Znaleziono 0 artykułów
11.04.2019

Wisła. Zamek otwarty

Zamek prezydencki w Wiśle (Fot. Artur Wosz)

Zameczek w Beskidzie Śląskim to pilnie strzeżony obiekt państwowy i jednocześnie miejsce, w którym każdy może przenocować. Warto wspiąć się po górskich serpentynach i poznać modernistyczne wnętrza stworzone przed wojną dla prezydenta Ignacego Mościckiego.

Samochodem da się podjechać pod same drzwi, ale bardziej romantycznie wybrać pociąg i wysiąść na stacji Wisła Głębce. Tu urywają się tory, a kawałek dalej kończy się Polska. Przed nami tylko góry. I choć nie są to Alpy, można się poczuć jak kuracjusze docierający do „Czarodziejskiej góry” albo Herkules Poirot, który przyjechał rozwikłać zagadkę morderstwa w odludnym pensjonacie. Naszym celem jest jednak rezydencja głowy państwa, w której nikomu włos z głowy nie może spać.

Kto przyjechał pociągiem, ten na stacji musi przesiąść się w taksówkę, a potem serpentynami wspiąć na Kubalonkę. Jeszcze chwila i jesteśmy pod rezydencją na Zadnim Groniu. Trudno o bardziej symboliczne miejsce na górską siedzibę prezydenta Rzeczypospolitej. U stóp zbocza Biała i Czarna Wisełka łączą się w najbardziej polską z polskich rzek – Wisłę. Aż dziw, że nad głowami nie krążą białe orły w koronach.

Widok ogólny zamku z oddali, od strony drogi dojazdowej. Fotografia wykonana zimą (Fot. Datka Czesław, NAC)

O lokalizacji rezydencji zdecydował jednak przypadek. Przed pierwszą wojną światową powstała tu myśliwska rezydencja Habsburgów, która po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przeszła na własność publiczną, a w 1927 roku ucierpiała w pożarze. Wtedy potężny wojewoda śląski Michał Grażyński wpadł na pomysł, by ufundować tu willę dla prezydenta Ignacego Mościckiego.

Budowa zamku prezydenta RP w Wiśle, 1929 rok (Fot. NAC)

Projekt sporządził krakowski architekt Adolf Szyszko-Bohusz, wówczas odpowiedzialny za konserwację innych oficjalnych rezydencji państwowych – Wawelu i Zamku Królewskiego. Zrobił to gratis, jakby na marginesie tamtych wielkich przedsięwzięć. Jak ujął to znawca twórczości Szyszki-Bohusza, Michał Wiśniewski, udało mu się na Zadnim Groniu stworzyć „architektoniczny oksymoron”, czyli modernistyczny zamek.

Budowa zamku prezydenta RP w Wiśle, 1929 rok (Fot. NAC)

Masywna budowla wznosi się w odludnym miejscu, niczym rycerskie gniazdo gotowe do wielomiesięcznej obrony. Ma ciężką elewację z kunsztownie układanego piaskowca i wieżycę, na której łopocze flaga. Ale na tym kończy się „Gra o tron" i zaczyna „Herkules Poirot”. Żelbetowa konstrukcja, schodkowo ukształtowana bryła, wielkie okna układające się w pasma i obszerne tarasy to już architektura XX wieku. Zamek miał też lansowane przez modernistów płaskie dachy, ale nie wytrzymały one górskich realiów i niemiłosiernie ciekły, więc jeszcze przed wojną zastąpiono je spadzistymi. Do budowli przylgnęła nazwa „Zameczek”.

Na zewnątrz jest więc budowla zameczkiem, a wewnątrz lekką, pełną słońca rezydencją wypoczynkową – pisał ówczesny krytyk. Do stworzenia wystroju Szyszko-Bohusz zaprosił awangardowego malarza Andrzeja Pronaszkę i projektanta Włodzimierza Padlewskiego. Wbrew tradycyjnemu pojęciu o majestacie państwa większość reprezentacyjnych mebli – komplety krzeseł i foteli, stoły, serwantki, pomocniki, biurko prezydenta czy toaletkę prezydentowej – zbudowano nie z litego drewna, ale z giętych chromowanych rurek, uzupełnionych szkłem, skórami i fornirami. Odważny gest w czasach, gdy żelazne łóżko było synonimem ubóstwa! Wnętrze nowoczesne, pełne światła, ma być miejscem odpoczynku, nie tracąc związku z tem, co nas otacza – komentowano w przedwojennym żurnalu. Zgodnie z tym zaleceniem pomieszczenia Zameczku wielkimi oknami otwierały się na słońce, góry i starannie zakomponowany park, a długi przeszklony salon zwany werandą gęsto obstawiono roślinami.

Zamek prezydenta RP w Wiśle, fragment sypialni, 1931 rok  (Fot. Mucha Stanisław, NAC)

Prezydent Mościcki nie słynął z awangardowego gustu i do dziś ma wizerunek statecznego dżentelmena, a jednak polubił swój średniowieczno-modernistyczny Zameczek. Odkąd przejął go w styczniu 1930 roku, chętnie w nim wypoczywał i przyjmował mniej lub bardziej oficjalnych gości.

Zamek prezydencki w Wiśle (Fot. Artur Wosz)

Druga wojna światowa zapoczątkowała stopniowy upadek rezydencji. Najpierw wypoczywali tu okupanci, potem najwyższe władze PRL, aż w 1981 roku wymęczony budynek przekazano jednej ze śląskich kopalń na dom wczasowy. Ale zaniedbanie okazało się sprzymierzeńcem zabytku. Gdyby przez te dziesięciolecia ktoś zechciał zainwestować w Zameczek poważne pieniądze, zapewne oznaczałoby to nieodwracalne zmiany, a tak skończyło się na drobnych naprawach i przeróbkach. Kiedy w latach 90. Kancelaria Prezydenta zainteresowała się odzyskaniem budowli, okazało się, że wiele z oryginalnego wystroju, łącznie z meblami z giętych rurek, tylko czekało na lepsze czasy.

Zamek prezydencki w Wiśle (Fot. Artur Wosz)

Renowacja i modernizacja Zameczku nastąpiła w latach 2003–2004, czyli podczas drugiej kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego, pod kierunkiem projektantki z krakowskiej Pracowni Konserwacji Zabytków Arkona, Jolanty Wodyńskiej. Przekształcono otoczenie, dobudowując między innymi pawilon gospodarczy, a w suterenie dodano basen, ale elewacje i wnętrza pieczołowicie odrestaurowano i uzupełniono. Co istotne, o ile nie goszczą tu akurat prominenci, rezydencję można po wcześniejszym zgłoszeniu zwiedzać. Gdybym był jej gospodarzem, odświeżyłbym już trochę wnętrza, poszukał gustowniejszych obrusów, a reprodukcje przedwojennych plakatów wiszące na ścianach zastąpił autentycznymi grafikami, ale i tak jest to miejsce, do którego każdy amator architektury i dizajnu powinien choć raz w życiu wybrać się na pielgrzymkę.

Przenocować można w położonym niżej budynku zwanym Dolnym Zamkiem. Pierwotnie znajdowały się w nim pomieszczenia prezydenckiej straży i garaże, ale podczas ostatniej modernizacji urządzono w nim hotelik i kawiarnię. Polecam! Na dole zostają: tłok, smog, pasteloza, szyldoza, megahotele i inne plagi. Ruch na szosie jest niewielki, a pod wieczór zamiera zupełnie. Gdy znikają wycieczki, a zostaje tylko garstka gości, obsługa i ochrona, można się poczuć jak w klasztorze. Z tą różnicą, że na tarasie podają wino.

Zamek prezydencki w Wiśle (Fot. Artur Wosz)

Chociaż kandydatom na prezydenta zdarzało się obiecywać, że rezydencje takie jak Zameczek zostaną w imię „taniego państwa” sprzedane, to na szczęście żaden zwycięzca wyborów się na to nie zdecydował. I wcale się im nie dziwię, też bym korzystał. Andrzej Duda, mimo że w Wiśle uzyskał zawstydzająco niski wynik wyborczy – jedynie 15 procent – podobno bywa tu często, bo lubi narty.

A na koniec zagadka godna Herkulesa Poirota. Jak to się dzieje, że w czasach powszechnej paranoi na punkcie bezpieczeństwa, kiedy ambasady zamieniają się w fortece, a teren Sejmu zaczyna przypominać najpilniej strzeżony parking w RP, nasze beskidzkie Camp David pozostaje miejscem, w którym każdy obywatel może – jeśli tylko odpowiednio wcześnie się postara i wysupła dwie stówy – przenocować? Korzystajcie i podziwiajcie, bo jeszcze komuś przyjdzie do głowy zamknąć i te drzwi.

Grzegorz Piątek
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę