezależnych marek. Na przygotowanie do targów mieliśmy trzy tygodnie. Udział w targach wiązał się też z pop-upem w Galeries Lafayette. Jesteśmy tam do dzisiaj, ze stałą kolekcją w 18 lokalizacjach we Francji. Ze studiów wiedziałam, że na pierwszych i drugich targach buyerzy obserwują marki, a dopiero potem zaczynają kupować. A od nas już za pierwszym razem Zalando zamówiło sporo rzeczy. Dotarcie do tej platformy było jednym z moich celów. Ale gdy Kacper, mój mąż, czytał biznes plan, powiedział, że jestem chyba przesadną optymistką… A tu marzenie się spełniło. I to całkiem niespodziewanie. Zeby zrealizować to zamówienie, wzięliśmy kredyt. Potem jeszcze kilka razy musieliśmy to zrobić. Wciąż się z kredytów odkopujemy, bo przychód idzie na inwestycje. Marki potrzebują trzech-czterech lat, żeby zacząć zarabiać.

Co spodobało się w Undress Code tak prestiżowym kontrahentom?

Wyróżnialiśmy się spójną komunikacją. Od początku wiedziałam, że identyfikacja graficzna musi być spójna estetycznie z produktem. To efekt mojej dwuletniej pracy, jeszcze po godzinach, przed premierą marki.

Czym wyróżnia się Undress Code?

To bielizna, którą można nosić także jako outerwear. Nie jest stworzona, by cieszyć męski wzrok w sypialni, tylko kobiecej wygody. Przecież nie zawsze chcemy czuć się seksowne, a zawsze potrzebujemy komfortu. Ta bielizna ma być tak nowoczesna jak współczesna dziewczyna. Widzę na swoim przykładzie, że w ciągu dnia nie ma czasu, żeby się przebrać. Dlatego takie nasze zamszowe body z golfem można włożyć pod marynarkę na spotkanie, a potem ją zrzucić, gdy idziesz na drinka. Co nie zmienia faktu, że kobieta Undress Code jest kobietą wyzwoloną i pewną siebie, a bielizna jest dla niej fundamentem codziennej stylizacji. To baza, której nie musi skrywać. Subtelnie ją eksponując odzwierciedla to, jak świetnie czuje się we własnej skórze. Zmysłowość interpretuje zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie zwracając uwagi na utarte konwenanse.

Izabela Godlewska z Undress Code (Fot. Luka Łukasiak)

A czego nie chciałaś robić?

Wiedziałam, że tej seksownej bielizny jest na rynku dużo, więc postanowiłam tego pomysłu nie powielać. Dobrze, że idziemy w jednym nurcie z innymi markami, przecierając szlaki. Znów sprawdza się zasada, że konkurencja działa na korzyść biznesu. Ale dużo tradycyjnych domów towarowych podchodzi jeszcze do bielizny klasycznie, nie jest gotowa na przyjęcie produktów, które mieszają porządki.

Co poszło zgodnie z biznes planem, a co nie?

Chyba najbardziej zaskoczyły mnie koszty. Gdyby nie to, że moje wyliczenia były optymistyczne, nigdy nie miałabym odwagi zdecydować się na tak duże inwestycje. Marka mody to studnia bez dna. Oprócz kredytów zadłużyłam się też u rodziców, Kacper pomagał swoją pensją z korporacji, wystaraliśmy się też o dofinansowanie z Unii. Moje oszczędności stopniały szybko, dlatego pracowałam jeszcze przez chwilę na pół etatu w start-upie. Studia w Mediolanie, które też były inwestycją, też ograniczyły moje fundusze. Planowałam zostać tam dłużej, by dostać się na staż do jakiejś marki, ale koszty życia we Włoszech mnie przerosły.

Iza z body Undress Code (Fot. Luka Łukasiak)

Firmę prowadzisz z mężem. Jak sobie radzicie z dzieleniem i godzeniem obowiązków?

Z Kacprem jesteśmy razem osiem lat, kilka miesięcy temu wzięliśmy ślub. Mogę mu zaufać w stu procentach. Dla naszej firmy rzucił korporację. Jesteśmy w jej działanie zaangażowani w równym stopniu, ale dzielimy się obowiązkami. Najwięcej przyjemności sprawia mi część kreatywna – produkt, identyfikacja, dbam też o sprzedaż B2B (business to business, czyli między przedsiębiorcami).

Co okazało się być największym wyzwaniem?

Wiele rzeczy musiałam robić po raz pierwszy. Uczyłam się na żywym organizmie. Nie uniknęliśmy błędów, chociażby z ustaleniem rozmiarówki. Prawie rok szukałam szwalni. W tabelce miałam kilkanaście typów, które po kolei obdzwaniałam. Dla części nasze zamówienie było za małe, a część krawcowych nie chciała uczyć się nowych wzorów do odszycia bez gwarancji, że zamówienie będzie kontynuowane. W końcu, po powrocie z Mediolanu, gdy leżałam chora w łóżku, na szesnastej stronie wyników w Google’u znalazłam moją szwalnię. Bez konsekwencji by się to nie udało.

Doznałaś kiedyś dyskryminacji ze względu na płeć?

W biznesie nie. Bardziej czułam to w korporacji. Sama dyskryminacji nie doświadczyłam, ale widziałam, że na najwyższych stanowiskach zdecydowanie więcej jest mężczyzn niż kobiet. Dziewczyny wypruwały sobie żyły, a i tak nie były traktowane na równi.

Kariery wielu kobiet spowalniają po urodzeniu dziecko.

Tak, ja powiększenia rodziny jeszcze nie planuję, bo za dużo oboje pracujemy, a nie mamy możliwości zatrudnienia dużego zespołu do pomocy. Firma jest moim dzieckiem. Pierwsza myśl po przebudzeniu i ostatnia przed zaśnięciem to Undress Code. Cały czas jestem w pracy. 

Masz jeszcze chwilę czasu przed trzydziestką. Jak się czujesz ze swoim wiekiem?

Czuję się ze sobą coraz lepiej. Dzięki własnej firmie zyskałam pewność siebie. Znam teraz swoją wartość.

Na twojej tablicy inspiracji widzę hasło: „milion euro”. To twoje marzenie?

Dobrze mieć cele, nie tylko finansowe. Jeśli się uda plan zrealizować, to świetnie, a jeśli nie, nie ma przecież nade mną szefa, który egzekwuje cele.  Tworzenie własnej marki każdego dnia jest spełnieniem moich marzeń. Samo w sobie. Generalnie motywacja finansowa nie jest tutaj najważniejsza, nie odeszłam z korporacji dla pieniędzy, bo tam były one dużo pewniejsze niż tutaj. Chociaż czasami jestem dla siebie bardziej surowa niż niejeden szef.

Anna Konieczyńska
Reklama
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę