Znaleziono 0 artykułów
23.10.2020

Ustroić cierpienie. Karolina Sulej o ubraniach w obozach koncentracyjnych

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Zabiegi wokół stroju i higieny ciała przypominały więźniom o tym, że są ludźmi, że mają tożsamość, gust, płeć, że istnieje piękno – mówi Karolina Sulej, autorka świeżo wydanej książki „Rzeczy osobiste”, która zmienia nasz sposób myślenia o tym, jak wyglądało codzienne życie w miejscach przeznaczonych śmierci. 

Piszesz: Roland Barthes odkrył, że cechą mody jest jej zdolność do systemowego oporu przed cierpieniem. Moda daje ułudę bezpieczeństwa, zapewnia: wszystko będzie dobrze. To w warstwie symbolicznej, ale w realiach obozu konkretne ubranie mogło uratować życie. Na przykład solidne buty. 

To prawda. O tym z kolei na początku lat 70. pisała w swojej pracy wspomnieniowej, bardzo dla mnie ważnej, Maria Jezierska, więźniarka Auschwitz-Birkenau. Trochę to była rozprawa naukowa, a trochę jej osobista relacja, opowieść o roli, jaką ubrania i dbałość o wygląd odgrywały w obozie. Wyjątkowa, bo historie związane z ubraniami potraktowała ona jako integralną część doświadczenia więźniów – nie jakieś kuriozum, tylko czynnik, który wpływał na całokształt życia w obozie, bardzo często zwiększał też lub zmniejszał szanse na przetrwanie. Jezierska na początku swojej relacji właściwie się z tego wyboru tłumaczy, zaznacza, że temat może się komuś wydać błahy, ale dalej wyjaśnia, że w obozie posiadanie dobrych butów było równie ważne, co zaspokojenie głodu. Drobne twórcze interwencje więźniów w strój według niej prostowały mentalnie, mówiła wręcz o proporczykach podjazdowej walki z wrogiem. 

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Dbałość o strój i higienę Jezierska traktowała jako narzędzie dywersji. Podkreślała: jeżeli nie masz już siły na zbyt wiele, możesz się spróbować umyć, no i w ten sposób przeciwstawić się oprawcom. 

Nazywam to oddolnymi praktykami ratowniczymi wobec odgórnych strategii uciemiężenia. To nie jest heroizm przez duże H, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, kiedy mówimy o Zagładzie i drugiej wojnie światowej, bo to zwykle są wielkie czyny, idee, filozofia – takie epickie, abstrakcyjne pojęcia związane z bohaterstwem w obozach. Natomiast ten heroizm, o którym pisze Maria Jezierska, a o którym mówią również inni bohaterowie mojej książki, którzy przeżyli obozy, to jest właśnie ten heroizm oddolnych praktyk związanych z codziennością. 

Utrzymywanie drobin codzienności w obozowym życiu było mocno związane z nadzieją na przyszłość, umiejętnością zobaczenia, że istnieje coś poza obozem. To były konkretne sygnały, świadczące o tym, że zasady, które ustanowili oprawcy, nie są jedynymi regułami rządzącymi światem, że nie trzeba się na nie godzić. Bo jeśli je zaakceptujesz – ten uniform, który dla ciebie dosłownie uszyli – to musisz pogodzić się z tym, że twoje życie nic nie znaczy, że nie masz podmiotowości, sprawczości, biografii. Z taką świadomością bardzo trudno jest walczyć, choćby o następną chwilę. Osoby, które godziły się z taką narracją, trafiały na najgorszy poziom obozowego życia, przechodziły zmuzułmanienie. Nie jest do końca jasne, skąd się wzięło to określenie. Być może od tego, że osoby dotknięte tym syndromem miały specyficzny sposób poruszania się, kiwały się jak wyznawcy islamu przy modlitwie, ale prawdopodobna jest też teoria, że nazwa miała związek z tym, że muzułmanie wyglądali niczym zamknięci w muszli (muschel – niem.), bo chodzili szczelnie okryci kocami, po tym się ich między innymi rozpoznawało. Więźniowie, którym udało się przejść przez to stadium i przeżyć, zazwyczaj mówili, że z przedśmiertnej hibernacji nie wybudzały ich słowa pełne nadziei czy opowieści o tym, że będzie lepiej, ale proste gesty czy znaki. 

Takim impulsem mógł być, i dla jednego z więźniów był, widok dziewczyny w różowej sukience – był jak wstrząs, sygnał z innego świata. 

Podobne artykułyKsiążki krzepiąceAleksandra Boćkowska Primo Levi przywołuje z kolei kolegę z obozu, Rosjanina, który obsesyjnie się mył. Nawet jak nie było wody, wykonywał rytualne gesty pielęgnacyjne. Levi na początku uważał to za absurdalne, bo jak wobec śmierci można się myć? Zmienił zdanie, kiedy usłyszał, że w tych ruchach chodzi o to, żeby odzyskać sprawczość i się zbuntować. Walka w obozie rozgrywała się na różnych płaszczyznach i ta związana z wizerunkiem więźnia była jedną z nich. 

Dla mnie moja książka streszcza się w zdaniu, że ubrania w obozach koncentracyjnych i obozach zagłady mogły kogoś zniszczyć lub uratować, o tych dwóch właściwościach ubrań opowiadam. Zabiegi wokół stroju i higieny ciała przypominały więźniom o tym, że są ludźmi, że mają tożsamość, gust, płeć, że istnieje piękno. Był też drugi, nie mniej istotny wymiar. Więźniowie musieli zapewnić sobie ubranie, które ochroni ich przed chłodem, wilgocią, razami strażników. Taki strój trzeba było sobie zorganizować, czyli przeważnie nielegalnie zdobyć. 

To hasło – organizacja – jest kluczowe. Więźniowie zajmowali się nią bezustannie, ona utrzymywała ich przy życiu. W świecie organizacji obowiązywały też specyficzne reguły, osobny kodeks etyczny. 

Organizacja to przedziwna praktyka. Moim zdaniem w obozie była bardzo wyrazista, ale generalnie cechuje ona czasy kryzysu, stanu wyjątkowego, kiedy trzeba sobie radzić. W obozie można było organizować wszystko, co należało do oprawców, to nie było traktowane jako kradzież. Natomiast czynnością niemoralną było na przykład zabranie chustki bliskiej koleżance z pryczy czy szkodzenie osobie chorej, której trzeba pomagać. Zabranie odzieży osobie nieżyjącej nie było z kolei czymś niemoralnym, bo niestety życie codzienne w obozie rozgrywało się nieustannie wobec śmierci, wobec ciał zmarłych. 

Najważniejsze było to, żeby nie szkodzić najbliższym – to specyficzna etyka „rodzinki”, czyli grupy, której członków należało chronić. Posiadanie takiej grupy było w obozie kluczowe; „rodzinka” to samopomoc, wsparcie w najgorszych momentach. Zofia Krzyżanowska opowiedziała mi, że podniosła się ze zmuzułmanienia, kiedy zaoszczędziła kawałek chleba i jej blokowa dała jej za to płaszcz. Zrozumiała, że może polepszyć swój byt, zmotywowało ją to. Potem zaczęła organizować więcej rzeczy, również dla swojej przyjaciółki, obie się dzięki temu podźwignęły. Tego typu historii opisuję mnóstwo. 

Moralność obozowa może się nam wydawać o tyle trudna do zaakceptowania, że tam majestat śmierci niestety nie istniał, istniał za to majestat codzienności. Dla mnie te wszystkie małe gesty są ogromnie mocne i wzniosłe i tym bardziej wydaje mi się dziwne, że przez dekady one nie były takimi widziane, a właściwie nie były dostrzegane wcale.

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Przez dekady utrwalił się również zuniformizowany obraz więźnia w pasiaku, bliski wzorcom, które kreowali sami naziści. Jednak rzeczywistość obozów koncentracyjnych szybko zaczęła się od tego „ideału” oddalać, choćby ze względu na niedobory. Właściwie to nigdzie, może poza Ravensbrück na początkowym etapie, nie udało się nazistom zrealizować tej wizji. 

Nasze wyobrażenia o obozach w dużej mierze zostały zdominowane przez czarno-białe, propagandowe zdjęcia. Tymczasem obóz wizualnie bliższy był bazarowi niż więzieniu. 

Używasz w książce słowa „giełda”, piszesz, że w obozie kwitł handel wymienny.

Poza ogromną liczbą ludzi obóz zawierał w sobie góry rzeczy, które były przechowywane w różnego rodzaju magazynach. W Auschwitz-Birkenau ten najsłynniejszy system magazynów określano mianem „Kanady”, krainy obfitości. Takich „Kanad” w innych obozach było sporo. Były też pomniejsze magazyny dla SS-manów, różnego rodzaju schowki. Przedmioty przepływały przez obozy w sposób niemożliwy do skontrolowania i to paradoksalnie było korzystne dla więźniów. Dzięki temu mogli uszczknąć coś z tego zasobu, poprawić swój byt. 

Oprawcy również chcieli coś pozyskać dla siebie, wzbogacić się. Teoretycznie nie powinni dotykać pieniędzy czy przedmiotów zbrukanych niearyjską dłonią, jednak w praktyce wchodzili z więźniami w rozmaite układy. Dzięki temu więźniowie mogli coś wynegocjować, zdobyć, a w efekcie – przeżyć. Zdarzało się też, że „handlowali” między sobą. Jeżeli ja mam dostęp do kartofla czy chleba, a ty masz dostęp do swetra czy butów, no to możemy się wymienić i stworzyć system zależności, który nie został przewidziany przez III Rzeszę, która więźniów oznaczała winklami, tak aby ich od siebie odseparować, żeby nie mogli i nie chcieli się ze sobą komunikować. 

Z twojej książki wynika, że w obozie obowiązywały podziały, pewna kastowość. Ubranie sygnalizowało między innymi to, do której kasty należysz. 

Taka jest funkcja mody. Taka jest funkcja ubrania w ogóle. 

Wiadomo, że słowa „moda” używamy teraz w wielu kontekstach, łącznie z branżą mody. Natomiast dla mnie najprostsza definicja brzmi: moda to posługiwanie się ubraniem. Antropologia odpowiada na pytanie „jak?”: „jak coś robimy?”, „jak żyjemy?”, więc tutaj „jak się ubieramy?”. Moda mówi zawsze o tożsamości, o tym, jak siebie widzimy, jaki jest nasz obraz wewnętrzny, co chcemy powiedzieć o sobie i o relacjach z innymi, o tym, jak wyglądają związki emocjonalne między ludźmi władzy i osobami im podległymi, jak się buduje wspólnotę, kto jest obcy, kto jest swój, komu się należy miejsce, a kto jest wykluczony. W ten sposób Niemcy urządzili obozy. 

Najpierw ubrali więźniów w taki sposób, żeby byli jak najmniej podobni do nich, chcieli się oddzielić od ofiar. Siebie ubrali w mundury, żeby to oddzielenie wzmocnić, a z drugiej strony podzielili więźniów tak, żeby oni też się od siebie różnili – zatrudnili ich w różnych miejscach, dając im wielorakie przywileje, które tylko przez ten ubiór były odzwierciedlane albo podkreślane. Co więcej, wielokrotnie było tak, że dzięki temu, iż można było udać, że jest się z jakiejś kasty, trafiało się do niej. Ubiór w tym pomagał. Hermann Langbein w „Ludziach z Auschwitz” pisze, że nigdzie indziej przysłowie „jak cię widzą, tak cię piszą” nie było równie prawdziwe, co w obozie koncentracyjnym. Maria Jezierska dodaje, że dzięki temu, iż w oczach oprawców wyglądało się na osobę zdrowszą, bardziej zadbaną, można było mieć większe szanse na przeżycie, załatwić coś komuś, „awansować”.

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Były kobiety, które wolały dać się pobić, żeby nie obcięto im ponownie włosów, albo osoby ryzykujące życiem, żeby zdobyć ładniejszy bojtel. To właśnie były takie sygnały, które wysyłało się do oprawców: jestem silny, ogarnięty, nie ruszaj mnie.

Najlepszą ilustracją tej tezy jest sytuacja Maksymiliana Grunfelda, który zniszczył koszulę SS-mańską, o którą miał się troszczyć, uszkodził w niej kołnierzyk, i został za to dotkliwie pobity. Później ją sobie przysposobił i zauważył, że dzięki załatanej koszuli noszonej pod pasiakiem stał się nietykalny. Oprawcy, a nawet inni więźniowie zaczęli go inaczej traktować – wcześniej nim pomiatano, koszula sprawiła, że prześladowania ustały. Wtedy Grunfeld postanowił zdobyć drugą koszulę, na zmianę, i tym się wyróżnić. W tych koszulach był kimś. 

Odróżnianie się w obozie było czymś istotnym, bo to właśnie jednostkowych historii bardzo w nim brakowało. Dlatego więźniowie uwielbiali sobie opowiadać o przeszłości, snuć też fantazje o przyszłości. 

Radio Majdanek, czyli radio na niby, które rozgrywało się w barakach na Majdanku, zostało założone przez kilka więźniarek. Zawsze w niedzielę była audycja „Podwieczorek z mikrofonem”, oczywiście bez podwieczorka i mikrofonu. „Prowadzące” w dowcipny sposób opowiadały, jakie są najmodniejsze trendy na Majdanku, czy modna jest pończocha dziurawa w dwóch miejscach, czy w trzech. Chodziło o to, żeby językiem mody i kobiecości opisywać rzeczywistość w sposób skoncentrowany na estetyce, żeby wpuścić piękno w obozową szarzyznę i cierpienie, żeby ją – jak to mówi Alicja Gawlikowska-Świerczyńska – ustroić. Zresztą jej wspomnienia dużo mi wyjaśniły; to ona w rozmowie ze mną podkreśliła, żebym przypadkiem nie myślała, że oni tam tkwili w obozie w rozpaczy od rana do wieczora. Bo gdyby tak było, to nikt by nie znalazł w sobie siły, aby przeżyć.

To jest właśnie to nasze wyobrażenie: czarno-białe zdjęcia, pasiaki, więźniowie w absolutnej rozpaczy. A ty nagle piszesz, że na Majdanku modne były konkretne fartuszki, że chustki w wybranych obozach wiązało się w określony sposób, że w cieniu komór gazowych ktoś zwracał uwagę na krój kurtki. Czujesz, że jest to jakieś łamanie tabu, że przekroczyłaś jakąś granicę? Jak można zestawiać hasło „moda” z hasłem „obóz”? 

Nie, nie czuję, ponieważ ta książka została zbudowana na podstawie potężnej kwerendy, bazuje na świadectwach i rozmowach z byłymi więźniami i więźniarkami. Za każdym razem, kiedy mówię o posługiwaniu się ubraniem w obozie, opieram się na relacjach, jestem „położną” dla opowieści byłego więźnia czy byłej więźniarki, którzy uznali za stosowne wypowiedzieć słowo „moda” w tym kontekście. Czasem ironicznie, czasem zupełnie wprost i nie czuli w tym żadnego nietaktu. Dopiero pamięć o obozach i drugiej wojnie zaczęła korygować to, co więźniowie mogą mówić, a o czym powinni milczeć. 

Wydaje mi się, że jest to również efekt tego, jak w masowej świadomości funkcjonuje moda. Jesteśmy zanurzeni w znaczeniach związanych z jej utowarowieniem, konsumpcjonizmem. Nie mamy pojęcia, że moda to język, który towarzyszy nam od zarania cywilizacji, że są w nim pewne archetypy, które działają na nas podprogowo. Choćby te pasiaki w obozie, o które nikt nie pytał przez dziesięciolecia, bo uznano, że wystarczy informacja o tym, że był pasiak…i już. Nikt się nawet nie zastanawiał, skąd ten pasiak się wziął i czym dokładnie był. A przecież to koncept, który stał się możliwy w połowie XX wieku dlatego, że w średniowieczu uznano, że paski są świetnym sposobem na oznaczanie osób, które powinny zostać odizolowane społecznie. Paski podróżowały przez kolejne stulecia, zmieniając się po to, żeby III Rzesza ogłosiła, że pasiasta odzież jest najbardziej upokarzającym, a tym samym najbardziej efektywnym wizualnie sposobem oznaczenia więźniów – bo nie dość, że dzięki temu poczują się oni nic nie warci, to jeszcze nie będą uciekać, będą po prostu widoczni. 

Moda jest językiem bycia w świecie, równorzędnym, a nie jakimś naddatkowym, ekscesywnym produktem maksymalnego dobrobytu, na który mogą sobie pozwolić tylko ci, którzy mają wystarczające środki materialne. Gesty związane z dbaniem o cielesność są uniwersalne dla nas jako gatunku. Są do tego stopnia dla nas ważne, że towarzyszą nam aż po samo dno kryzysu. Dowodzą tego dokumenty, świadectwa, ale też przedmioty, które zostały po więźniach. Kim jesteśmy, żeby to przemilczeć?

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Czy cenzurować, oceniać z dzisiejszej perspektywy… Jak to, że kiedy do Auschwitz-Birkenau przyjeżdżał transport węgierskich Żydów w 1944 roku, to była oczywiście absolutna tragedia, eksterminacja ogromnej liczby osób, ale też dostawa ubrań dla tych, którzy pozostawali w obozie. 

No tak, to jest bardzo przejmujące, że po tych wielkich transportach węgierskich więźniarki tęskniły za tym, żeby był jakiś nowy transport. To się wydaje wyjątkowo okrutne, ale tak jak wspominałam wcześniej, obozowa logika żyje wobec śmierci. Mówiłam też o rzeczach, które były częścią krwiobiegu obozu… Bez tych rzeczy więźniowie zostaliby z tym, co im przydzielili oprawcy. A to, co dostali – niezależnie od tego, czy była to odzież cywilna, czy pasiak – miało ich zwyczajnie zabić, albo z powodu tortury psychicznej, albo fizycznej. 

To mogła być suknia balowa, pantofle na wysokim obcasie, kompletnie nieprzystosowane do chodzenia po obozowym błocie. 

Często były to najlepsze ubrania, z najdroższych materiałów, bo ludzie zabierali ze sobą to, co było dla nich najbardziej wartościowe. I te stroje do filharmonii, koktajlowe suknie, wytworne toalety nagle zostały rzucone na kupę, często na chybił trafił, a strażniczki czy oficerowie chodzili i dawali więźniom to, co wydawało im się najmniej przystające do obozowych realiów. 

Skoro nie można było więźnia opakować w pasiak i w ten sposób go upokorzyć, pozbawić osobowości, to przynajmniej można było go wydrwić. Szczególnie kobiety bardzo to przeżywały. Na mnie duże wrażenie zrobiła Zofia Krzyżanowska, która powiedziała, że ona dostając swój przydział – suknię wieczorową i jakąś absurdalną bieliznę, wielkie barchany, które z niej spadały – poczuła się tak śmieszna, brzydka i żałosna, że pomyślała, iż nie zasługuje na bohaterską śmierć. Została pozbawiona nawet szansy, żeby godnie umrzeć. 

Ważny zabieg, który stosujesz w książce, polega na tym, że niejako przeprowadzasz czytelnika przez kolejne kręgi piekieł. Pokazujesz, jak na kolejnych etapach obóz odczłowiecza, a przynajmniej próbuje odczłowieczyć, i jak ludzie z tym walczą. 

Wiedziałam, że czytelnikowi trudno będzie wejść w rzeczywistość obozu, tak bardzo różniącą się od przekazów, do których się przyzwyczaił. Dlatego postanowiłam spojrzeć na obóz z perspektywy więźnia, który doświadcza naraz grozy i absurdu sytuacji, który zostaje wrzucony w ten kosmos. 

Więźniowie mówili, że pierwszy widok obozu to była dla nich groteska, jakieś cyrkowe postaci, jacyś klauni, brakowało im odniesienia do czegokolwiek, co znali wcześniej. Chciałabym, żeby czytelnik też tak się poczuł, żeby dla niego obozy znów stały się czymś nieznanym, ale nie niewyobrażalnym, bo popularna narracja myślenia o Zagładzie jest taka, że to było niewyobrażalne, abstrakcyjne, coś, do czego w ogóle nie możemy się zbliżyć. A ja właśnie pokazuję, że to było bardzo wyobrażalne, dotykalne, materialne, arcyludzkie w swoich najgorszych i najlepszych przejawach i że każdy z nas ma siłę, żeby być heroicznym na poziomie praktyk związanych z codziennością i w ten sposób się ratować, ale każdy z nas nosi też w sobie potencjał człowieka, który za pomocą bardzo prostych zabiegów na ciele i wizerunku może zostać skrzywdzony i złamany. 

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Często pomija się proces przemiany w zuganga. A przecież to wchodzenie człowieka w obóz było niesłychanie silnym doświadczeniem. Z moich rozmów z więźniami wynika, że wszyscy to pamiętają. Nazywam to wymazywaniem, bo była to w istocie próba skasowania znaków szczególnych u więźnia, przygotowania go do podległości i wykonywania rozkazów. Temu służyło pozbawienie go jakichkolwiek rzeczy osobistych, obcięcie włosów. Kolejne kroki miały wbić więźnia w reguły obozowego życia. 

Były jednak miejsca, gdzie te reguły ulegały zawieszeniu. Taką strefą był na przykład zakład piękności w obozie, w którym więźniarki obsługiwały strażniczki. W nim więźniarkom wolno było robić rzeczy, których zabraniano im na co dzień – położyć sobie kompres na twarz, odpocząć, umyć włosy.

To jest dla mnie niesamowite, wręcz magiczne, że wystarczy zmienić kostium i scenografię, żeby ludzie zaczęli modyfikować swoje zachowania. Odbija się to na przykład we wspomnieniach więźniarek dotyczących procesu edukowania kandydatek na nadzorczynie. Przychodziły takie smutne, nieporadne, nieśmiałe kobiety, często z nieudanym życiem osobistym, bez pieniędzy, do tej pracy, która oferowała wikt i opierunek, i jakąś tam nadzieję na awans. Dostawały uniform, oficerki, uczyły się żołnierskiego chodu. Więźniarki mówiły, że po kilku dniach z nieśmiałych dziewczyn robiły się pewne siebie i swojego zadania, zdeterminowane osoby, które zostały zaklęte w rolę tym ubraniem i tym teatrem, który miały odgrywać. To wiele mówi o symbolicznej mocy ubrań, o tym, że właściwie wszystko, co na siebie zakładamy, jest kostiumem. 

Piszesz o tym, co nosiły strażniczki i kapo, ale też – co nosili SS-mani. Wspominasz o historii munduru i poruszasz wątek, który, myślę, jest ważny, czyli pewnego rodzaju pornografizację tego obrazu przez popkulturę. Z jakiegoś powodu sado-maso wizerunek strażnika obozowego bardzo mocno oddziałuje na naszą wyobraźnię. 

Oddziaływał nawet na wyobraźnię więźniów! Ten strój został tak zaprojektowany, żeby stać się kostiumem superbohatera. Miał podkreślać wszystkie najlepsze cechy związane z męskością, mocą, potencją, majestatem. Noszącemu miał ułatwić pełnienie funkcji, które zostały mu przydzielone, a u podległych mu osób budzić strach i podziw. Ta mieszanka lęku i podziwu, która występowała u więźniów, odbija się w języku, w którym mówią oni o mundurze i o oprawcach.

Czemu popkultura tak łatwo podchwyciła ten motyw?

Coś trzeba było zrobić z tak mocnym obrazem. Z pasiakiem nie zrobiono nic, bo jest to chyba jedyny strój spetryfikowany w danym miejscu i czasie, nie można tego ruszać w ogóle. Dlatego piszę o nim jako o relikwii, to święty strój. Wszystkie próby jakiegoś nawiązywania do pasiaków, wpisywania ich na nowo w historię mody nie udawały się, tak jak z tym słynnym przykładem kolekcji Comme des Garçons.

Piszesz o „piżamowej modzie rodem z obozu”, o tym, że marka musiała oficjalnie przeprosić za kolekcję, która kojarzyła się w jawny sposób z uniformami więźniów. 

Przeprosić i spalić całą kolekcję, a nawet jej dokumentację. To jest niesamowite, że nie pozostał po tych ubraniach ani jeden ślad, to było takie świętokradztwo.

To czemu mundur można było seksualizować?

Mundur, moim zdaniem, to był taki rodzaj stroju, który był atrakcyjny, ale nie uświęcony. Nikt nie chciał uświęcać oprawców. Widoczne na zdjęciach w prasie po wojnie mundury zasiedlały masową wyobraźnię, natomiast nie można było o nich za bardzo mówić, to był czas na opowieści więźniów. Tymczasem nazistowski kostium wszedł już głęboko w zbiorową podświadomość i musiał zostać jakoś wyegzorcyzmowany, oswojony. 

Został w ten sposób potraktowany najpierw przez drugie pokolenie, czyli dzieci osób, które przeżyły obozy, które zaczęły rysować stalagi – sadomasochistyczne komiksy, w których opowieści ich rodziców mieszały się z nastoletnimi fantazjami. Potem mundur okazał się też fetyszem dla osób LGBT; strój faszysty, czyli prześladowcy, stał się naczelnym kostiumem gejowskiej podniety. To przedziwne i ironiczne, że został subwersywnie przejęty przez te wszystkie grupy, które miały się go lękać. 

Fetyszyzacji uległ nie tylko mundur, ale też wizerunek nazistów i nazistek. Przecież w relacjach z powojennych procesów ciągle pojawiały się określenia typu „piękna bestia”, podkreślano, jak piękne były strażniczki w obozach i jak to nie licowało z ich okrucieństwem. To również pobudzało wyobraźnię i w pewnym sensie zrobiło z tych postaci gwiazdy popkultury. 

Freud jeszcze kilka dekad wcześniej twierdził, że kobiety w ogóle nie są zdolne do okrucieństwa. Tym bardziej okrucieństwo kobiet w obozach, strażniczek, było podniecające dla opinii publicznej. 

Snuto też niestworzone historie na temat seksualnych wyczynów tych kobiet.

Trudno było do tego człowieczeństwa strażniczek dobrać się opinii publicznej, zresztą samym więźniarkom było ciężko. One w dręczących je kobietach widziały jakieś gotyckie wiedźmy. Miały skojarzenia z postaciami z bajek albo z mitów. 

(Fot. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czerwone i Czarne)

Ta książka jest pokłosiem twojej pracy naukowej, studiów doktoranckich w Instytucie Kultury Polskiej UW. Nie jest jednak naukowym wywodem. Jak udało ci się wyjść z dyskursu akademickiego i wejść w język reportażu? 

Najpierw musiałam zdecydować, że nie chcę używać naukowej nomenklatury. To była pierwsza decyzja. Nie ukrywam, że trudna, ponieważ ­– jak już powiedziałyśmy – ten temat wydaje się z pozoru błahy, a język naukowy na pewno by go dociążył. Natomiast już pracując nad książką, zorientowałam się, że oddając nieustannie cześć kolejnym antropologom kultury, w pewnym sensie zamazuję sens opowieści, które chciałam wyeksponować, a jednocześnie zamykam się dla szerszej publiczności, decyduję się na niszę, a przecież chodziło mi o to, żeby moja opowieść stała się ogólnodostępna, żeby zmieniła popularną pamięć o Zagładzie. Jak to miałoby się wydarzyć, gdybym napisała książkę przeznaczoną dla akademików? Zdecydowałam więc, że to nie będzie książka naukowa, ale też wiedziałam, że to nie będzie jednorodna książka reporterska. Uwaga, użyję teraz słowa roku i powiem, że to książka hybrydowa – łącząca w sobie różne perspektywy i języki. 

Bałaś się reakcji środowiska akademickiego? Wiadomo, że masowy odbiorca może oburzyć się na zbitkę słów „obóz” i „moda”. A akademicy na co mogą tutaj narzekać? 

Na to, że w mojej książce są emocje, jest tam też literatura. Świat akademicki woli wywód, który jest gęsty i nieustająco spowiadający się ze swojej gęstości. A ja nie zasiliłam tekstu dużą dawką teorii antropologicznych, przynajmniej nie wprost. One pracują sobie w środku – przez historie, obrazy, a nie przez przypisy. 

Ile lat minęło od momentu, kiedy postanowiłaś napisać książkę o modzie w obozach?

Dziewięć, może dziesięć. Wcześniej pracowałam nad tematem ubrań czy mody w kontekście kryzysu i wojny, w powstaniu warszawskim i w getcie warszawskim, ale to nie była część tej książki. Były to raczej pierwsze poszukiwania i badanie tego, jak ten temat działa i na ile potrafię się w nim poruszać. Na książkę zdecydowałam się dopiero, gdy razem z doktorem Wojciechem Płosą znaleźliśmy pracę Marii Jezierskiej w archiwum muzeum Auschwitz-Birkenau. Po tym, jak wpisaliśmy słowo „moda” w wyszukiwarkę i okazało się, że zostało użyte przez więźniarkę w opisie jej osobistego doświadczenia, uznałam, że to jest mój glejt, bilet wstępu do tej książki i mogę się nad nią zacząć zastanawiać. 

Nie ukrywam, że był to dla mnie wymagający projekt. Obawiałam się tej książki. Jest dla mnie „rzeczą osobistą”, również dlatego, że przez wiele lat nie wiedziałam, do którego klubu się zapisać: czy do klubu akademików i zostać na uczelni, czy raczej do klubu reporterów.

Myślisz, że tą książką ostatecznie odpowiadasz na to pytanie? 

No właśnie nie (śmiech). I w sumie się z tego cieszę, bo chyba po prostu nie będę się zapisywać do żadnego klubu, zamierzam szukać własnej drogi. 

Ta książka musiała się we mnie uleżeć, zmieniałam się razem z nią. Kiedy w końcu zaczęłam ją pisać, a było to na stypendium Szymborskiej w zeszłym roku, w mieszkaniu poetki w Krakowie, ona się ze mnie po prostu wylała. Pisałam ją całymi dniami przez miesiąc, od rana do wieczora, wychodziłam tylko na jogę i po zakupy. Potrafiłam napisać 60 tysięcy znaków dziennie. Prawie nie nadążałam za tym, co mam w głowie. 

Jest bardzo dużo obrazów, które zostały we mnie po lekturze twojej książki, ale na pewno jednym z nich jest obraz kobiet z obozu Bergen-Belsen, które już po jego wyzwoleniu zareagowały entuzjastycznie na dostarczony im razem z odzieżą i środkami higieny zapas szminek. 

Szminka jest symbolem kobiecości i elegancji, zawsze była, szczególnie ta czerwona. W warunkach obozu Bergen-Belsen, tuż po wyzwoleniu, wydawała się abstrakcyjnym rekwizytem. Tam wciąż były baraki pełne chorych, umierających. Straszny obraz, po prostu straszny. Kobiety, które dopiero co wracały do życia, ekscytowały się na myśl o tym, że mogłyby znów poczuć się atrakcyjne. Mimo że były ubrane w obozowe łachy, że często nadal leżały w łóżkach i nie miały siły nawet wstać – chciały antidotum. Szminka to był dla nich lek na smutek, obietnica powrotu do kobiecości. Dlatego leżały w tych łóżkach: słabe, chore i z umalowanymi ustami. Uśmiechały się. 

W książce wspominasz, że chcesz wyjść poza męską narrację mówienia o Holokauście, otworzyć się na kobiecą perspektywę. Bo jak zaznaczasz, „pamięć o Holokauście to wciąż najczęściej pamięć konwencjonalna, »męska« – o śmierci, nie zaś pamięć »kobieca« – o życiu, które zajmuje się ciałem, przedmiotami, wreszcie – strojem”. 

Mężczyźni, z którymi rozmawiałam, nie uciekali od takich tematów, ale często powtarzali: „A, no wiesz, nie pamiętam aż tak wiele, nie byłem nauczony, żeby zwracać uwagę na ubiór”. Jednak im dłużej trwały nasze spotkania, tym więcej im się przypomniało i zaczęli używać tak zwanej „kobiecej” pamięci, czyli tej związanej z ciałem, materialnością, wyglądem. Mnie oczywiście bardzo zależało, żeby w książce były świadectwa mężczyzn, bo wszyscy, którzy wiedzieli, że się zajmuję tym tematem, modą w obozach, od razu pytali: „To o kobietach piszesz, prawda?”. A przecież to są sprawy ludzkie, nie da się wyłączyć mężczyzn z tej opowieści. Oni tam byli, zarówno w roli więźniów, jak i oprawców. Jednych i drugich ubranie niszczyło lub ratowało. Kobietę mógł podnieść na duchu jedwabny fartuch, a mężczyznę przekrzywiona zawadiacko czapka. Tylko że kobiety pamiętają o tym, lepiej się z tym czują, natomiast mężczyźni są szkoleni, aby nie pamiętać. 

Co ciekawe, to mężczyzna powiedział mi jedną z najbardziej przejmujących rzeczy dotyczących ubioru. Leon Weintraub, jeden z bohaterów mojej książki, tak mocno przeżył fakt, że został w obozie ogołocony ze swoich rzeczy, upodlony, że po wojnie postanowił zawsze wyglądać jak dżentelmen. I nigdy więcej nie dać sobie odebrać godności. Pilnuje się, żeby mieć wszystko wyprasowane, eleganckie. Zrozumiał, że to jest potrzebą moralną, nie tylko estetyczną.

Hanna Rydlewska
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę