Znaleziono 0 artykułów
12.05.2021

Wystawa Joanny Rajkowskiej w Zachęcie

Joanna Rajkowska na wystawie "Rhizopolis" (Fot. Monika Stolarska)

„Rhizopolis” po prostu trzeba doświadczyć, gdyż żaden krytyk czy krytyczka nie odda w tekście dotyku, muśnięcia gałęzią, zapachu stęchlizny czy chrupania pod nogami. Jaką drogę przebyła Joanna Rajkowska od jednego drzewa – warszawskiej palmy, do podziemi lasu w warszawskiej Zachęcie? 

Powiedzieć, że obserwujemy twórczość Joanny Rajkowskiej od drzewa do lasu, to bezdyskusyjnie zbyt duży skrót dla bogatej twórczości artystki. Rajkowska jest obecna na scenie artystycznej od połowy lat 90., ale dla szerokiego grona odbiorców stała się rozpoznawalna w 2002 roku dzięki pracy „Pozdrowienia z Alei Jerozolimskich”, czyli słynnej palmie stojącej na warszawskim rondzie de Gaulle’a. 

W tym roku jej twórczość eksplodowała – powstał cały las, a raczej jego podziemne wyobrażenie, które pojawiło się jako instalacja w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie. Z jednego drzewa, które jest symbolem pamięci i zjednoczenia, powstał las, w którym będziemy mogli się schronić. Kiedy? Gdy zabraknie przestrzeni do życia. Czyli zaraz.

Wystawa Rhizopolis (Fot. Anna Zagodzka)

Przypomnijmy wydarzenia, które rozjaśnią drogę Joanny Rajkowskiej do lasu w warszawskiej Zachęcie. Nie jest tak, że artystka radykalnie porzuciła swoją strategię, choć mogłoby się tak wydawać. Przez lata tworzyła relacje, przestrzenie i skupiała się przede wszystkim na interakcjach pomiędzy nimi, teraz w nieoczekiwany sposób kieruje wektor działań w przestrzeń zamkniętą – dużą, ale ograniczoną.

By zrozumieć fenomen wystawy „Rhizopolis”, trzeba się cofnąć się w czasie. To nie jest historia zaprzeszła, ale pokazuje ważny wycinek i jako twórczość Rajkowskiej staje się celowo fragmentem, obrazem wyrwanym z dotychczasowej ramy – nieograniczonej przestrzeni, z której korzystała.

Najsłynniejsze prace Joanny Rajkowskiej

Od pierwszych lat twórczości artystkę interesowały relacje między ludźmi. Wchodziła w nie z krytycznym impetem, chociaż daleko jej było do działań artystów krytycznych z lat 90. przekraczających wszelkie możliwe granice pojmowania sztuki. Ona balansowała pomiędzy tym, co rozpoznawalne, a tym, co nie będzie pojmowane jako sztuka sensu stricto. Budowanie relacji z ludźmi pozwalało jej na aranżowanie spotkań. 

Minaret (Fot. Joanna Rajkowska)

Jest artystką, która wyprzedza czasy. Jednym z jej pierwszych projektów był perfomance „Pozwól, że wymyję Ci ręce”, gdzie w nowojorskiej galerii obmywała ludziom dłonie jodyną zapobiegającą infekcji i mnożeniu się drobnoustrojów. W innym nowojorskim projekcie „Nie ma oznak nadchodzącej śmierci” prosiła ludzi o zbieranie zwierzęcych kości z dachu i wrzucanie ich do kuwety z jodyną. Uczestnicy mieli mieć na sobie maski. 

(Fot. Marek Szczepański)

W 2003 roku w ramach pobytu twórczego w berlińskiej galerii Müllerdechiara zrealizowała „22 zlecenia”. Każdy mógł się odezwać do artystki i poprosić ją o jakąś przysługę/usługę. Jednym ze zleceń była prośba o przearanżowanie pokoju, który chłopakowi boleśnie kojarzył się z rozstaniem z dziewczyną. Artystka przemontowała zawiasy w drzwiach, tak żeby otwierały się od drugiej strony. W 2005 roku chciała zrobić zdjęcie wszystkim 624 pracownikom i pracowniczkom Muzeum Narodowego w Krakowie. Na zaproszenie odpowiedziało 50 osób. Dwa lata później zrealizowała wspólną ucztę dla uczestników i uczestniczek OFF Festiwalu „500 ostryg dla Mysłowic” przy dźwiękach szum fal i krzyku mew.

Mały krzak dla Berlina (Fot. Marek Szczepański)

Dla Rajkowskiej te projekty to już zamierzchłe czasy. „Po pierwszych realizacjach pojawiły się projekty publiczne, gdzie okazało się, że interesują mnie relacje ludzi do miejsca, do ziemi i jej materii. Zawsze pracowałam, tworząc więzi pomiędzy pojedynczym ciałem, miejscem rozumianym jako fizycznie istniejąca przestrzeń i kolejnym pojedynczym ciałem. Te relacje, które wytwarzały się wówczas między ludźmi, były w pewnym sensie skutkiem ubocznym. Ale one zawsze były i zawsze były polityczne z racji upolitycznienia przestrzeni, w której żyjemy. To, co pozostaje, trwa i oddziałuje, to relacja do samej przestrzeni i jej materialności, do miejsca, roślin, a nawet obiektów” – pisze. 

Tę drugą odsłonę Rajkowskiej reprezentują takie prace jak „Mały krzak dla Berlina”, który pojawił się jako antyteza warszawskiej palmy na Potsdamer Platz w Berlinie czy poznański „Minaret”, w który przekształciła nieczynny komin. Połączeniem tych praktyk był drugi najbardziej znany projekt Rajkowskiej, czyli Dotleniacz na placu Grzybowskim w Warszawie. Jego głównym elementem był staw, nad którym unosiła się chmura z mgły wzbogaconej tlenem. Wokół stawu zasadziła rośliny i drzewa, ustawiła siedziska i materace. W lecie i jesienią 2007 roku bywalcy placu zdążyli się z nim zżyć i utożsamić. Chcieli, by Dotleniacz pozostał. Jednak plac Grzybowski zmodernizowano – dziś to beton i miejsca parkingowe.

Oxygenator (Fot. Konrad Pustola)

„Przy realizacji Dotleniacza pojawiło się pytanie o zwierzęta, o rośliny, o ich moc w relacji do traumy historii, tej najbardziej bolesnej, historii getta. Coraz ważniejsze zaczęły się dla mnie stawać relacje z bytami nieludzkimi” – wspomina.

„Rhizopolis”: Wystawa, której trzeba doświadczyć 

Prace Rajkowskiej coraz częściej dotyczyły przestrzeni, z którymi wiązała historie. Aż do dziś, kiedy postanowiła skonstruować przestrzeń niezależną, wyodrębnioną od historii, ludzi, ale spójną z każdym z nich, w każdym momencie. 

„Rhizopolis” odbywa się w przestrzeni parateatralnej i rozgrywa się na dwóch planach. Jeden to jama, do której wchodzimy, drugi to plan filmowy, scenografia, ukryte kamery i opóźniona transmisja obrazu, żeby zobaczyć w niej siebie, a nie innych. 

„Myślę, że nasz własny byt jest przezroczysty. Kiedy jesteśmy sami w lesie, to myślimy, że nikogo tam nie ma, ale przecież my w nim jesteśmy. Sami siebie nie postrzegamy jako intruzów, ale wszystkich innych już tak. Tutaj zaczyna się wiele kłopotów, jakie mamy z naszą obecnością” – pisze. 

Joanna Rajkowska na wystawie "Rhizopolis" (Fot. Monika Stolarska)

Kiedy modernistyczne pociągnięcie pędzla już nam nie wystarcza, czy to abstrakcyjne czy figuratywne, szukamy w sztuce życia. To właśnie drzewa są życiem. Otaczają nas. Mogą dać nam cień, schronienie, a według Rajkowskiej ocalą nas przed zagładą. Ale tylko tych, którzy w nie uwierzą. W moc natury. W to, że ona przetrwa wszystko, nawet słoneczne suchoty czy księżycowe mrozy. „Rhizopolis” po prostu trzeba doświadczyć, gdyż żaden krytyk czy krytyczka nie odda tekstem dotyku, muśnięcia gałęzią, zapachu stęchlizny czy chrupania pod nogami.

Nie chodzi jedynie o działanie na zewnątrz i wewnątrz, a o rodzaj zasięgu, który rozumie teraz Rajkowska niezależnie od wyznaczonej jej przestrzeni. To, co obecnie interesuje Rajkowską najbardziej, to zwyczajna refleksja nad teraźniejszością i przyszłością. Ktokolwiek dzisiaj prorokuje, stawia się w pozycji zbyt wielu nadproroków. Są nimi i historyczni, i współcześni filozofowie, naukowcy, biolodzy – tak, bardziej biolodzy niż politycy, którzy dzisiaj przeszli na propagandową stronę mocy. To biologiczne życie doprowadza nas do oczywistych przesłanek, a artyści i artystki wyciągają z nich wnioski.

Wystawa Rhizopolis (Fot. Anna Zagodzka)

„Jeżeli budujesz sobie relację z lasem, budujesz relacje z wszystkimi bytami, które go zamieszkują. Również z tymi, które sami ucieleśniamy, z demonami, i nawet jeśli należą do rytuałów przeszłości czy przyszłości. To istotniejsze niż relacje, które przy okazji wydarzają się pomiędzy nami samymi, czyli ludźmi. Wszystko to, co jest pomiędzy nami a lasem, co było zawsze uruchamiane w starych kosmogoniach, to relacje ze wszechświatem. One właśnie polegają na znalezieniu pośredników, gestów, zachowań” – wyjaśnia.

Scenariusz do filmu, dla którego Joanna Rajkowska zbudowała scenografię, nie istnieje. Samego filmu też nie ma. „Jedyne, co wiemy o scenariuszu, i ta wiedza jest szczątkowa, to fakt, że wydarzyło się coś, co uniemożliwia nasze przebywanie na powierzchni planety. Obszar pod lasem jest jedyną przyjazną przestrzenią. Ten las właściwie staje się taką matką, domem, czymś, co zapewnia bezpieczeństwo, schronienie, karmi, daje wodę i podstawowe składniki odżywcze” – pisze.

Nowy projekt Joanny Rajkowskiej: „Pisklę” 

Jednak na lesie nie kończy się ta historia. Artystka przygotowuje nowy projekt dla Warszawy, na remontowany plac Pięciu Rogów. „Pisklę”, którego prapremierowa odsłona miała miejsce w 2019 roku w Londynie, to przeskalowane jajo emitujące głos i drgania wykluwającego się pisklęcia. Nie chodzi o sam kształt, a znowu o doświadczenie i odczucie, zwrócenie uwagi na coś, co jest kruche i bezbronne i jest nieodłącznym fragmentem naszego świata. 

Słuchanie z uwagą wszystkiego, co dzieje się z nami i wokół nas, jest kolejnym celem, jaki stawia artystka, aby zwrócić naszą uwagę na potrzeby każdej istoty, aby współodczuwać i niezmiennie czuć jedność z całą planetą w myśl współczesnych kosmogonii. Jeśli nie wsłuchamy się w ten głos, być może już nawet podziemia lasu nie będą chciały nas uratować. 


Joanna Rajkowska „Rhizopolis”, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w Warszawie, do 8 sierpnia 2021.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Galerii L'étrangère w Londynie.

Marta Czyż
Proszę czekać..
Zamknij
Vogue Polska
Drogi Czytelniku,

Żeby móc dalej dostarczać Ci materiały redakcyjne wysokiej jakości i zgodne z Twoimi zainteresowaniami, potrzebujemy zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych. Jednocześnie zapewniamy, że dbamy o Twoją prywatność i bezpieczeństwo, nie zwiększając w żaden sposób naszych uprawnień. W każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę.

Pliki cookie

Strona vogue.pl korzysta z plików tzw. cookie, w celu dostosowania jej funkcjonalności do potrzeb użytkowników. Szczegółowe informacje w zakresie polityki prywatności i zasad wykorzystania plików cookies dostępne są TUTAJ.

Wyrażam zgodę